Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #2
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
— Nie ruszaj się — wyszeptała Cyfral. — Nie myśl. Nie pragnij. Tylko patrz...
Więc patrzył. Otaczająca go mieniąca się chmura miała w sobie coś hipnotycznego, niczym obrazy kalejdoskopu, taniec mroczków na wewnętrznej stronie zmęczonych powiek.
— Jeszcze chwila... — tchnęła mu namiętnie prosto w ucho Cyfral. — Wszystko jest dobrze. Jeszcze czekaj... Nie myśl... Patrz...
Więc czekał. I patrzył.
— Nie bój się.
Nie odpowiedział.
— Teraz — zaszemrała — będę musiała cię na chwilę zemdleć.
— Co...
— Cśśś... Tak trzeba. Nie bój się. Zaraz wrócisz.
— Co się dzieje?! — Nie mógł się poruszyć. Stał w przypadkowej pozycji, skamieniały, jakby znów stał się drzewem.
— Cicho... Zaufaj mi...
Chciał zaprotestować, ale zgasł jak świeca.
Mrok.
Złamany słabym, migotliwym światłem kaganków. Siedzi ze splecionymi nogami, nagi, na okrągłym dysku i nie może się poruszyć. Dysk jest gładki jak obsydian, jak czarne zwierciadło i obraca się powoli. Wokół w ciemnościach wznoszą się skalne ściany pieczary.
Widzi własne dłonie oparte o chude kolana wnętrzem do góry.
Przed nim przesuwają się skalne ściany, smagane tylko słabym blaskiem płomyków.
Otwiera usta, choć wcale nie ma takiego zamiaru.
— Tak... — Słyszy obcy, skrzypiący głos, który odbija się echem od sklepienia. — Teraz... Dokonało się.
Mrok.
A w mroku na szczycie góry płonie drzewo. Ogromnym, huczącym płomieniem, który rzuca blask na całą okolicę. Płoną pień, konary i gałęzie. Gwałtownie i strasznie jak oblane napalmem.
I rusza się. Gałęzie ruszają się wśród morza ognia sennym, rozpaczliwym ruchem. A pomiędzy nimi widać głowę o szeroko rozwartych ustach.
Drzewo krzyczy. Straszliwy wrzask niesie się echem po górach.
— Tak... — mówi mężczyzna w kapturze. — Spalić je wszystkie...
Na szczycie wykwitają kolejne plamy pomarańczowego ognia. Krzyk zamienia się w chór.
Mrok.
A w mroku obracają się koła, kosy i wahadła. Zamek zwany Cierń wiruje na tle purpurowego nieba niby upiorne astrolabium. Ostrza i obręcze z hukiem tną powietrze, z głuchym łoskotem obracają się tryby. Stalowe elementy zderzają się ze sobą, wpadają na siebie, trafiając we właściwe miejsca, i z wirującego kłębowiska wyrasta stalowa wieża, wynosząc ku chmurom szczupłą sylwetkę. Chmury się rozstępują.
Mężczyzna na wieży unosi w dłoni podwójny topór ze styliskiem oplecionym przez cielska węży. Tańczące węże rozwierają paszcze na ostrzach, po jednej na każde ostrze.
— Pamiętajcie! — Głos mężczyzny jest grzmotem, który kładzie się na górach. — Życie i śmierć to jedno! Na świecie są tylko Węże i padlina! Wy jesteście Węże! Świat jest wasz! Leży tam za górami! Weźcie go sobie! Jest tylko jedno prawo! Róbcie, co chcecie, a jeśli ktoś stanie wam na drodze, zmiażdżcie go! Zabijcie wszystkich, a resztę niech zetnie mróz!
Mrok.
A w mroku zalegającym w górskiej dolinie grają bębny. Głucho, rytmicznie, w powolnym, szarpiącym nerwy tempie. Słychać chrzęst żelaza i szuranie tysięcy par ciężkich butów. Z dolin otoczonych absurdalnymi szczytami nazwanymi Skamieniałe Cuda wychodzi armia. Armia Węży. Wijąca się jak wąż, najeżona tysiącem lśniących żądeł. Na czele toczy się ogromny, kolczasty wóz, istna twierdza na kołach, pomalowany w naiwne wizerunki wijących się węży połykających słońce i oba księżyce. Wygląda niczym upiorny wóz cyrkowy.
Mrok.
