Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:

Rozmowa w Katedrze to niezwykła historia ludzi żyjących w Peru, w latach 50., w czasie dyktatury wojskowej, której przywódcą był generał Manuel Apolinario Odría.Akcja książki rozgrywa się na kilku płaszczyznach ujawniających kulisy i mechanizmy władzy dyktatora jak i jej wpływ na życie zwykłych ludzi. W popularnym barze o znaczącej nazwie Katedraa spotykają się Santiago Zavala, który wyrwał się spod władzy lojalnego wobec rządu ojca, Ambrosio człowiek ze społecznych nizin, znajomy Cayo Bemudeza bliskiego współpracownika prezydenta. Rozmowa, uznawana jest za najważniejsze dzieło Vargasa Llosy. Sam Autor mówi o niej w ten sposób: żadna inna powieść nie przysporzyła mi tak wiele trudu. Dlatego gdybym musiał kiedyś uratować coś z pożaru, wyniósłbym właśnie tę książkę.
1 ... 49 50 51 52 53 54 55 56 57 ... 163
Перейти на страницу:

9 – Rozmowa…

W lodówce, takiej ogromnej, były jarzyny i mleko w butelkach. Kuchnia była wyłożona biało-czarnymi płytkami i wychodziła na patio ze sznurami do bielizny. Tam były pokoje Amalii, Carloty i Símuli i ich łazienka z ubikacją, prysznicem i umywalką.

Ukłucia igłą w samym środku mózgu, na skroniach ciosy młota. Otworzył oczy i nacisnął dźwignię w budziku: tortura ustała. Leżał nieruchomo, patrząc na fosforyzującą kulę. Już kwadrans po siódmej. Podniósł słuchawkę aparatu i połączył się z portiernią, kazał podstawić wóz na ósmą. Poszedł do łazienki, wziął prysznic, golił się i ubierał, zajęło mu to dwadzieścia minut. Ukłucia w mózgu wzmogły się pod strumieniem zimnej wody, słodkomdła pasta do zębów przemieszała się z gorzkim smakiem w ustach: zwymiotuje? Zamknął oczy i zdawało mu się, że widzi maleńkie błękitne płomyki zżerające jego ciało, że widzi krew, leniwie krążącą pod skórą. Mięśnie mu zesztywniały, w uszach dzwoniło. Otworzył oczy: musi więcej spać. Zszedł do jadalni, odsunął wczorajsze jajko i grzanki, z odrazą wychylił filiżankę kawy. Nalał pół szklanki wody i rozpuścił w niej dwie alka-seltzers, wypił pieniący się płyn i czknął. W gabinecie wypalił dwa papierosy pakując papiery do teczki. Wyszedł, i żandarmi pełniący wartę w bramie podnieśli dłonie do daszków. Ranek był bezchmurny, słońce opromieniało dachy Chaclacayo, ogrody i nadrzeczne zarośla wydawały się intensywnie zielone. Paląc papierosa czekał, aż Ambrosio wyprowadzi wóz z garażu.

Santiago zapłacił za dwa gorące paszteciki i coca-colę i wyszedł na płonącą światłami ulicę Carabaya. W szybach tramwaju Lima-San Miguel odbijały się świetlne reklamy, a niebo było czerwone, jakby Lima miała się zaraz zamienić w prawdziwe piekło. Myśli: najbardziej zafajdane prawdziwe piekło. Na chodnikach roiło się od połyskujących mrówek, przechodnie zalewali jezdnię i parli naprzód, wymijając samochody, najgorzej, jak cię zaskoczy godzina wyjścia z biur w śródmieściu, mówiła pani Zoila za każdym razem, kiedy zdyszana i użalająca się nad sobą wracała z zakupów; Santiago poczuł łaskotanie w żołądku: już osiem dni. Wszedł w starą bramę; obszerny przedsionek, pękate bele papieru oparte o poplamione sadzą ściany. Czuć było farbą, starością, szpitalem. W zakratowanym okienku pojawił się portier w granatowym mundurze: pan Vallejo? Pierwsze piętro w głębi, tam gdzie napisane Redaktor Naczelny. Ze strachem wchodził po szerokich schodach, które trzeszczały, jakby od niepamiętnych czasów gnieździły się tam szczury i robactwo. Chyba nigdy nie zaznały miotły. I po co prosił panią Lucie, żeby mu wyprasowała ubranie, po co stracił solą na oczyszczenie butów. To na pewno redakcja: otwarte drzwi, w środku nie ma nikogo. Przystanął; żarłocznym, dziecięcym wzrokiem obrzucał stoły, przy których nikt nie siedział, maszyny do pisania, trzcinowe kosze na śmieci, biurka, fotografie na ścianach. Pracują w nocy, a w dzień śpią, pomyślał, taki trochę cygański zawód, romantyczny. Podniósł rękę i cicho zapukał.

