Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Na glinianych nogach [Feet of Clay - pl]
Na glinianych nogach [Feet of Clay - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Na glinianych nogach [Feet of Clay - pl]

Электронная книга - «Na glinianych nogach [Feet of Clay - pl]». Краткое содержание книги:

Kryminalna zagadka w świecie Dysku.
Kto morduje nieszkodliwych staruszków? Kto próbuje otruć Patrycjusza? Kiedy jesienne mgły spowijają Ankh-Morpork, Straż Miejska musi schwytać mordercę, którego nie może zobaczyć. Może golemy coś wiedzą — ale poważni ludzie z gliny, którzy pracują całe dnie i noce, i nigdy nikomu nie wadzą, nagle zaczęli popełniać samobójstwa. Zresztą straż ma także własne problemy. Pewien wilkołak cierpi na syndrom napięcia przedpełniowego.
Kapral Nobbs zaczyna bywać wśród jaśniepaństwa, a u nowego rekruta-krasnoluda można dostrzec pewne bardzo dziwne cechy — zwłaszcza kolczyki i cienie do oczu. Komu można zaufać, kiedy motłoch krąży po ulicach, spiskowcy kryją się w mroku, a wszystkie ślady wskazują niewłaściwy kierunek?
W nocnych ciemnościach komendant straży, sir Samuel Vimes, przekonuje się, że gdzieś tam, być może, wcale nie ma prawdy. Prawda może być wśród słów w jego głowie.
1 ... 53 54 55 56 57 58 59 60 61 ... 77
Перейти на страницу:

Marchewa rozciągnął usta w powitalnym uśmiechu.

— Pani Palm — powiedział. — I pan Boggis… i doktor Downey. Tak mi przykro. Jesteśmy ostatnio dość zapracowani, przy tym otruciu i tej sprawie z golemami…

Przewodniczący Gildii Skrytobójców uśmiechnął się także, jedynie ustami.

— Właśnie o sprawie otrucia chcemy porozmawiać — rzekł. — Czy znajdzie się jakieś… mniej publiczne miejsce?

— No… jest kantyna. O tej porze powinna być pusta. Proszę tędy…

— Muszę stwierdzić, że dobrze się wam powodzi — stwierdziła pani Palm. — Kantyna…

Urwała, gdy przestąpiła próg.

— Ludzie tutaj jedzą? — spytała po chwili.

— Głównie to narzekają na kawę — wyjaśnił Marchewa. — I piszą raporty. Komendant Vimes bardzo pilnuje raportów.

— Kapitanie Marchewa — zaczął Downey. — Musimy z panem porozmawiać w bardzo poważnej sprawie, związanej… Na czym usiadłem?

Marchewa pospiesznie zmiótł ręką siedzenie krzesła.

— Przepraszam pana, ale ostatnio brakuje nam czasu na sprzątanie…

— Zostawmy to na razie, zostawmy. — Przewodniczący Gildii Skrytobójców pochylił się, składając dłonie. — Kapitanie Marchewa, przyszliśmy porozmawiać o tej strasznej sprawie otrucia lorda Vetinari…

— Naprawdę powinni państwo zaczekać na komendanta Vimesa…

— Jak się zdaje, komendant Vimes przy licznych okazjach wygłaszał uwłaczające Patrycjuszowi uwagi — zauważył Downey.

— Chodzi panu o „Powinien wisieć, ale trudno by znaleźć taką oślizłą linę”? No tak. Ale wszyscy mówią takie rzeczy.

— A pan?

— No, ja nie — przyznał Marchewa.

— Słyszałem, że osobiście przejął kierowanie śledztwem w tej sprawie?

— Owszem. Ale…

— Nie wydało się to panu dziwne?

— Nie, sir. Nie, kiedy już się zastanowiłem. Wydaje mi się, że ma jakąś niezwykłą słabość do Patrycjusza. Powiedział kiedyś, że jeśli ktokolwiek miałby zabić Vetinariego, chciałby, żeby to był on.

— Doprawdy?

— Ale uśmiechał się, kiedy to mówił. Tak jakby się uśmiechał, w każdym razie.

— On, hm… praktycznie codziennie odwiedza jego wysokość?

— Tak, proszę pana.

— I jak rozumiem, jego wysiłki zmierzające do wykrycia truciciela nie przyniosły sukcesu?

— Nie w ścisłym sensie, sir — odparł Marchewa. — Znaleźliśmy wiele sposobów, w jakie nie jest mu podawana trucizna.

Downey skinął głową pozostałej dwójce.

— Chcielibyśmy obejrzeć gabinet komendanta — oświadczył.

— Nie jestem pewien, czy to…

— Proszę się bardzo dobrze zastanowić. Nasza trójka reprezentuje większość gildii w mieście. Uważamy, że istnieją ważne powody, by zbadać gabinet komendanta. Oczywiście, pan będzie nam towarzyszył, kapitanie, by dopilnować, czy nie robimy nic nielegalnego.

Marchewa był wyraźnie zakłopotany.

— No, myślę… jeśli pójdę z państwem…

— Otóż to — rzekł Downey. — Załatwimy to oficjalnie.

Marchewa wskazał im drogę.

— Nie wiem nawet, czy już wrócił — powiedział, otwierając drzwi. — Jak wspomniałem, jesteśmy… Oj.

