Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2005
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7469-032-4
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]». Краткое содержание книги:
— No, byliśmy trochę głodni, ale nie powiedziałbym, żeby to aż czarna godzina…
— Z całym szacunkiem, sir — odparł stanowczo Wizytuj — wzorzec jest całkiem wyraźny. Tak jest. Sykoolitom, ściganym w dziczy przez offleriańskich Mitolitów, przywrócił siły deszcz niebiańskich ciasteczek, sir. Czekoladowych.
— Całkiem naturalne zjawisko — mruknął funkcjonariusz Shoe. — Pewnie wiatr je porwał ze straganu jakiegoś piekarza…
Wizytuj rzucił mu gniewne spojrzenie i kontynuował:
— A Murmurianie, zapędzeni w góry przez plemiona Miskmiku, nie przetrwaliby, gdyby nie cudowny deszcz słoni, sir…
— Słoni?
— No… jednego słonia, sir — ustąpił Wizytuj. — Ale się rozprysnął.
— Całkiem naturalne zjawisko — stwierdził funkcjonariusz Shoe. — Pewnie jakiś podmuch wiatru porwał słonia i…
— A kiedy Cztery Plemiona cierpiały pragnienie na pustyni, sir, z Khanli przyszedł w sukurs niespodziewany i nadprzyrodzony deszcz deszczu, sir.
— Deszcz deszczu? — powtórzył Vimes, niemal zahipnotyzowany absolutną pewnością Wizytuja.
— Całkiem naturalne zjawisko — parsknął Reg Shoe. — Prawdopodobnie woda wyparowała z oceanu, para uniosła się do góry, trafiła na chłodniejsze powietrze, nastąpiła kondensacja wokół mikroskopijnych cząsteczek, po czym opad… — Przerwał na chwilę, nim dokończył z irytacją: — Zresztą i tak w to nie wierzę.
— A zatem… które konkretnie bóstwo wspiera naszą sprawę? — spytał z nadzieją Vimes.
— Natychmiast pana poinformuję, sir, gdy tylko zdołam to ustalić.
— Ehm… bardzo dobrze, funkcjonariuszu. — Vimes cofnął się o krok. — Nie chcę udawać, że to będzie łatwe — powiedział głośno. — Ale celem naszej misji jest doścignięcie Angui i tego drania Ahmeda, a następnie wyciśnięcie z niego prawdy. Niestety, oznacza to, że musimy go śledzić w jego własnym kraju, z którym znajdujemy się w stanie wojny. W rezultacie z pewnością napotkamy na drodze kilka barier. Ale nie pozwolimy chyba, by perspektywa tortur i śmierci wzbudziła nasz niepokój, prawda?
— Fortuna sprzyja odważnym, sir — stwierdził z przekonaniem Marchewa.
— Dobrze. Bardzo dobrze. Miło mi to słyszeć, kapitanie. A jaki jest jej stosunek do ciężko uzbrojonych, dobrze wyszkolonych i niezwykle licznych armii?
— Och, nikt jeszcze nigdy nie słyszał, by Fortuna im sprzyjała, sir.
— Według generała Tacticusa dzieje się tak dlatego, że same sobie sprzyjają — odparł Vimes. Otworzył podarty tomik. Liczne kawałki papieru i sznurka służyły za zakładki. — Owszem, moi drodzy, generał ma coś do powiedzenia w kwestii uniknięcia klęski, kiedy wrogowie mają przewagę liczebną, uzbrojenia i pozycji. Mówi… — Przewrócił kartkę. — „Nie stawaj do bitwy”.
— Całkiem mądry gość — przyznał Jenkins. Wskazał żółte masy na horyzoncie. — Widzicie to wszystko w powietrzu? — zapytał. — Jak myślicie, co to jest?
— Mgła? — zgadywał Vimes.
— Ha! Tak, klatchiańska mgła! To burza piaskowa! Piasek unosi się przez cały czas. Złośliwe paskudztwo. Gdyby kto chciał naostrzyć miecz, wystarczy potrzymać go w powietrzu.
— Hm…
— Zresztą to nawet lepiej, bo gdyby nie piasek, zobaczylibyście Mount Gebra. A poniżej leży coś, co nazywają Pięścią Gebry. To miasteczko, ale stoi w nim wściekle wielki fort z grubymi na trzydzieści stóp murami. Sam jest jak wielkie miasto. W środku ma miejsce dla tysięcy zbrojnych, słoni bojowych, wojskowych wielbłądów i wszystkiego. I gdybyście to zobaczyli, kazalibyście mi natychmiast zawracać. I co wasz sławny generał ma do powiedzenia w takiej sytuacji, co?
