Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]
Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]

Электронная книга - «Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]». Краткое содержание книги:

Coś nowego pojawiło się między starożytnymi miastami Ankh-Morpork i Al-Khali. Dosłownie. To wyspa, wynurzająca się z dna Okrągłego Morza Dysku. Ponieważ jest niezamieszkana i oba miasta roszczą sobie do niej prawa, komendant Vimes ze swymi wiernymi strażnikami staje wobec zbrodni tak wielkiej, że żadne prawa jej nie obejmują.
1 ... 49 50 51 52 53 54 55 56 57 ... 87
Перейти на страницу:

— No, byliśmy trochę głodni, ale nie powiedziałbym, żeby to aż czarna godzina…

— Z całym szacunkiem, sir — odparł stanowczo Wizytuj — wzorzec jest całkiem wyraźny. Tak jest. Sykoolitom, ściganym w dziczy przez offleriańskich Mitolitów, przywrócił siły deszcz niebiańskich ciasteczek, sir. Czekoladowych.

— Całkiem naturalne zjawisko — mruknął funkcjonariusz Shoe. — Pewnie wiatr je porwał ze straganu jakiegoś piekarza…

Wizytuj rzucił mu gniewne spojrzenie i kontynuował:

— A Murmurianie, zapędzeni w góry przez plemiona Miskmiku, nie przetrwaliby, gdyby nie cudowny deszcz słoni, sir…

— Słoni?

— No… jednego słonia, sir — ustąpił Wizytuj. — Ale się rozprysnął.

— Całkiem naturalne zjawisko — stwierdził funkcjonariusz Shoe. — Pewnie jakiś podmuch wiatru porwał słonia i…

— A kiedy Cztery Plemiona cierpiały pragnienie na pustyni, sir, z Khanli przyszedł w sukurs niespodziewany i nadprzyrodzony deszcz deszczu, sir.

— Deszcz deszczu? — powtórzył Vimes, niemal zahipnotyzowany absolutną pewnością Wizytuja.

— Całkiem naturalne zjawisko — parsknął Reg Shoe. — Prawdopodobnie woda wyparowała z oceanu, para uniosła się do góry, trafiła na chłodniejsze powietrze, nastąpiła kondensacja wokół mikroskopijnych cząsteczek, po czym opad… — Przerwał na chwilę, nim dokończył z irytacją: — Zresztą i tak w to nie wierzę.

— A zatem… które konkretnie bóstwo wspiera naszą sprawę? — spytał z nadzieją Vimes.

— Natychmiast pana poinformuję, sir, gdy tylko zdołam to ustalić.

— Ehm… bardzo dobrze, funkcjonariuszu. — Vimes cofnął się o krok. — Nie chcę udawać, że to będzie łatwe — powiedział głośno. — Ale celem naszej misji jest doścignięcie Angui i tego drania Ahmeda, a następnie wyciśnięcie z niego prawdy. Niestety, oznacza to, że musimy go śledzić w jego własnym kraju, z którym znajdujemy się w stanie wojny. W rezultacie z pewnością napotkamy na drodze kilka barier. Ale nie pozwolimy chyba, by perspektywa tortur i śmierci wzbudziła nasz niepokój, prawda?

— Fortuna sprzyja odważnym, sir — stwierdził z przekonaniem Marchewa.

— Dobrze. Bardzo dobrze. Miło mi to słyszeć, kapitanie. A jaki jest jej stosunek do ciężko uzbrojonych, dobrze wyszkolonych i niezwykle licznych armii?

— Och, nikt jeszcze nigdy nie słyszał, by Fortuna im sprzyjała, sir.

— Według generała Tacticusa dzieje się tak dlatego, że same sobie sprzyjają — odparł Vimes. Otworzył podarty tomik. Liczne kawałki papieru i sznurka służyły za zakładki. — Owszem, moi drodzy, generał ma coś do powiedzenia w kwestii uniknięcia klęski, kiedy wrogowie mają przewagę liczebną, uzbrojenia i pozycji. Mówi… — Przewrócił kartkę. — „Nie stawaj do bitwy”.

— Całkiem mądry gość — przyznał Jenkins. Wskazał żółte masy na horyzoncie. — Widzicie to wszystko w powietrzu? — zapytał. — Jak myślicie, co to jest?

— Mgła? — zgadywał Vimes.

— Ha! Tak, klatchiańska mgła! To burza piaskowa! Piasek unosi się przez cały czas. Złośliwe paskudztwo. Gdyby kto chciał naostrzyć miecz, wystarczy potrzymać go w powietrzu.

— Hm…

— Zresztą to nawet lepiej, bo gdyby nie piasek, zobaczylibyście Mount Gebra. A poniżej leży coś, co nazywają Pięścią Gebry. To miasteczko, ale stoi w nim wściekle wielki fort z grubymi na trzydzieści stóp murami. Sam jest jak wielkie miasto. W środku ma miejsce dla tysięcy zbrojnych, słoni bojowych, wojskowych wielbłądów i wszystkiego. I gdybyście to zobaczyli, kazalibyście mi natychmiast zawracać. I co wasz sławny generał ma do powiedzenia w takiej sytuacji, co?

