Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
9 – Rozmowa…
W lodówce, takiej ogromnej, były jarzyny i mleko w butelkach. Kuchnia była wyłożona biało-czarnymi płytkami i wychodziła na patio ze sznurami do bielizny. Tam były pokoje Amalii, Carloty i Símuli i ich łazienka z ubikacją, prysznicem i umywalką.
Ukłucia igłą w samym środku mózgu, na skroniach ciosy młota. Otworzył oczy i nacisnął dźwignię w budziku: tortura ustała. Leżał nieruchomo, patrząc na fosforyzującą kulę. Już kwadrans po siódmej. Podniósł słuchawkę aparatu i połączył się z portiernią, kazał podstawić wóz na ósmą. Poszedł do łazienki, wziął prysznic, golił się i ubierał, zajęło mu to dwadzieścia minut. Ukłucia w mózgu wzmogły się pod strumieniem zimnej wody, słodkomdła pasta do zębów przemieszała się z gorzkim smakiem w ustach: zwymiotuje? Zamknął oczy i zdawało mu się, że widzi maleńkie błękitne płomyki zżerające jego ciało, że widzi krew, leniwie krążącą pod skórą. Mięśnie mu zesztywniały, w uszach dzwoniło. Otworzył oczy: musi więcej spać. Zszedł do jadalni, odsunął wczorajsze jajko i grzanki, z odrazą wychylił filiżankę kawy. Nalał pół szklanki wody i rozpuścił w niej dwie alka-seltzers, wypił pieniący się płyn i czknął. W gabinecie wypalił dwa papierosy pakując papiery do teczki. Wyszedł, i żandarmi pełniący wartę w bramie podnieśli dłonie do daszków. Ranek był bezchmurny, słońce opromieniało dachy Chaclacayo, ogrody i nadrzeczne zarośla wydawały się intensywnie zielone. Paląc papierosa czekał, aż Ambrosio wyprowadzi wóz z garażu.
Santiago zapłacił za dwa gorące paszteciki i coca-colę i wyszedł na płonącą światłami ulicę Carabaya. W szybach tramwaju Lima-San Miguel odbijały się świetlne reklamy, a niebo było czerwone, jakby Lima miała się zaraz zamienić w prawdziwe piekło. Myśli: najbardziej zafajdane prawdziwe piekło. Na chodnikach roiło się od połyskujących mrówek, przechodnie zalewali jezdnię i parli naprzód, wymijając samochody, najgorzej, jak cię zaskoczy godzina wyjścia z biur w śródmieściu, mówiła pani Zoila za każdym razem, kiedy zdyszana i użalająca się nad sobą wracała z zakupów; Santiago poczuł łaskotanie w żołądku: już osiem dni. Wszedł w starą bramę; obszerny przedsionek, pękate bele papieru oparte o poplamione sadzą ściany. Czuć było farbą, starością, szpitalem. W zakratowanym okienku pojawił się portier w granatowym mundurze: pan Vallejo? Pierwsze piętro w głębi, tam gdzie napisane Redaktor Naczelny. Ze strachem wchodził po szerokich schodach, które trzeszczały, jakby od niepamiętnych czasów gnieździły się tam szczury i robactwo. Chyba nigdy nie zaznały miotły. I po co prosił panią Lucie, żeby mu wyprasowała ubranie, po co stracił solą na oczyszczenie butów. To na pewno redakcja: otwarte drzwi, w środku nie ma nikogo. Przystanął; żarłocznym, dziecięcym wzrokiem obrzucał stoły, przy których nikt nie siedział, maszyny do pisania, trzcinowe kosze na śmieci, biurka, fotografie na ścianach. Pracują w nocy, a w dzień śpią, pomyślał, taki trochę cygański zawód, romantyczny. Podniósł rękę i cicho zapukał.
Na schodach z salonu na piętro leżał czerwony chodnik przybity złoconymi gwoździami, a na ścianie wisiały obrazki z Indianami grającymi na Quenie * i poganiającymi stada lam. Łazienka połyskiwała majolikową wykładziną, umywalka i wanna były różowe, a w lustrze Amalia mogła się przejrzeć calutka, od góry do dołu. Ale najładniejsza była sypialnia pani, przez pierwsze dni wchodziła tam pod byle pretekstem i nie mogła się napatrzeć. Dywan był szafirowy, tak samo jak zasłony przy balkonowych drzwiach, a najbardziej przyciągało oczy łóżko, bardzo szerokie, niziutkie, z nóżkami jak łapy krokodyla, przykryte czarną narzutą, a na niej taki żółty zwierz ziejący ogniem. I po co tyle luster? Było jej trudno przyzwyczaić się do tego zwielokrotnienia, do tylu Amalii powtórzonych wiele razy, to w toaletce, to na parawaniku, to w klozecie (a ile sukienek, bluzek, spodni, szali na głowę, bucików), to wreszcie w tym niepotrzebnym lustrze na suficie, w którym, jak uwięziony w klatce, przeglądał się smok z narzuty. Obraz był tylko jeden, ale taki, że twarz ją zaczęła palić, kiedy go zobaczyła. Pani Zoila nigdy by nie powiesiła w swojej sypialni nagiej kobiety, która trzyma się za piersi tak wyzywającym ruchem, która pokazuje się tak bezwstydnie. Ale tutaj wszystko było śmiałe i wszędzie była ta rozrzutność. Po co kupowali tyle alkoholu? Bo pani często wydaje przyjęcia, powiedziała jej Carlota, a pan ma wysoko postawionych przyjaciół, więc trzeba ich dobrze ugościć. Pani była chyba jakąś multimilionerką, w ogóle się nie troszczyła o pieniądze. Amalii było wstyd, kiedy widziała, jak Simula pokazuje pani rachunki, tyle podkradała na koszyczkowe, a pani jakby nigdy nic, to tak dużo wydałaś? w porządku, i zabierała resztę wcale nie licząc.
