Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 49 50 51 52 53 54 55 56 57 ... 173
Перейти на страницу:

Trze­ci w ko­lej­no­ści syn ko­wa­la odzie­dzi­czył uro­dę po Vee’rze. Gdy sta­li obok sie­bie, wy­glą­da­li jak para bliź­niąt, któ­re ka­prys losu roz­dzie­lił ćwier­cią wie­ku. Te same rysy twa­rzy, ten sam wzrost, ta sama szczu­pła, peł­na gra­cji bu­do­wa. Tyl­ko że chło­pak no­sił się jak je­den z jeźdź­ców rów­nin, wor­ko­wa­te spodnie spię­te ozdob­nym pa­sem, wy­so­kie buty, zie­lo­na, je­dwab­na ko­szu­la, do tego rów­nież zie­lo­na, ha­fto­wa­na ka­mi­zel­ka. Nie­któ­rzy z męż­czyzn z jej cza­ar­da­nu stro­ili się tak na we­se­la lub inne waż­ne oka­zje. Do tego wło­sy za­cze­sa­ne w tył i prze­wią­za­ne ozdob­ną ta­siem­ką – za­miast za­ple­cio­ne w tra­dy­cyj­ny war­kocz. Tak ubie­ra­li się wo­jow­ni­cy z kil­ku przy­gra­nicz­nych ple­mion i moda ta roz­prze­strze­nia­ła się po wszyst­kich wschod­nich pro­win­cjach. Gdy­by Eso’bar wsko­czył w ta­kim stro­ju na sio­dło i na­cią­gnął kap­tur na twarz, nikt nie do­my­ślił­by się, że to Ver­dan­no z dzia­da pra­dzia­da.

Za każ­dym ra­zem, gdy się wi­dzie­li, Ka­ile­an za­sta­na­wia­ła się, jak wiel­ką czu­je po­ku­sę, by to zro­bić. Raz przy­ła­pa­ła go w staj­ni, sto­ją­ce­go przy To­ry­nie i z nie­od­gad­nio­ną miną gła­dzą­ce­go de­li­kat­nie koń­ski grzbiet. Je­śli chciał spró­bo­wać, je­śli ku­si­ła go jaz­da wierz­chem, jej koń był je­dy­nym ko­niem, jaki mógł go po­nieść. Inne wierz­chow­ce rodu ni­g­dy nie mia­ły sio­dła na grzbie­cie. Szur­nę­ła wte­dy gło­śniej drzwia­mi, wy­ry­wa­jąc go z transu. Ni­g­dy nie roz­ma­wia­li na ten te­mat, ale od tam­te­go cza­su przy­glą­da­ła mu się uważ­niej. Jego za­cho­wa­nie, spo­sób ubie­ra­nia, fakt, że mó­wił w me­ekhu jak ro­do­wi­ty miesz­ka­niec Im­pe­rium, prze­sta­ły być tyl­ko mło­dzień­czy­mi fa­na­be­ria­mi. Jej przy­bra­ny ku­zyn no­sił w so­bie ja­kąś za­drę, któ­ra ka­za­ła mu szu­kać... nie wie­dzia­ła cze­go. Chy­ba sama miesz­ka­ła z nimi zbyt dłu­go, bo myśl, że mógł­by ze­rwać z ro­dzi­ną, wsko­czyć na sio­dło i spró­bo­wać zna­leźć so­bie inne miej­sce w ży­ciu, ja­koś nie chcia­ła na dłu­żej za­go­ścić w jej gło­wie.