— Chyba coś takiego znalazłem… — zastanowił się Vimes. Przewrócił następną kartkę. — A tak. Mówi: „Po pierwszej bitwie o Sto Lat sformułowałem zasadę, która dobrze mi służyła w innych bitwach. Brzmi ona: jeśli przeciwnik ma niezdobytą twierdzę, dopilnuj, żeby w niej został”.

— To rzeczywiście bardzo pomocne — mruknął Jenkins.

Vimes wsunął książkę do kieszeni.

— Czyli, funkcjonariuszu Wizytuj, jakiś bóg jest po naszej stronie, tak?

— Z całą pewnością, sir.

— Ale prawdopodobnie jakiś bóg jest też po ich stronie?

— Jest duża szansa, sir. Po każdej stronie jest jakiś bóg.

— Miejmy zatem nadzieję, że się zrównoważą.

Klatchiańska szalupa opadła na wodę z najdelikatniejszym pluskiem. 71-godzinny Ahmed stał przy kabestanie z mieczem w ręku, co sprawiało, że ludzie opuszczający szalupę naprawdę przykładali się do pracy.

Zwrócił się do kapitana.

— Kiedy już odpłyniemy, możesz skierować statek do Gebry.

Marynarz zadrżał.

— Co ja im powiem, wali?

— Powiedz prawdę… w końcu. Dowódca garnizonu to człowiek niskiego urodzenia i zechce cię trochę potorturować. Zachowaj prawdę do chwili, kiedy będzie ci potrzebna. To go bardzo ucieszy. Pomoże, jeśli wyznasz, że cię zmusiłem.

— Och, zrobię to. Powiem… powiem to kłamstwo — dodał szybko kapitan.

Ahmed kiwnął głową, zsunął się po linie do łodzi i odcumował ją od statku.

Cała załoga patrzyła, jak wiosłuje przez pas przyboju.

Nie był to przyjazny brzeg, ale raczej cmentarzysko wraków. Żebra rozbitych okrętów rozsypywały się na piasku. Kości, drewno i wysuszone wodorosty leżały w stosach na linii przypływu. Za nimi wyrastały wydmy prawdziwej pustyni. Nawet z tej odległości piasek kłuł w oczy i zgrzytał w zębach.

— Śmierć czeka na tej plaży — powiedział pierwszy oficer, mrugając nerwowo.

— Tak — zgodził się kapitan. — Właśnie wysiadł z szalupy.

Postać na plaży wydostała z łodzi drugiego, bezwładnego pasażera, i przeciągnęła go poza zasięg fal. Oficer wzniósł łuk.

— Mógłbym go stąd zabić, panie. Powiedz tylko słowo.

— Jak pewną masz rękę? Bo lepiej żeby naprawdę była pewna. Po pierwsze, jeśli chybisz, będziesz trupem. A po drugie, jeśli trafisz, też będziesz trupem. Spójrz wyżej.

Na dalekich wydmach, czarne na tle przesłoniętego piaskiem nieba, rozsypały się sylwetki jeźdźców. Oficer opuścił łuk.

— Skąd wiedzieli, że tu jesteśmy?

— Och, obserwują morze. D’regowie lubią porządne wraki nie mniej niż inni. Prawdę mówiąc, bardziej. O wiele bardziej.

Kiedy odeszli od burty, coś skoczyło ze statku i niemal bez plusku wpadło do wody.

Detrytus starał się ukryć w cieniu, ale w pobliżu nie było go zbyt wiele. Żar wylewał się z pustyni niczym z otwartego pieca.

— Zaraz będę gupi — mruczał troll.

Obserwator krzyknął głośno.

— Mówi, że ktoś się wspina na wydmy — powiedział Marchewa. — Niesie kogoś innego.

— Kobietę?

— Proszę posłuchać, sir. Znam Anguę. Nie należy do kobiet bezbronnych. Nie krzyczy o pomoc. Raczej skłania do tego innych.

— Cóż… skoro jesteś pewien… — Vimes zwrócił się do Jenkinsa.

— Nie warto już ścigać statku, kapitanie. Płyńcie do brzegu.

— Nie da się, szefie. To bardzo trudny brzeg, wiatr zawsze wieje od dziobu i są bardzo nieprzyjemne prądy. Kości wielu nieostrożnych żeglarzy bieleją na tych piaskach. Nie, zatrzymamy się raczej kawałek od brzegu, opuścicie… No, gdybyśmy mieli jeszcze szalupę, moglibyście ją opuścić… i rzucimy kotwicę, nie, skłamałem, okazała się za ciężka, prawda…

— Niech pan płynie prosto — rozkazał Vimes.

1 ... 49 50 51 52 53 54 55 56 57 ... 87
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)