Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]
- Автор: Гуин Урсула К. Ле
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Phantom Press International
- ISBN: 83-7075-502-X
- Переводчик: Lukasz Nicpan
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]». Краткое содержание книги:
Powieść otrzymała nagrodę Nebulę w 1974 i Hugo w 1975.
Zjedli lunch na tarasie parkowej restauracji pod wysoką kopułą ze szkła. W jej wnętrzu przejaśnionym słońcem wierzby, okryte rozwiniętymi już w pełni liśćmi, zwieszały się nad sadzawką, po której pływały tłuste białe ptaki i z leniwą pożądliwością — w oczekiwaniu kąsków — wpatrywały się w jedzących. Vea nie zajęła się zamówieniem, zdając to wyraźnie na Szeveka, wprawni kelnerzy doradzili mu jednak tak umiejętnie, że zdawało mu się, iż samodzielnie dokonał wyboru; na szczęście miał w kieszeni mnóstwo pieniędzy. Jedzenie było nadzwyczajne. Jeszcze nigdy nie kosztował dań o tak wybornym smaku. Przyzwyczajony do dwóch posiłków dziennie, zwykle opuszczał jadany przez Urrasyjczyków lunch, ale dziś pochłaniał go aż mu się uszy trzęsły, podczas gdy Vea elegancko skubała potrawy. W końcu miał dość; na widok jego skruszonej miny Vea wybuchnęła śmiechem.
— Za bardzo się objadłem.
— Krótki spacerek dobrze panu zrobi.
Bardzo krótki w istocie był to spacerek: niespieszna, dziesięciominutowa przechadzka po trawie — po czym Vea osunęła się z wdziękiem w cieniu wysokiego brzegu, porośniętego kwitnącymi złociście krzewami. Usiadł obok niej. Przyglądając się jej szczupłym stopom, obutym w białe trzewiki na niezwykle wysokim obcasie, przypomniał sobie wyrażenie, którym Takver określała kobiety posługujące się swoją płcią jako orężem w walce o władzę z mężczyznami: „spekulantki ciałem”. Patrząc na Veę, trudno w niej było nie uznać spekulantki nad spekulantkami. Jej obuwie, ubranie, makijaż, biżuteria, gesty — wszystko miało na celu prowokację. Była ciałem tak wyszukanie i wyzywająco kobiecym, że niemal nie sprawiała wrażenia istoty ludzkiej. Ucieleśniała płciowość, którą Ajończycy spychali w sny, powieści i wiersze, w nie kończący się szereg kobiecych aktów, w muzykę, architekturę z jej krzywiznami i kopułami, w cukierki, łaźnie, materace. Była tamtą zaklętą w stół kobietą.
Do gołej skóry ogolona głowa oproszona była talkiem z drobinami mikowego pyłu, delikatny przeto połysk przysłaniał nagość ciała Vei. Miała na sobie pajęczy szal czy też chustę, pod której osłoną rysowały się miękko kształty i płeć jej nagich ramion. Piersi miała zakryte: ajońskie kobiety nie chodziły z odsłoniętymi piersiami po ulicach, rezerwując ich nagość dla swych panów. Przeguby rąk ginęły pod złotymi bransoletkami, w zagłębieniu zaś szyi na tle delikatnej skóry pobłyskiwał niebiesko samotny klejnot.
— Jak to się trzyma?
— Co?
Nie mogąc dojrzeć klejnotu, udawała, że nieświadoma jest jego istnienia, zmuszając Szeveka, by go wskazał, a może i dotknął, sięgnąwszy ręką nad jej piersi.
Uśmiechnął się i uczynił to.
— Czy jest przyklejony?
— Ach, to. Nie, mam tam osadzony magnesik, to zaś ma pod spodem kawałeczek metalu, czy też może na odwrót. Tak czy owak, przyciągamy się wzajemnie.
— Masz magnes pod skórą? — dopytywał się z nie ukrywanym niesmakiem.
Uśmiechnęła się i zdjęła szafir, by się przekonał, że widnieje po nim jedynie mikroskopijny dołeczek srebrnej blizny.
— Pan mnie tak potępia — to odświeżające uczucie. Mam wrażenie, że czego bym nie powiedziała czy nie zrobiła, nie mogę już niżej upaść w pańskich oczach, bo już osiągnęłam w nich dno!
— Tak nie jest — zaprzeczył. Zdawał sobie sprawę, że ona prowadzi z nim grę, której reguł nie znał.
— Nie, nie; potrafię rozpoznać zgorszenie, kiedy je dostrzegę.
Które tak się na przykład objawia. — Wykrzywiła twarz grymasem odrazy; roześmiali się oboje. — Czyja naprawdę aż tak się różnię od Anarresyjek?
