Wojna [Conventions of War - pl]
- Автор: Уильямс Уолтер Джон
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 83-7480-018-6
- Переводчик: Grazyna Grygiel
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wojna [Conventions of War - pl]». Краткое содержание книги:
Stare ubrania Suli zapakowano. Gdy wyszła z przymierzalni, Julien patrzył na nią z uznaniem, Casimir — bardziej krytycznie. Zakręcił palcem, jakby mieszał w garnku.
— Obróć się — powiedział.
Sula wykonała piruet. Casimir skinął głową, raczej do siebie niż do innych.
— Pasuje — stwierdził. Jego głęboki głos brzmiał zadowoleniem.
— Pójdziemy teraz coś zjeść? — spytał Julien.
Na zewnątrz świecił bladozielono w mroku biały marmur Leża Wieczności. Ulice dyszały w niebo żarem lata niczym zmęczony sprinter na mecie biegu.
Weszli do restauracji o ścianach wyłożonych jasnoczerwonymi i białymi kafelkami, z mnóstwem błyszczących chromowanych detali. W sali było pełno i gwarno, jakby ludzie chcieli napełnić żołądki i dobrze się zabawić przed okresem racjonowania żywności. Casimir i Julien gadali i śmiali się, ale Sula widziała, jak Casimir od czasu do czasu patrzy na nią zamyślony, jakby potwierdzał swój wybór ubrania.
Stworzył z niej osobę, którą podziwiał.
Potem przeszli do baru, również zatłoczonego, gdzie do tańca grał zespół muzyczny. Poprzedniej nocy Casimir tańczył z pewną ociężałością — teraz pełen wigoru, wykonywał z Sulą gimnastyczne podrzuty, obroty, piruety. Poprzednio z lubością demonstrował siłę i opanowanie — teraz ruszał się tak, jakby chciał całe Zanshaa obdzielić swoją radością.
Wczoraj uważał, że to oczywiste, że będę jego dziewczyną, a dziś jest już inaczej — pomyślała Sula.
Dobrze po północy wyszli z baru pod rozgwieżdżone niebo. Sula zobaczyła dwa dziwne kolosy sunące w ciemności. Trzeszczała skóra, w powietrzu niósł się dziwny stajenny zapach.
Casimir zaśmiał się.
— No, wsiadamy — powiedział.
Wskoczył do ledwo widocznego pudła, które unosiło się nad ulicą. Rozległ się trzask, szuranie, zapach stał się bardziej intensywny. Z ciemności wynurzyła się wąska blada dłoń Casimira.
— Chodź!
Sula chwyciła jego rękę i dała się wciągnąć, do gondoli. Usiadła obok niego i dopiero wtedy zorientowała się, gdzie jest.
— Czy to rydwan pai-carów? — spytała, zdziwiona.
— Owszem! — Casimir zaśmiał się na całe gardło. — Wynajęliśmy dwa na dzisiejszy wieczór. — Klepnął w miękki, wyściełany skórą brzeg gondoli i zawołał do kierowcy: Jedziemy!
Rozległ się syk, pacnięcie lejc i powóz ruszył. Ciągnął go pai-car, wysoki ptak, mięsożerny bezlot, a powoził nieinteligentny kuzyn Lai-owna, który siedział na miejscu woźnicy z przodu powozu. Powóz miał dwa wielkie koła ze srebrnego stopu z ornamentacją w formie wycinanki i nadwozie w kształcie łodzi zrobione ze skóry, którą gotowano, obrabiano chemicznie, formowano i ozdabiano kolorowymi metalowymi plakietkami o wzorze charakterystycznym dla danego kierowcy. Z boku gondoli świeciły dwie niezbyt silne latarnie na baterie.
Kołysząc się, powóz zjechał z Górki, a potem sunął po płaskiej miejskiej przestrzeni. Sula oparła się o ramię Casimira. Ciemne domy wznosiły się po obu stronach jak ściany kanionu. Plaśnięcia stóp pai-cara i jego sapanie odbijały się echem od ścian budowli. Na ulicy nie było prawie żadnego ruchu, tylko limuzyna z ochroniarzami-Torminelami jechała w pewnej odległości za powozem; kierowca Torminel potrafił znakomicie nawigować dzięki wielkim, dostosowanym do nocnego widzenia oczom.
— Czy to legalne? — spytała Sula.
— Oczywiście nie. — Casimir błysnął w uśmiechu białymi zębami. — Takich wozów nie można używać poza obrębem parku.
— Nie obawiasz się policji?
— Policja tonie w milionach podań o karty żywnościowe. Przez następne miesiące ulice należą do nas.