Downey spojrzał zza progu na spoczywającą bezwładnie w fotelu postać.

— Jak się zdaje, sir Samuel jest obecny — stwierdził. — Ale jedynie ciałem, nie duchem.

— Aż stąd czuję alkohol — dodała pani Palm. — To straszne, co alkohol robi z człowieka.

— Cała flaszka najlepszego bearhuggera — zauważył pan Boggis. — Niektórym wystarcza, co?

— Przecież on od roku nie wypił ani kropelki! — Marchewa potrząsnął nieruchomym Vimesem. — Chodzi na spotkania o tym i w ogóle!

— Rozejrzyjmy się… — rzucił Downey. Otworzył szufladę biurka. — Kapitanie Marchewa! — zawołał. — Zechce pan poświadczyć, że w szufladzie znajduje się torba szarego proszku? Teraz…

Dłoń Vimesa wysunęła się błyskawicznie i zatrzasnęła szufladę na palcach skrytobójcy. Cofający się łokieć trafił go w żołądek, a kiedy Downey zgiął się, Vimes przedramieniem przyłożył mu w nos.

Dopiero wtedy otworzył oczy.

— Co jest? Co się dzieje? — Rozejrzał się. — Doktor Downey? Pan Boggis? Marchewa? Hm?

— Czo?! Czo?! — wrzeszczał Downey. — Uderzyłeś mie!

— Tak mi przykro — zapewnił Vimes. Troska promieniowała z całej jego postaci, gdy odsunął fotel, trafiając Downeya w krocze, i wstał. — Obawiam się, że się zdrzemnąłem. I oczywiście, kiedy się ocknąłem i zobaczyłem, że ktoś okrada moje…

— Jesteś w sztok pijany, człowieku! — przerwał mu Boggis.

Vimes spoważniał natychmiast.

— Doprawdy? W Quirmie przy młynie chrząszcz brzmi w trzcinie pod stołem z powyłamywanymi nogami — warknął, dźgając Boggisa palcem w pierś. — Pod wściekle powyłamywanymi nogami stołu piekielny chrząszcz demonicznie brzmiał w cuchnących trzcinach przy nieznanym mi bliżej młynie w Quirmie. Mam kontynuować? — Szturchał dalej, aż cofający się Boggis przylgnął plecami do ściany. — Bo lepiej nie będzie!

— A czo ż tą paczką?! — krzyknął Downey, jedną ręką zaciskając cieknący nos, a drugą machając w stronę biurka.

Vimes wciąż miał na twarzy wściekły, ponury uśmiech.

— A tak, rzeczywiście — rzekł. — Tu mnie macie. To bardzo niebezpieczna substancja.

— Przyżnaje pan!

— W samej rzeczy. I nie mam chyba innego wyjścia, niż szybko pozbyć się dowodu…

Chwycił torbę, rozerwał ją, przechylił i większą część zawartości wsypał sobie do ust.

— Mmm… — powiedział, dmuchając proszkiem na wszystkie strony. — Czuję mrowienie na języku!

— Przecież to arszenik! — szepnął Boggis.

— Dobrzy bogowie, naprawdę? — Vimes przełknął. — Zadziwiające. Mam tutaj na dole takiego krasnoluda, wiecie, prawdziwy spryciarz, cały czas siedzi przy różnych pipetach, odczynnikach i takich różnych, i sprawdza, co jest, a co nie jest arszenikiem. A pan tak od razu potrafił to rozpoznać, od pierwszego rzutu oka! Godne podziwu, muszę przyznać.

Upuścił naderwany pakiet Boggisowi na dłoń, ale złodziej cofnął rękę i torba upadła, rozsypując zawartość na podłogę.

— Przepraszam… — Marchewa przyklęknął i obejrzał proszek.

Policjanci tradycyjnie wierzą, że potrafią rozpoznać każdą substancję, wąchając ją i ostrożnie kosztując. W straży zaprzestano tej praktyki, kiedy funkcjonariusz Flint wsadził palec do czarnorynkowej partii chlorku amonu zmieszanego z radem, oblizał, powiedział: „Tak, to stanowczo slab wurble wurble szlup”, po czym musiał spędzić trzy dni przywiązany do łóżka, dopóki pająki sobie nie poszły.

Mimo to Marchewa stwierdził:

— Jestem pewien, że to nie trucizna.

Polizał palec i spróbował odrobinę.

— To cukier — oświadczył.

Downey, który najwyraźniej nie mógł odzyskać panowania nad sobą, pogroził Vimesowi palcem.

— Sam pan przyznał, że jest niebezpieczny! — wrzasnął.

— Oczywiście. Gdyby pan jadł tego dużo, zobaczyłby pan, co robi z zębami! — huknął Vimes w odpowiedzi. — A myśleliście, że co to jest?

— Otrzymaliśmy informację… — zaczął Boggis.

— Ach, otrzymaliście informację, tak? Słyszał pan, kapitanie? Otrzymali informację. No, czyli wszystko w porządku.

— Działaliśmy w dobrej wierze…

— Niech pomyślę. Ta wasza informacja to coś w stylu: Vimes jest na komendzie pijany do nieprzytomności, a w biurku ma torbę arszeniku? Założę się, że bardzo chcieliście podziałać trochę w dobrej wierze, co?

1 ... 53 54 55 56 57 58 59 60 61 ... 77
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)