Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Na glinianych nogach [Feet of Clay - pl]
Na glinianych nogach [Feet of Clay - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Na glinianych nogach [Feet of Clay - pl]

Электронная книга - «Na glinianych nogach [Feet of Clay - pl]». Краткое содержание книги:

Kryminalna zagadka w świecie Dysku.
Kto morduje nieszkodliwych staruszków? Kto próbuje otruć Patrycjusza? Kiedy jesienne mgły spowijają Ankh-Morpork, Straż Miejska musi schwytać mordercę, którego nie może zobaczyć. Może golemy coś wiedzą — ale poważni ludzie z gliny, którzy pracują całe dnie i noce, i nigdy nikomu nie wadzą, nagle zaczęli popełniać samobójstwa. Zresztą straż ma także własne problemy. Pewien wilkołak cierpi na syndrom napięcia przedpełniowego.
Kapral Nobbs zaczyna bywać wśród jaśniepaństwa, a u nowego rekruta-krasnoluda można dostrzec pewne bardzo dziwne cechy — zwłaszcza kolczyki i cienie do oczu. Komu można zaufać, kiedy motłoch krąży po ulicach, spiskowcy kryją się w mroku, a wszystkie ślady wskazują niewłaściwy kierunek?
W nocnych ciemnościach komendant straży, sir Samuel Vimes, przekonuje się, że gdzieś tam, być może, wcale nie ma prawdy. Prawda może być wśród słów w jego głowie.
1 ... 57 58 59 60 61 62 63 64 65 ... 77
Перейти на страницу:

Pracownicy Patrycjusza podnieśli głowy znad kolacji.

— Kiedy mówisz „nie ruszać się” — odezwał się Drumknott, starannie i delikatnie wyjmując z talerza kawałek tynku — czy w samej rzeczy masz na…

— Dziękuję, kapralu. Teraz ja się tym zajmę — powiedział Vimes, klepiąc Cheri po ramieniu. — Czy jest tu Mildred Easy?

Wszystkie głowy odwróciły się równocześnie.

Mildred upuściła łyżkę do zupy.

— Wszystko w porządku — uspokoił ją. — Chciałbym tylko zadać ci jeszcze kilka pytań…

— Ja… bardzo mi przykro…

— Nie zrobiłaś nic złego. — Vimes obszedł stół dookoła. — Ale nie tylko jedzenie zabierałaś stąd dla rodziny, prawda?

— Ja…

— Co jeszcze wynosiłaś?

Mildred spojrzała na znieruchomiałe nagle twarze pozostałych służących.

— Jeszcze starą pościel, ale pani Dipplock mówiła, że mogę…

— Nie, nie to.

Mildred oblizała zaschnięte wargi.

— I jeszcze… jeszcze… trochę pasty do butów…

— Posłuchaj — rzekł Vimes najłagodniej, jak tylko potrafił. — Wszyscy wynoszą jakieś drobiazgi z miejsc, gdzie pracują. Drobiazgi, których nikt już nie potrzebuje. To tak jakby… jakby premia. Resztki i końcówki. Końcówki, panno Easy? Myślę tu o słowie „końcówki”…

— Eee… Chodzi panu o… o końcówki świec?

Vimes odetchnął głęboko. To wielka ulga mieć rację, nawet jeśli człowiek odkrył ją po wykorzystaniu wszystkich możliwych sposobów, by się mylić.

— Aha — powiedział.

— Ale… to przecież nie kradzież, proszę pana. Nigdy niczego nie ukradłam!

— Zabierałaś do domu ogarki. Wciąż pewnie miały w sobie pół godziny świecenia, jeśli postawić je na spodeczku?

— Ale to nie jest kradzież, proszę pana. To przywileje.

Sam Vimes klepnął się dłonią w czoło.

— Przywileje! Oczywiście! To jest to słowo. Przywilej. Każdy ma jakieś przywileje, zgadza się? No to tę sprawę mamy załatwioną — uznał. — Jak przypuszczam, zabierałaś świece z sypialni?

Mimo zdenerwowania Mildred Easy uśmiechnęła się jak ktoś obdarzony przywilejem, którego istoty niższe nie uzyskały.

— Tak, proszę pana. Mam pozwolenie. Są o wiele lepsze od tych, które się palą w korytarzach.

— I kiedy trzeba, wstawiasz nowe świece?

— Tak.

Może odrobinę częściej niż trzeba, pomyślał Vimes. Szkoda by było, gdyby za bardzo się wypaliły…

— Czy możesz mi pokazać, skąd je bierzesz?

Pokojówka spojrzała za stół, na ochmistrzynię, która zerknęła na komendanta i skinęła głową. Była dostatecznie inteligentna, by wiedzieć, kiedy coś, co brzmi jak pytanie, wcale nim nie jest.

— Trzymamy je w składziku świec, tu obok.

— Zaprowadź mnie tam, proszę.

Był to niewielki pokoik, gdzie na półkach, od podłogi po sufit, leżały świece. Świece długie na dwa łokcie, używane w salach publicznych, i mniejsze, wykorzystywane wszędzie poza tym, posortowane według jakości.

— Tych używamy w pokojach jego wysokości, proszę pana. — Mildred wręczyła mu dwanaście cali białej świecy.

