Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Na glinianych nogach [Feet of Clay - pl]
Na glinianych nogach [Feet of Clay - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Na glinianych nogach [Feet of Clay - pl]

Электронная книга - «Na glinianych nogach [Feet of Clay - pl]». Краткое содержание книги:

Kryminalna zagadka w świecie Dysku.
Kto morduje nieszkodliwych staruszków? Kto próbuje otruć Patrycjusza? Kiedy jesienne mgły spowijają Ankh-Morpork, Straż Miejska musi schwytać mordercę, którego nie może zobaczyć. Może golemy coś wiedzą — ale poważni ludzie z gliny, którzy pracują całe dnie i noce, i nigdy nikomu nie wadzą, nagle zaczęli popełniać samobójstwa. Zresztą straż ma także własne problemy. Pewien wilkołak cierpi na syndrom napięcia przedpełniowego.
Kapral Nobbs zaczyna bywać wśród jaśniepaństwa, a u nowego rekruta-krasnoluda można dostrzec pewne bardzo dziwne cechy — zwłaszcza kolczyki i cienie do oczu. Komu można zaufać, kiedy motłoch krąży po ulicach, spiskowcy kryją się w mroku, a wszystkie ślady wskazują niewłaściwy kierunek?
W nocnych ciemnościach komendant straży, sir Samuel Vimes, przekonuje się, że gdzieś tam, być może, wcale nie ma prawdy. Prawda może być wśród słów w jego głowie.
1 ... 52 53 54 55 56 57 58 59 60 ... 77
Перейти на страницу:

Odwrócił się.

— Co jest? — spytał. Oblizał nóż i wytarł go w obrus.

— Czy jesteś zajęty, panie?

— Właśnie robiłem sobie kanapkę z pastą mięsną — wyjaśnił Nobby.

— To pâté de foie gras, panie.

— Tak się nazywa? Nie ma takiego kopa jak wołowe smarowidło Clammera, to pewne. Chcesz przepiórcze jajo? Trochę są małe…

— Nie, dziękuję.

— Jest ich tu masa — rzekł łaskawie Nobby. — I za darmo. Nie musisz płacić.

— Mimo to…

— Potrafię zmieścić do ust sześć naraz. Popatrz…

— Zadziwiające, panie. Zastanawiałem się jednakże, czy nie zechciałbyś dołączyć do kilku z nas w palarni.

— Fghmf? Mfgmf fgmf mgghjf?

— Istotnie. — Przyjazna ręka objęła Nobby’ego za ramiona i zręcznie pokierowała dalej od bufetu, hrabia zdążył jednak porwać talerz kurzych udek. — Tak wiele osób pragnie z panem porozmawiać…

— Mgffmph?

Sierżant Colon próbował się oczyścić, ale czyszczenie się w wodzie z Ankh jest trudnym manewrem. Najlepsze, na co można liczyć, to jednolita szarość.

Fred Colon nie osiągnął poziomu wyrafinowanej desperacji Vimesa. Vimes wyznawał pogląd, że życie tak jest pełne nieracjonalnych elementów przydarzających się ze wszystkich stron, iż szansa, by wykryć w tym jakiś sens, jest wyjątkowo mała. Colon, jako człowiek z natury bardziej optymistyczny, a z intelektu o wiele pewniejszy, ciągle jeszcze był na etapie wiary, że Ślady są Ważne.

Dlaczego związali go takim sznureczkiem? Wciąż miał na nogach i rękach jego pętle.

— Na pewno nie wiesz, gdzie byłem? — zwrócił się do Ciut Szalonego Artura.

— Sam tam wszedłeś — odparł Artur, biegnąc za nim. — Jak to możliwe, że nie wiesz?

— Bo było ciemno i mgliście, a ja nie zwracałem uwagi. Dlatego. Robiłem, co do mnie należy.

— Aha! Niezłe.

— Nie marudź. Gdzie byłem?

— Mnie nie pytaj. Ja tylko poluję pod całym regionem targu bydła. Nie przejmuję się tym, co na górze. Jak mówiłem, korytarze biegną wszędzie.

— A czy ktoś w tej okolicy robi sznurek?

— Nie, tu są same zwierzaki, mówiłem. Kiełbasy, mydło i takie tam. Czy to już jest ten moment, kiedy mi dajesz pieniądze?

Colon poklepał się po kieszeniach.

— Będziesz musiał przyjść na komendę, Ciut Szalony Arturze.

— Muszę pilnować interesów tutaj!

— Na dzisiejszą noc mianuję cię strażnikiem specjalnym — oznajmił Colon.

— Z jaką pensją?

— Dolar za nockę.

Oczka Ciut Szalonego Artura błysnęły. Czerwienią.

— Na bogów, wyglądasz strasznie — stwierdził Colon. — A czemu tak się gapisz na moje ucho?

Ciut Szalony Artur nie odpowiedział.

Colon obejrzał się.

Za jego plecami stał golem. Był wyższy niż wszystkie, jakie dotąd widział, i zbudowany bardziej proporcjonalnie — posąg człowieka zamiast zwykłej niezgrabnej figury. Był też przystojny w zimnym, posągowym stylu. A jego oczy świeciły jak czerwone reflektory.

Uniósł pięść nad głowę i otworzył usta. Zajaśniało więcej czerwonego światła.