W mroku rozległ się śmiech Veroniki. Sula usłyszała człapanie innej pary stóp i zobaczyła, jak z lewej strony wyłania się dziki pysk o piłopodobnych zębach, należący do pai-cara, a za ptakiem — woźnica i Julien z Veroniką. Julien wychylił się z powozu i pijackim gestem pomachał dłonią.
— Zakładam się o setkę, że pokonam was do ulicy Medycznej! Sula poczuła, jak ciało Casimira sztywnieje, gdy twarz Juliena zniknęła w ciemnościach.
— Szybciej! — zawołał do woźnicy. Woźnica syknął i machnął lejcami. Powóz przyśpieszył, trzeszcząc i kiwając się.
Znowu dobiegł ich drwiący śmiech Veroniki. Casimir warknął i pochylił się do przodu.
— Szybciej! — zawołał. Nerwy Suli napięły się, świadome niebezpieczeństwa.
W biurowcach paliło się światło w kilku oknach, tam, gdzie pracowały ekipy sprzątające. Pod jedną z niewielu działających latarni ulicznych stali dwaj Trominele w brązowych mundurach służby cywilnej i wiedli sprzeczkę. Gdy powozy przemknęły obok nich, zamilkli i wytrzeszczyli swoje wielkie oczy. Boczne latarnie powozu Juliena zbliżały się.
— Szybciej! — zawołał Casimir i odwrócił się do Suli. Śmiech wydobywał się z głębi jego płuc. Jej twarz także rozjaśniła się uśmiechem.
To szaleństwo — pomyślała. Totalne szaleństwo.
Słyszała, jak Julien popędza swego woźnicę, i widziała, jak na zakręcie spod ślizgających się kół lecą iskry. Siła odśrodkowa cisnęła ją na Casimira. Opiekuńczo otoczył ją ramieniem.
— Szybciej!
Dźwięczny śmiech Veroniki dobiegał teraz z bliska. Casimir przechylał się to na lewo, to na prawo, by zza pleców woźnicy lepiej widzieć goniony powóz. Przejeżdżali teraz przez skrzyżowanie i oba powozy zajaśniały bielą w reflektorach potężnej maszyny do czyszczenia ulic. Sula mrugnęła, oślepiona. Na policzkach czuła nocny chłód. Bijące serce miała aż w gardle.
Powozy zrównały się i Julien zaklął. Na kolejnym zakręcie metalowe koła wpadły w poślizg i dwukółka Juliena zbliżyła się do drugiego powozu; woźnica Casimira, chcąc uniknąć kolizji, zmuszony był zrobić większy łuk. Julien znowu ich wyprzedzał.
— Cholera! — Casimir zeskoczył ze swego siedzenia na kozioł woźnicy. Bladą dłonią sięgnął do kieszeni. — Dwadzieścia zenitów, jeśli go pokonasz! — zawołał. Dwadzieścia zenitów to dwukrotna stawka za powóz, pai-cara i woźnicę.
Wozak odpowiedział zdecydowanym sykiem. Pai-car wyczuł chyba nastrój pasażerów, bo wrzasnął energicznie i przyśpieszył.
Droga biegła przez kanał i na moście powóz Casimira znalazł się tuż za powozem Juliena. Do Suli dotarł kwaśny powiew znad wody. Ktoś na brzegu, krzyknął zaskoczony. Koła podskoczyły na wybojach i Sulą rzuciło jak ziarnkiem grochu w butelce. Na zakręcie została przyparta do skórzanego boku gondoli, który lekko się wygiął.
Zaśmiała się na myśl, że jej życie mogłoby się teraz skończyć, że mogłaby zginąć w absurdalnym wypadku powozu albo dostać się do więzienia i cała praca — zespół 491, „Bojownik” oraz walka z Naksydami — przepadłaby wskutek tej lekkomyślnej, obłąkańczej eskapady…
Dobrze mi tak — pomyślała.
Między domami rozbrzmiewało echo ciężkiego oddechu pai-cara.
— Jeszcze dwadzieścia! — Casimir położył na koźle drugą monetę.
Powóz zatoczył się na pojazd Juliena, który, popędzał woźnicę na stojąco, ale jego pai-car sprawiał już wrażenie półżywego. Nagle pojawiło się światło reflektorów, rozległ się sygnał alarmowy i woźnica Juliena gwałtownie ściągnął lejce, by uniknąć zderzenia z taksówką wiozącą rozśpiewany chór Cree.
Julien wrzasnął, niezadowolony, a Casimir zaśmiał się triumfalnie, gdy auto ze śpiewakami znikało w tyle.
Jechali przez spokojną dzielnicę biurowców, a potem bardziej ożywiony rejon Grandview. Po ulicach chodzili ludzie, taksówki czekały przy krawężnikach na klientów. Sula zobaczyła na skrzyżowaniu migający sygnał stopu.