Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Na glinianych nogach [Feet of Clay - pl]
Na glinianych nogach [Feet of Clay - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Na glinianych nogach [Feet of Clay - pl]

Электронная книга - «Na glinianych nogach [Feet of Clay - pl]». Краткое содержание книги:

Kryminalna zagadka w świecie Dysku.
Kto morduje nieszkodliwych staruszków? Kto próbuje otruć Patrycjusza? Kiedy jesienne mgły spowijają Ankh-Morpork, Straż Miejska musi schwytać mordercę, którego nie może zobaczyć. Może golemy coś wiedzą — ale poważni ludzie z gliny, którzy pracują całe dnie i noce, i nigdy nikomu nie wadzą, nagle zaczęli popełniać samobójstwa. Zresztą straż ma także własne problemy. Pewien wilkołak cierpi na syndrom napięcia przedpełniowego.
Kapral Nobbs zaczyna bywać wśród jaśniepaństwa, a u nowego rekruta-krasnoluda można dostrzec pewne bardzo dziwne cechy — zwłaszcza kolczyki i cienie do oczu. Komu można zaufać, kiedy motłoch krąży po ulicach, spiskowcy kryją się w mroku, a wszystkie ślady wskazują niewłaściwy kierunek?
W nocnych ciemnościach komendant straży, sir Samuel Vimes, przekonuje się, że gdzieś tam, być może, wcale nie ma prawdy. Prawda może być wśród słów w jego głowie.
1 ... 54 55 56 57 58 59 60 61 62 ... 77
Перейти на страницу:

Pani Palm odchrząknęła.

— To zaszło za daleko. Ma pan rację, sir Samuelu. Wszystkim nam ktoś przysłał liścik. — Wręczyła Vimesowi skrawek papieru zapisany dużymi, drukowanymi literami. — Jak widzę, zostaliśmy wprowadzeni w błąd. — Obrzuciła groźnym spojrzeniem Boggisa i Downeya. — Proszę o wybaczenie, sir Samuelu. Idziemy, panowie.

Zniknęła za drzwiami. Boggis szybko podążył za nią.

Downey wytarł nos chusteczką.

— Jaka jest cena gildii za pańską głowę, sir Samuelu? — zapytał.

— Dwadzieścia tysięcy dolarów.

— Doprawdy? Sądzę, że stanowczo należy podnieść pańską kategorię.

— Jestem zachwycony. Będę musiał kupić nowe sidła na niedźwiedzie.

— Ja, tego… Odprowadzę pana do wyjścia — wtrącił Marchewa.

Kiedy wrócił, znalazł Vimesa obmacującego mur za oknem.

— Ani cegła nietknięta… — mruczał do siebie. — Ani kafelek nieobluzowany… A od frontu cały czas ktoś siedział na dyżurze. Dziwne…

Wzruszył ramionami i wrócił do biurka. Sięgnął po liścik.

— I nie spodziewam się, że znajdziemy na tym jakieś ślady — stwierdził. — Za wiele odcisków brudnych palców na papierze. — Odłożył kartkę i spojrzał na Marchewę. — Kiedy już znajdziemy tego człowieka — powiedział — gdzieś blisko szczytu listy zarzutów będzie Zmuszenie komendanta Vimesa do Wylania całej Butelki Single Malta na Dywan. To zbrodnia.

Zadrżał. Są rzeczy, do których nie wolno człowieka zmuszać.

— To obrzydliwe — stwierdził Marchewa. — Jak mogli choćby pomyśleć, że otruje pan Patrycjusza!

— Uraża mnie raczej to, że ich zdaniem byłbym na tyle głupi, by trzymać truciznę w szufladzie biurka — odparł Vimes, zapalając cygaro.

— Właśnie — zgodził się Marchewa. — Uznali pana za durnia, który trzyma dowód przestępstwa w miejscu, gdzie każdy może je znaleźć.

— Otóż to. — Vimes rozsiadł się w fotelu. — Dlatego właśnie mam go w kieszeni.

Wyciągnął nogi na biurko i dmuchnął dymem. Będzie musiał pozbyć się dywanu. Nie miał zamiaru spędzić reszty swych lat pracy w pokoju nawiedzanym przez zapach duchów upadłej mocy.

Marchewa wciąż stał z rozdziawionymi ustami.

— Na miłość bogów — powiedział Vimes. — Przecież to całkiem proste. Ktoś się spodziewał, że zawołam: „Nareszcie, alkohol!” i bez zastanowienia wleję w siebie zawartość tej flaszki. Następnie godne szacunku filary społeczeństwa… — wyjął cygaro z ust i splunął — …powinny znaleźć mnie, w dodatku w twojej obecności, co jest całkiem ładnym pociągnięciem, z dowodami mojego przestępstwa schowanymi, ale nie tak dobrze, żeby nie można było ich znaleźć. — Ze smutkiem pokręcił głową. — Widzisz, kłopot polega na tym, że kiedy człowiek raz w tym zasmakuje, nigdy już się nie wyrwie.

— Przecież zachowywał się pan wzorowo, sir — zaprotestował Marchewa. — Nie widziałem, żeby wypił pan choćby kropelkę od…

— Ach, to… Mówiłem o policyjnej robocie, nie o alkoholu. Wielu ludzi chętnie ci pomoże w sprawach alkoholu, ale nikt nie organizuje takich spotkań, gdzie można wstać i powiedzieć: „Mam na imię Sam i jestem piekielnie podejrzliwym sukinsynem”.