— No tak… Doskonała jakość. Numer pięć. Piękna biała stearyna. — Vimes podrzucił świecę do góry. — Takimi świecimy w domu. To, czego używamy na komendzie, to właściwie sam łój. Nasze kupujemy od Carry’ego przy Rzeźniczej. Bardzo przystępne ceny. Kiedyś braliśmy od Spadgera i Williamsa, ale ostatnio pan Carry opanował rynek. Prawda?

— Tak, proszę pana. Tutaj dostarcza je specjalnie.

— I codziennie zanosisz te świece do pokoju jego wysokości?

— Tak, proszę pana.

— Gdzieś jeszcze?

— Ależ nie, proszę pana. Jego wysokość jest bardzo wymagający w tej kwestii. My używamy świec numer trzy.

— I zabierasz te swoje… hm, to, do czego masz przywilej, do domu?

— Tak. Babcia mówiła, że dają piękny blask, proszę pana.

— I pewnie siedziała przy twoim małym braciszku, tak? Bo przypuszczam, że to on pierwszy zachorował, więc siedziała przy nim całą noc. A jeśli znam starszą panią Easy, to pewnie szyła przy okazji…

— Tak, proszę pana…

Umilkła.

— Weź moją chusteczkę — powiedział Vimes po chwili.

— Czy stracę tutaj posadę, proszę pana?

— Nie. To wykluczone. Nikt wplątany w tę sprawę nie zasługuje na utratę pracy — rzekł Vimes. Spojrzał na świecę. — Może oprócz mnie — dodał.

Zatrzymał się jeszcze w progu.

— A gdybyś kiedyś jeszcze potrzebowała ogarków, zawsze mamy ich pełno na komendzie. Nobby będzie musiał kupować tłuszcz spożywczy, tak jak wszyscy.

— Co teraz robi? — spytał sierżant Colon.

Ciut Szalony Artur znów wyjrzał poza krawędź dachu.

— Ma kłopoty z łokciami — poinformował. — Ogląda jeden i przymierza go na wszystkie strony, ale nie działa.

— Też miałem kłopoty, kiedy składałem komplet kuchenny dla pani Colon. Instrukcja, jak otworzyć pudło, była w pudle…

— O, jakoś sobie poradził — zauważył łowca szczurów. — Wygląda na to, że jednak pomylił je z kolanami.

Colon usłyszał pod sobą głuche stuknięcie.

— A teraz skręcił za róg… — Rozległ się głośny trzask pękającego drewna. — Wszedł do budynku. Pewnie wlezie tu po schodach, ale chyba sobie poradzisz.

— Jak?

— Przecież wystarczy, że puścisz ten dach, nie?

— Spadnę i się zabiję!

— Właśnie. Miły i czysty sposób zejścia. Żadnego wyrywania najpierw rąk i nóg.

— Chciałem na emeryturze odpocząć na własnej farmie! — zawodził Colon.

— I tak możesz wyciągnąć nogi — zgodził się Artur. Znowu wyjrzał. — Albo… — dodał, jakby nie uważał tego za lepszą ewentualność — …możesz spróbować złapać się rynny.

Colon zerknął w bok. Rzeczywiście, kilka stóp od niego biegła rynna. Gdyby się rozkołysał i wytężył wszystkie siły, mógłby akurat chybić o kilka cali i runąć w dół.

— Czy wygląda na bezpieczną?

— W porównaniu z czym, szefuniu?

Każdy mięsień w ramionach krzyczał z bólu. Colon spróbował zakołysać nogami jak wahadłem. Wiedział, że ma nadwagę. Zawsze planował pewnego dnia wziąć się do ćwiczeń. Nie zdawał sobie tylko sprawy, że to będzie właśnie dzisiaj.

— Chyba słyszę, jak idzie po schodach — powiedział Ciut Szalony Artur.

Colon zakołysał się szybciej.

— A co ty masz zamiar zrobić?

— No, o mnie się nie martw. Nic mi nie będzie. Skoczę.

— Skoczysz?

— Pewno. To całkiem bezpieczne, jak ktoś jest normalnego wzrostu.

— Uważasz, że jesteś normalnego wzrostu?

Ciut Szalony Artur przyjrzał się dłoniom Colona.

— To twoje palce są tuż przy moich butach?

— Jasne, jasne, masz normalny wzrost. Nie twoja wina, że trafiłeś do miasta olbrzymów.

— Właśnie. Im jesteś mniejszy, tym wolniej spadasz. Powszechnie znany fakt. Pająk nawet nie zauważy takiego upadku, mysz wstanie i pójdzie, koń połamie wszystkie kości, a taki elefant się rozpry…

— O bogowie… — jęknął Colon.

Wyczuwał już rynnę butem. Ale próba złapania jej oznaczała, że czeka go jedna długa, niezmiernie długa chwila, kiedy już właściwie nie będzie trzymał się dachu, a jeszcze właściwie nie będzie trzymał się rynny — natomiast zagrozi mu bardzo poważna ewentualność zatrzymania się na bruku.

Dalej na dachu rozległ się kolejny trzask.

1 ... 57 58 59 60 61 62 63 64 65 ... 77
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)