Samochód sunął autostradą, a on tymczasem czytał dokumenty, podkreślał pewne zdania, notował na marginesach. Kiedy mijali Vitarte, słońce znikło, szare powietrze ochładzało się, w miarę jak zbliżali się do Limy. Za dwadzieścia pięć dziewiąta samochód stanął na placu Italia, Ambrosio wyskoczył i podbiegł otworzyć drzwiczki: niech Ludovico czeka o pół do piątej w Klubie Cajamarca, Ambrosio. Wszedł do ministerstwa, przy biurkach nikogo, w sekretariacie też nikogo. Ale doktor Alcibiades siedział już za swoim stołem i z czerwonym ołówkiem w ręku przeglądał dzienniki. Wstał, dzień dobry, don Cayo, i Bermúdez podał mu plik papierów, pilne telegramy, natychmiast wysłać, doktorze. Wskazał na drzwi sekretariatu: szanowne panie nie pamiętają, że praca zaczyna się o pół do dziewiątej? i doktor Alcibiades spojrzał na ścienny zegar: dopiero pół do dziewiątej, don Cayo. Ale on już wyszedł. Gdy znalazł się w swoim gabinecie, zrzucił marynarkę, rozluźnił krawat. Korespondencja leżała pod bibułą: na lewo depesze policyjne, telegramy i komunikaty w środku, na prawo listy i podania. Czytał, notował, segregował, darł. Właśnie kończył, kiedy zadzwonił telefon: generał Espina, don Cayo, czy pan jest? Tak, tak, jest, proszę przełączyć, doktorze.
Starszy pan o białych włosach uśmiechnął się przyjaźnie i wskazał mu krzesło: a więc to pan, młody Zavala, oczywiście, Clodomiro mu mówił. W jego oczach był porozumiewawczy błysk, w jego dłoniach jakaś serdeczność i lepkość, biurko nieskazitelnie czyste. Tak, Clodomiro to jego przyjaciel ze szkolnych czasów, natomiast pańskiego ojca – Fermín, prawda? – nie znałem, był dużo młodszy, i znów się uśmiechnął: jakieś kłopoty w domu? Clodomiro mi opowiadał. No cóż, takie czasy, młodzi chcą być niezależni.
– Właśnie dlatego szukam pracy – powiedział Santiago. – Mój stryj Clodomiro myślał, że może pan.
– Ma pan szczęście – kiwnął głową pan Vallejo. – Właśnie szukamy kogoś do działu miejskiego.
– Nie mam doświadczenia, ale zrobię wszystko, co będę mógł, żeby jak najprędzej się nauczyć – powiedział Santiago. – Pomyślałem, że gdybym dostał pracę w „Kronice”, może mógłbym dalej studiować prawo.
– Odkąd tu jestem, nie widziałem wielu takich, co by mogli pogodzić studia z pracą – powiedział Vallejo. Muszę pana uprzedzić, bo może pan nie wie. Dziennikarstwo to zawód najgorzej płatny. I przysparzający najwięcej kłopotów.
– Zawsze mi się podobał, proszę pana – powiedział Santiago. – Zawsze sobie myślałem, że ten zawód jest najbliższy życiu.
– No tak, no tak – pan Vallejo przesunął dłonią po śnieżnobiałej głowie i przytaknął życzliwymi oczyma. – Wiem, że pan nie pracował jeszcze w gazecie, zobaczymy, co z tego wyniknie. Tak czy tak, chciałbym się zorientować w pana możliwościach. – Spoważniał, jego głos stał się bardziej gardłowy: – Pożar w Domu Towarowym Wiese. Dwóch zabitych, straty na pięć milionów, strażacy przez całą noc usiłowali ugasić ogień. Policja prowadzi śledztwo, aby sprawdzić, czy to wypadek, czy afera o podłożu kryminalnym. Nie więcej niż na dwie stroniczki. Niech pan sobie wybierze jakąś maszynę, tu w redakcji jest ich dużo.
* Quena (słowo z jęz. keczua) – flet indiański służący do akompaniowania w ludowych pieśniach i tańcach.