A w smolistym mroku sztormowej nocy, w ryku wiatru, przetaczają się fale jak ruchome góry. W dolinie między falami pojawia się i znika dziób czarnego okrętu ze stewą zdobioną głową wilka. Wilka, liny, burty i deski pokładu pokrywa lód, lśniący martwo w mroku. Fale łamią się w topieli pian, walą na pokład, lecz dziób uparcie tnie białą, skłębioną wodę i kontynuuje upartą wędrówkę na grzbiet kolejnej wodnej góry. Ryczy wiatr, wanty dymią lodowym pyłem, a okręt nadal płynie uparcie przed siebie. Na północ.
Pokład jest pusty.
Tak samo, jak miejsce sternika.
Mrok.
A z mroku wyłania się plątanina korzeni jak oszalałe drzewo, które wspięło się ponad całą puszczę. Skamieniałe drzewo, zwieńczone koroną spiczastych baszt, donżonów, blanków i balkonów. Twierdza bodzie niebo tysiącem wież, ale wydaje się ciemna i pusta. Porzucona.
To jednak tylko pozór, bo w górującej nad krainą twierdzy ktoś śpi.
Wokół, w osadach i wioskach zagubionych w puszczy, nagle w mroku zapalają się światła. W oknach zaczynają migotać światła. Słychać krzyki, szczekanie i wycie psów, tupot wielu nóg. Biegający panicznie po nocy ludzie zamykają okiennice, słychać, że przesuwają meble, że barykadują drzwi i wrota. Z łoskotem zamykają się drewniane pokrywy i zgrzytają zasuwy.
Bo w górującym nad okolicą zamku ktoś śpi.
Zawsze śpi.
I właśnie śni koszmar.
Mrok.
A w mroku na balkonie wieży stoi siwy mężczyzna otulony łopocącym płaszczem. Pod nim rozciąga się kamienne miasto otoczone murami, dalej widać zaśnieżoną połać, na której odcinają się drzewa, krzewy i kwiaty. Liście dzwonią o siebie w podmuchach wiatru jak kryształowe dzwoneczki. Liście, kwiaty i gałęzie z błękitnego lodu, który lśni niczym klinga. A jeszcze dalej, za portem, słychać gniewny ryk zimowego morza.
Fale wybuchają pianą, rozbryzgując się o skały, a potem rozlewają się z sykiem na brzegu i zamarzają w tafle szkła.
— Więc to koniec — mówi mężczyzna. — Dobrze. Przecież tu czekam. Znajdziesz mnie.
Znajdziesz.
Mnie łatwo znaleźć.
Mrok.
Duszny, granatowy mrok pustyni. Tysiące pochodni łopocą w gorącym wietrze, huczy ogromny stos, na który ludzie w skórzanych półpancerzach i podartych tunikach rzucają ciała.
Kobieta okryta od stóp do głów czerwonym płaszczem, z twarzą ukrytą w kapturze przechodzi pomiędzy dwoma dywanami z ludzi. Ludzi klęczących z czołami wpartymi w piach. Łopocą proporce i płomienie pochodni. Czerwona, luźna szata także lśni i łopoce w gorącym wietrze.
Jak płomień.
Ogień Pustyni.
Blask migoce na glinianych ścianach domów, rozrzuconych i spiętrzonych bezładnie jak stosy porzuconych pudełek. Ściany zbryzgane są świeżą krwią.
— Tak wielu... — Słychać szept zza lustrzanej maski. Idąca obok kobiety postać musi zadrzeć głowę, żeby spojrzeć jej w twarz, ale dostrzega tylko mrok w otworze kaptura. — Ilu jeszcze?
— Ilu będzie trzeba. — Głos z wnętrza kaptura jest jak wiatr wiejący z serca pustyni. — Aż zrozumieją. Aż Matka będzie syta. Aż poczują łagodność jedności! Aż zostanie wyrównana wszelka niesprawiedliwość. Aż wszystko stanie się jednym!
Ostatnie słowo jest niczym strzał z bicza.
Postać idąca obok kobiety nagle zmienia się w luźną, pustą szatę, która opada swobodnie na ziemię. Z brzękiem spada lśniąca rtęciowa maska i toczy się po kamieniach.
Z rękawów szaty wysypuje się tylko drobny, rudy pył, który ulatuje z wiatrem.
Leżał z twarzą wtuloną w śnieg i kamienne otoczaki.
Wyprostował ramiona i uniósł się.
Wypluł kamyk i trochę śniegu.
Pod nim widać było odciśniętą sylwetkę człowieka. Spojrzał na stempel własnej twarzy, który wyglądał jak pośmiertna maska. Biała maska z czerwonymi oczami. Spadły dwie krople, a potem kolejne, wytapiając w śniegu zabarwione czerwienią kratery. Przesunął dłonią po twarzy i spojrzał na palce.