Wyjął z kieszeni papierową torbę.

— Trzeba to dać Tyłeczkowi, niech się przyjrzy — powiedział. — Tego na pewno nie chciałbym kosztować. Dlatego skoczyłem do kantyny i nasypałem do torby cukru z miseczki. Wyłowiłem tylko wszystkie niedopałki Nobby’ego. — Otworzył drzwi, wysunął głowę na korytarz i zawołał: — Tyłeczek! — Po czym dodał, już do Marchewy: — Wiesz, czuję się znowu pełen energii. Ten stary mózg wreszcie zaczął pracować jak trzeba. Odgadłeś, że to golem dokonał tych zabójstw?

— Tak, sir.

— Aha. Ale wiesz, co w nim jest wyjątkowego?

— Nic mi nie przychodzi do głowy, sir. Z wyjątkiem tego, że był nowy. Myślę, że golemy same go zrobiły. Ale naturalnie potrzebny był im kapłan, żeby wypisał słowa, i musiały wypożyczyć piekarnik pana Hopkinsona. Myślę, że obaj starsi panowie uznali to za bardzo interesujące. W końcu byli historykami.

Tym razem to Vimes otworzył niemo usta i znieruchomiał.

Opanował się po chwili.

— Tak, tak, oczywiście — przyznał głosem, który prawie nie drżał. — Tak, znaczy się, to przecież oczywiste. Widoczne jak nos na twarzy. Ale… no, doszedłeś do tego, co jeszcze jest w nim takie niezwykłe? — zapytał, usuwając z tonu głosu wszelkie odcienie nadziei.

— Chodzi panu o to, że oszalał, sir?

— No, nie uważałem go za zdobywcę pierwszej nagrody w zawodach zdrowia psychicznego.

— Ale to one doprowadziły go do obłędu, sir. Inne golemy. Nie zamierzały, ale to było nieuniknione. Chciały, żeby tak wiele zrobił. Był jakby… ich dzieckiem. Tak myślę. Ich nadziejami i marzeniami. A potem odkryły, że zabija ludzi… Wie pan, dla golema to straszne. Nie wolno im zabijać, a tu nagle ich własna glina…

— Dla ludzi też nie jest to dobre zajęcie.

— Ale one opierały na nim swoją przyszłość…

— Wzywał mnie pan, komendancie? — spytała Cheri.

— Tak. Czy to arszenik? — Vimes wręczył jej torbę.

Cheri powąchała proszek.

— Może być kwas arsenawy, sir. Muszę to dokładniej zbadać, naturalnie.

— Myślałem, że kwas chlupie sobie w słojach — mruknął Vimes. — Eee… Co masz na rękach?

— Lakier do paznokci, sir.

— Lakier do paznokci?

— Tak jest, sir.

— Hm… Dobrze, bardzo dobrze. Zabawne, myślałem, że będzie zielony.

— Nie wyglądałby dobrze na palcach, sir.

— Chodziło mi o arszenik, Tyłeczek.

— Och, związki arsenu występują we wszystkich kolorach, sir. Siarczki… to rudy, sir… mogą być brązowe, czerwone, żółte albo szare. Potem się je gotuje z saletrą i dostaje kwas arsenawy, sir. Oraz mnóstwo paskudnego dymu, ale naprawdę paskudnego.

— Niebezpieczna rzecz — stwierdził Vimes.

— Bardzo, sir. Ale użyteczna. Garbarze, farbiarze, malarze… Nie tylko trucicielom się przydaje.

— Dziwię się tylko, że ludzie bez przerwy nie padają trupem.

— Większość używa golemów, sir…

Słowa wisiały w powietrzu, choć Cheri zamilkła.

Vimes pochwycił spojrzenie Marchewy i zaczął pogwizdywać fałszywie pod nosem. To jest to, myślał. W tym właśnie punkcie wypełniło nas tyle pytań, że zaczęły się przelewać i zmieniać w odpowiedzi.

Od wielu dni nie czuł się tak ożywiony. Niedawne podniecenie wciąż rozlewało się mrowieniem po żyłach, pobudzając mózg do akcji. Wiedział, że to iskra, jaką daje zmęczenie. Człowiek jest tak wykończony, że dawka adrenaliny wali w niego jak padający troll. Na pewno mają już wszystko. Wszystkie kawałki. Brzegi, narożniki, cały obraz. Czekają tylko, żeby je poukładać…

— Te golemy — odezwał się Marchewa. — Byłyby wręcz pokryte arsenem, tak?

— Możliwe, sir. Był taki jeden w siedzibie Gildii Alchemików w Quirmie, i miał nawet platerowane arsenem dłonie, sir, z powodu tego, że mieszał w zlewkach palcami…

— Nie czują gorąca — powiedział Vimes.

— Ani bólu — dodał Marchewa.

— Zgadza się — przyznała Cheri. Spoglądała niepewnie to na jednego, to na drugiego.

— Nie można ich otruć — ciągnął Vimes.

— I wykonują polecenia — uzupełnił Marchewa. — Bez dyskusji.

— Golemy wykonują całą brudną robotę.

1 ... 54 55 56 57 58 59 60 61 62 ... 77
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)