— Chyba coś takiego znalazłem… — zastanowił się Vimes. Przewrócił następną kartkę. — A tak. Mówi: „Po pierwszej bitwie o Sto Lat sformułowałem zasadę, która dobrze mi służyła w innych bitwach. Brzmi ona: jeśli przeciwnik ma niezdobytą twierdzę, dopilnuj, żeby w niej został”.
— To rzeczywiście bardzo pomocne — mruknął Jenkins.
Vimes wsunął książkę do kieszeni.
— Czyli, funkcjonariuszu Wizytuj, jakiś bóg jest po naszej stronie, tak?
— Z całą pewnością, sir.
— Ale prawdopodobnie jakiś bóg jest też po ich stronie?
— Jest duża szansa, sir. Po każdej stronie jest jakiś bóg.
— Miejmy zatem nadzieję, że się zrównoważą.
Klatchiańska szalupa opadła na wodę z najdelikatniejszym pluskiem. 71-godzinny Ahmed stał przy kabestanie z mieczem w ręku, co sprawiało, że ludzie opuszczający szalupę naprawdę przykładali się do pracy.
Zwrócił się do kapitana.
— Kiedy już odpłyniemy, możesz skierować statek do Gebry.
Marynarz zadrżał.
— Co ja im powiem, wali?
— Powiedz prawdę… w końcu. Dowódca garnizonu to człowiek niskiego urodzenia i zechce cię trochę potorturować. Zachowaj prawdę do chwili, kiedy będzie ci potrzebna. To go bardzo ucieszy. Pomoże, jeśli wyznasz, że cię zmusiłem.
— Och, zrobię to. Powiem… powiem to kłamstwo — dodał szybko kapitan.
Ahmed kiwnął głową, zsunął się po linie do łodzi i odcumował ją od statku.
Cała załoga patrzyła, jak wiosłuje przez pas przyboju.
Nie był to przyjazny brzeg, ale raczej cmentarzysko wraków. Żebra rozbitych okrętów rozsypywały się na piasku. Kości, drewno i wysuszone wodorosty leżały w stosach na linii przypływu. Za nimi wyrastały wydmy prawdziwej pustyni. Nawet z tej odległości piasek kłuł w oczy i zgrzytał w zębach.
— Śmierć czeka na tej plaży — powiedział pierwszy oficer, mrugając nerwowo.
— Tak — zgodził się kapitan. — Właśnie wysiadł z szalupy.
Postać na plaży wydostała z łodzi drugiego, bezwładnego pasażera, i przeciągnęła go poza zasięg fal. Oficer wzniósł łuk.
— Mógłbym go stąd zabić, panie. Powiedz tylko słowo.
— Jak pewną masz rękę? Bo lepiej żeby naprawdę była pewna. Po pierwsze, jeśli chybisz, będziesz trupem. A po drugie, jeśli trafisz, też będziesz trupem. Spójrz wyżej.
Na dalekich wydmach, czarne na tle przesłoniętego piaskiem nieba, rozsypały się sylwetki jeźdźców. Oficer opuścił łuk.
— Skąd wiedzieli, że tu jesteśmy?
— Och, obserwują morze. D’regowie lubią porządne wraki nie mniej niż inni. Prawdę mówiąc, bardziej. O wiele bardziej.
Kiedy odeszli od burty, coś skoczyło ze statku i niemal bez plusku wpadło do wody.
Detrytus starał się ukryć w cieniu, ale w pobliżu nie było go zbyt wiele. Żar wylewał się z pustyni niczym z otwartego pieca.
— Zaraz będę gupi — mruczał troll.
Obserwator krzyknął głośno.
— Mówi, że ktoś się wspina na wydmy — powiedział Marchewa. — Niesie kogoś innego.
— Kobietę?
— Proszę posłuchać, sir. Znam Anguę. Nie należy do kobiet bezbronnych. Nie krzyczy o pomoc. Raczej skłania do tego innych.
— Cóż… skoro jesteś pewien… — Vimes zwrócił się do Jenkinsa.
— Nie warto już ścigać statku, kapitanie. Płyńcie do brzegu.
— Nie da się, szefie. To bardzo trudny brzeg, wiatr zawsze wieje od dziobu i są bardzo nieprzyjemne prądy. Kości wielu nieostrożnych żeglarzy bieleją na tych piaskach. Nie, zatrzymamy się raczej kawałek od brzegu, opuścicie… No, gdybyśmy mieli jeszcze szalupę, moglibyście ją opuścić… i rzucimy kotwicę, nie, skłamałem, okazała się za ciężka, prawda…
— Niech pan płynie prosto — rozkazał Vimes.