Na schodach z salonu na piętro leżał czerwony chodnik przybity złoconymi gwoździami, a na ścianie wisiały obrazki z Indianami grającymi na Quenie * i poganiającymi stada lam. Łazienka połyskiwała majolikową wykładziną, umywalka i wanna były różowe, a w lustrze Amalia mogła się przejrzeć calutka, od góry do dołu. Ale najładniejsza była sypialnia pani, przez pierwsze dni wchodziła tam pod byle pretekstem i nie mogła się napatrzeć. Dywan był szafirowy, tak samo jak zasłony przy balkonowych drzwiach, a najbardziej przyciągało oczy łóżko, bardzo szerokie, niziutkie, z nóżkami jak łapy krokodyla, przykryte czarną narzutą, a na niej taki żółty zwierz ziejący ogniem. I po co tyle luster? Było jej trudno przyzwyczaić się do tego zwielokrotnienia, do tylu Amalii powtórzonych wiele razy, to w toaletce, to na parawaniku, to w klozecie (a ile sukienek, bluzek, spodni, szali na głowę, bucików), to wreszcie w tym niepotrzebnym lustrze na suficie, w którym, jak uwięziony w klatce, przeglądał się smok z narzuty. Obraz był tylko jeden, ale taki, że twarz ją zaczęła palić, kiedy go zobaczyła. Pani Zoila nigdy by nie powiesiła w swojej sypialni nagiej kobiety, która trzyma się za piersi tak wyzywającym ruchem, która pokazuje się tak bezwstydnie. Ale tutaj wszystko było śmiałe i wszędzie była ta rozrzutność. Po co kupowali tyle alkoholu? Bo pani często wydaje przyjęcia, powiedziała jej Carlota, a pan ma wysoko postawionych przyjaciół, więc trzeba ich dobrze ugościć. Pani była chyba jakąś multimilionerką, w ogóle się nie troszczyła o pieniądze. Amalii było wstyd, kiedy widziała, jak Simula pokazuje pani rachunki, tyle podkradała na koszyczkowe, a pani jakby nigdy nic, to tak dużo wydałaś? w porządku, i zabierała resztę wcale nie licząc.

Samochód sunął autostradą, a on tymczasem czytał dokumenty, podkreślał pewne zdania, notował na marginesach. Kiedy mijali Vitarte, słońce znikło, szare powietrze ochładzało się, w miarę jak zbliżali się do Limy. Za dwadzieścia pięć dziewiąta samochód stanął na placu Italia, Ambrosio wyskoczył i podbiegł otworzyć drzwiczki: niech Ludovico czeka o pół do piątej w Klubie Cajamarca, Ambrosio. Wszedł do ministerstwa, przy biurkach nikogo, w sekretariacie też nikogo. Ale doktor Alcibiades siedział już za swoim stołem i z czerwonym ołówkiem w ręku przeglądał dzienniki. Wstał, dzień dobry, don Cayo, i Bermúdez podał mu plik papierów, pilne telegramy, natychmiast wysłać, doktorze. Wskazał na drzwi sekretariatu: szanowne panie nie pamiętają, że praca zaczyna się o pół do dziewiątej? i doktor Alcibiades spojrzał na ścienny zegar: dopiero pół do dziewiątej, don Cayo. Ale on już wyszedł. Gdy znalazł się w swoim gabinecie, zrzucił marynarkę, rozluźnił krawat. Korespondencja leżała pod bibułą: na lewo depesze policyjne, telegramy i komunikaty w środku, na prawo listy i podania. Czytał, notował, segregował, darł. Właśnie kończył, kiedy zadzwonił telefon: generał Espina, don Cayo, czy pan jest? Tak, tak, jest, proszę przełączyć, doktorze.

Starszy pan o białych włosach uśmiechnął się przyjaźnie i wskazał mu krzesło: a więc to pan, młody Zavala, oczywiście, Clodomiro mu mówił. W jego oczach był porozumiewawczy błysk, w jego dłoniach jakaś serdeczność i lepkość, biurko nieskazitelnie czyste. Tak, Clodomiro to jego przyjaciel ze szkolnych czasów, natomiast pańskiego ojca – Fermín, prawda? – nie znałem, był dużo młodszy, i znów się uśmiechnął: jakieś kłopoty w domu? Clodomiro mi opowiadał. No cóż, takie czasy, młodzi chcą być niezależni.

– Właśnie dlatego szukam pracy – powiedział Santiago. – Mój stryj Clodomiro myślał, że może pan.

– Ma pan szczęście – kiwnął głową pan Vallejo. – Właśnie szukamy kogoś do działu miejskiego.

– Nie mam doświadczenia, ale zrobię wszystko, co będę mógł, żeby jak najprędzej się nauczyć – powiedział Santiago. – Pomyślałem, że gdybym dostał pracę w „Kronice”, może mógłbym dalej studiować prawo.

– Odkąd tu jestem, nie widziałem wielu takich, co by mogli pogodzić studia z pracą – powiedział Vallejo. Muszę pana uprzedzić, bo może pan nie wie. Dziennikarstwo to zawód najgorzej płatny. I przysparzający najwięcej kłopotów.

– Zawsze mi się podobał, proszę pana – powiedział Santiago. – Zawsze sobie myślałem, że ten zawód jest najbliższy życiu.

– No tak, no tak – pan Vallejo przesunął dłonią po śnieżnobiałej głowie i przytaknął życzliwymi oczyma. – Wiem, że pan nie pracował jeszcze w gazecie, zobaczymy, co z tego wyniknie. Tak czy tak, chciałbym się zorientować w pana możliwościach. – Spoważniał, jego głos stał się bardziej gardłowy: – Pożar w Domu Towarowym Wiese. Dwóch zabitych, straty na pięć milionów, strażacy przez całą noc usiłowali ugasić ogień. Policja prowadzi śledztwo, aby sprawdzić, czy to wypadek, czy afera o podłożu kryminalnym. Nie więcej niż na dwie stroniczki. Niech pan sobie wybierze jakąś maszynę, tu w redakcji jest ich dużo.

вернуться

* Quena (słowo z jęz. keczua) – flet indiański służący do akompaniowania w ludowych pieśniach i tańcach.

1 ... 49 50 51 52 53 54 55 56 57 ... 163
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)