Ryknął jak byk.

Ciut Szalony Artur kopnął Colona w kostkę.

— Uciekamy czy jak? — zapytał.

Colon cofał się, wciąż obserwując golema.

— Nie… nie ma strachu, one nie mogą szybko biegać — wymamrotał.

Wtedy jednak rozsądne ciało znowu zrezygnowało ze słuchania głupiego mózgu, odpaliło nogi, odwróciło Colona i pchnęło go w przeciwnym kierunku.

Sierżant zaryzykował szybki rzut oka przez ramię. Golem pędził za nim długimi, swobodnymi susami.

Colon przyzwyczajony był do pracy w spokoju. Nie miał odpowiedniej budowy do szybkich biegów, o czym się właśnie przekonał.

Dogonił go Ciut Szalony Artur.

— A ty — wyrzęził Colon — też pewno nie umiesz biegać szybciej niż to coś!

— Wystarczy, że szybciej od ciebie — stwierdził Artur. — Tędy!

Ciąg drewnianych stopni prowadził w górę po ścianie magazynu. Gnom wbiegł na nie jak szczury, na które polował. Colon, sapiąc jak machina parowa, sunął za nim.

Zatrzymał się w połowie drogi i obejrzał.

Golem dotarł do pierwszego stopnia. Sprawdził go ostrożnie. Drewno zaskrzypiało i całe poszarzałe ze starości schody zadygotały.

— Nie wytrzymają ciężaru! — krzyknął Artur. — Drań je rozwali! Tak!

Colon opanował się i pobiegł w górę.

Golem uznał chyba, że drewno go utrzyma, i zaczął skakać ze stopnia na stopień. Poręcze trzęsły się pod dłońmi Colona, a cała konstrukcja kołysała się groźnie.

— No, chodź! — zawołał Ciut Szalony Artur, który dotarł już na dach. — Dogania cię!

Wtedy właśnie schody runęły. Colon rozpaczliwie pochwycił krawędź dachu. Potem całym ciałem głucho rąbnął o mur budynku.

Z dołu dobiegły trzaski drewna uderzającego o bruk.

— Właź — powiedział Artur. — No, podciągnij się, głupia ofermo!

— Nie mogę — odparł Colon.

— Dlaczego?

— Bo on mnie trzyma za nogę…

— Cygaro, wasza miłość?

— Brandy, panie?

Lord de Nobbes siedział wygodnie w fotelu, ledwie sięgając stopami podłogi. Brandy i cygara, tak? To jest życie… Wypuścił kłąb dymu.

— Właśnie rozmawialiśmy, panie, o przyszłości rządów miasta w chwili obecnej, kiedy stan zdrowia lorda Vetinari tak się pogorszył…

Nobby skinął głową. O takich sprawach się dyskutuje, kiedy się jest jaśniepaństwem. Do takich spraw się urodził.

Brandy rozgrzewała go przyjemnie.

— Z pewnością naruszyłoby to aktualną równowagę, gdybyśmy już teraz zaczęli się rozglądać za nowym patrycjuszem — odezwał się inny fotel. — Jakie jest pańskie zdanie, lordzie de Nobbes?

— No tak. Jasne. Gildie biłyby się jak koty w worku — stwierdził Nobby. — Wszyscy to wiedzą.

— Mistrzowskie podsumowanie, jeśli wolno to stwierdzić.

Z innych foteli rozległ się generalny pomruk aprobaty.

Nobby uśmiechnął się szeroko. Tak, to były te luksusy, nie ma co. Bywanie u innych jaśniepaństwa i ważne rozmowy o ważnych sprawach zamiast wymyślania powodów, dlaczego skarbonka na herbatę jest pusta… O tak.

— Poza tym, czy ktokolwiek z przywódców gildii zdoła stanąć na wysokości zadania? — mówił dalej fotel. — Naturalnie, potrafią zorganizować gromadę kupców, ale władać całym miastem… Nie sądzę. Panowie, przyszła chyba pora, by sprawy podążyły w nowym kierunku. Pora, by krew dała znać o sobie.

Dziwacznie to ujął, pomyślał Nobby, ale najwyraźniej tak właśnie należy się wyrażać.

— W takiej chwili — ciągnął fotel — miasto z pewnością zwróci się ku przedstawicielom najszacowniejszych rodów. I będzie to w interesie wszystkich, jeśli któryś z nich weźmie na siebie to brzemię.

— Powinien sobie głowę zbadać, moim zdaniem — oznajmił Nobby. Pociągnął solidny łyk brandy i machnął cygarem. — Ale nie ma się o co martwić — dodał. — Wszyscy wiedzą, że mamy tu pod ręką króla. Żaden kłopot. Poślijcie po kapitana Marchewę, oto moja rada.

Kolejny wieczór przygniótł miasto warstwami mgły.

Kiedy Marchewa wrócił na komendę, kapral Tyłeczek wykrzywiła się do niego i wzrokiem wskazała trzy osoby siedzące ponuro na ławce pod ścianą.

— Chcą się spotkać z oficerem! — szepnęła. — Ale sierżant Colon jeszcze nie wrócił, a w gabinecie pana Vimesa nikt nie odpowiada na pukanie. Chyba go nie ma.

1 ... 52 53 54 55 56 57 58 59 60 ... 77
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)