— O tak, naprawdę.
— Czy one wszystkie są umięśnionymi siłaczkami? Noszą trepy, mają wielkie platfusowate stopy, ubierają się w drelichy i golą raz na miesiąc?
— W ogóle się nie golą.
— W ogóle? Nigdzie? O mój Boże! Pomówmy lepiej o czym innym.
— O tobie. — Oparł się na trawiastym brzegu, tak blisko Vei, że owiały go naturalne i sztuczne wonie jej ciała. — Chciałbym się dowiedzieć, czy Urrasyjki zadowala ta wieczna podległość?
— Podległość komu?
— Mężczyźnie.
Ach to! Co każe panu sądzić, że jestem mu podległą?
— Wydaje się, że w waszym społeczeństwie wszystko jest w rękach mężczyzn. Przemysł, sztuka, zarządzanie, rząd, decyzje.
Przez całe życie nosicie nazwisko ojca i męża. Mężczyźni chodzą do szkoły, wy nie; tylko oni są nauczycielami, sędziami, tylko oni pracują w policji, zasiadają w rządzie, czyż nie? Czemu im pozwalacie sprawować nad wszystkim kontrolę? Dlaczego nie robicie tego, na co macie ochotę?
— Ależ robimy. Kobiety robią dokładnie to, na co mają ochotę.
By zaś to osiągnąć, nie muszą brudzić sobie rąk, nosić mosiężnych hełmów ani przekrzykiwać się w Dyrektoriacie.
— Cóż więc takiego robicie?
— Rządzimy mężczyznami, ma się rozumieć! I wie pan co?
Można im o tym mówić bez żadnej obawy, ponieważ oni w to nigdy nie uwierzą. Ha, ha, zabawna mała kobietka! — powiedzą, pogłaszczą po główce i wychodzą, podzwaniając medalami, całkowicie z siebie zadowoleni.
— Czy i ty jesteś z siebie zadowolona?
— Najzupełniej.
— Nie wierzę w to.
— Bo nie pasuje to do pańskich zasad. Mężczyźni zawsze tworzą sobie jakieś teorie, do których rzeczywistość musi się zawsze naginać.
— Nie, to nie sprawa teorii; nie wierzę w to, bo widzę, że nie jesteś zadowolona. Jesteś niespokojna, rozgoryczona, niebezpieczna.
— Niebezpieczna! — roześmiała się perliście. — Cóż za bajecznie cudowny komplement! I czemuż to jestem niebezpieczna, Szevek?
— Bo zdajesz sobie sprawę, że w oczach mężczyzn jesteś rzeczą — rzeczą, którą się posiada, kupuje, sprzedaje. Dlatego myślisz jedynie o przechytrzeniu właścicieli, zemszczeniu się…
Zdecydowanym ruchem zamknęła mu usta swoją drobną dłonią.
— Sza — powiedziała. — Wiem, że nie chciał pan być grubiański.
Wybaczam panu. Ale już wystarczy.
Zmarszczył się na tę hipokryzję, a także dlatego, że uświadomił sobie, iż mógł ją naprawdę zranić. Wciąż czuł dotyk jej dłoni na wargach.
— Przepraszam — wybąkał.
— Nie, nie. Jakże pan, przybysz z Księżyca, mógłby to zrozumieć? A zresztą jest pan tylko mężczyzną… Coś panu jednak powiem. Gdyby dał pan szansę jednej ze swoich „sióstr” tam na Księżycu zrzucenia buciorów, wykąpania się w olejkach, poddania się depilacji, włożenia pary pięknych sandałków, wetknięcia w pępek klejnotu i skropienia się perfumami, byłaby w siódmym niebie. A i pan byłby oczarowany! Och, byłby pan oczarowany! Ale nic z tego; wy nieszczęsne istoty z waszymi teoriami; sami bracia i siostry i żadnej uciechy!
— Masz rację! — przytaknął. — Żadnej uciechy. Nigdy. Po całych dniach kopiemy ołów w głębinach kopalń, a gdy nastaje noc, spożywszy posiłek, złożony z trzech ziarenek holum rozgotowanych w łyżce stęchłej wody, recytujemy Powiedzenia Odo, aż przychodzi pora kładzenia się do łóżek. Każdy do swego — w butach.
Nie mówił po ajońsku dostatecznie płynnie, by potok wymowy, jaki wyzwoliłby w nim ojczysty język, mógł go unieść w jedną z owych improwizowanych fantazji, których słuchaczkami — na tyle częstymi, aby się do nich przyzwyczaić — bywały jedynie Takver i Sadik; jakkolwiek jednak kulawa, jego wypowiedź zrobiła wrażenie na Vei. Vea zaniosła się swoim zmysłowym, ciepłym, szczerym śmiechem.