To tyl­ko mło­dzień­cze wy­bry­ki, on ma do­pie­ro osiem­na­ście lat, przej­dzie mu – te sło­wa ni­czym ce­gły two­rzy­ły mur, za któ­rym kry­ła swój nie­po­kój. No i rzecz ja­sna roz­są­dek pod­po­wia­dał oczy­wi­ste wy­ja­śnie­nie. Po odej­ściu naj­star­szych bra­ci to wła­śnie Eso’bar naj­czę­ściej wy­ru­szał z Li­th­rew, by han­dlo­wać. Ciot­ka Vee’ra twier­dzi­ła, że ma do tego dryg, i Ka­ile­an nie mo­gła się z nią nie zgo­dzić. A że ubie­rał się i za­cho­wy­wał jak tu­tej­szy? W koń­cu to uła­twia­ło mu za­ku­py. Każ­dy ku­piec za­wsze ostrzej trak­tu­je ko­goś, kto ma na czo­le wy­pi­sa­ne „obcy”. To ro­zu­mo­wa­nie, pro­ste i lo­gicz­ne, było ko­lej­ną ce­głą w mu­rze. I nie­po­kój, któ­ry za­wsze kieł­ko­wał w niej na wi­dok trze­cie­go z sy­nów And’ewer­sa, ma­lał.

Więc te­raz też tyl­ko uśmiech­nę­ła się i uści­ska­ła ku­zy­na.

– Zdar­li z cie­bie skó­rę? – za­py­ta­ła.

– Pró­bo­wa­li, ale się nie da­łem. – Jego uśmiech był sze­ro­ki i szcze­ry. – Sar­tay wie, że nie tyl­ko on ma na sprze­daż do­bre że­la­zo, więc nie pró­bo­wał mnie za bar­dzo oszu­kać.

Po­cią­gnął no­sem i zwró­cił się do mat­ki:

– Mmm, co tak pach­nie? Za­mie­rzasz za­drę­czyć syna na śmierć?

– Wóz roz­ła­do­wa­ny? Ko­nie opo­rzą­dzo­ne?

– Mat­ko...

W tym „mat­ko” było wszyst­ko – ła­god­na kpi­na, czu­łość, żart. Obo­je wie­dzie­li, że nie mu­sia­ła py­tać o tak oczy­wi­ste rze­czy, lecz – co Ka­ile­an od­kry­ła, gdy tyl­ko z nimi za­miesz­ka­ła – Ver­dan­no ni­g­dy nie mó­wi­li o swo­ich uczu­ciach wprost.

– Wiesz, gdzie są mi­ski i łyż­ki, nie każ mat­ce sta­rusz­ce ci usłu­gi­wać. I le­piej się po­spiesz.

– O? A dla­cze­go? Wi­dzę wiel­ki gar.

– A ja sły­szę, że bliź­nia­ki już nie pra­cu­ją. Uprząt­nię­cie kuź­ni zaj­mie im kil­ka mi­nut, a do­tar­cie do kuch­ni trzy ude­rze­nia ser­ca. Za kwa­drans znik­nie po­ło­wa zupy. Albo i wię­cej.

Ka­ile­an szyb­ko do­pi­ła resz­tę ze swo­jej mi­ski i bez szcze­gól­nych wy­rzu­tów su­mie­nia do­la­ła so­bie dru­gą por­cję, wy­mie­nia­jąc tyl­ko po­ro­zu­mie­waw­czy uśmiech z Eso’ba­rem. Bliź­nia­cy mie­li po pięt­na­ście lat i wciąż ro­śli. A to zna­czy­ło, że kie­dy nie pra­co­wa­li lub nie spa­li, szu­ka­li cze­goś do je­dze­nia. Była go­to­wa za­ło­żyć się o wła­sne­go ko­nia, że za­pa­chy roz­cho­dzą­ce się z kuch­ni skró­ci­ły pra­cę nad no­ża­mi o do­bre pół go­dzi­ny. I o to, że gdy bra­cia roz­gosz­czą się już w kuch­ni, ciot­ka Vee’ra bę­dzie zmu­szo­na do ugo­to­wa­nia do­kład­ki dla resz­ty ro­dzi­ny.

Sior­biąc zupę, mu­sia­ła zgo­dzić się z Aan­dur­sem. Gdy­by ko­wa­lo­wa chcia­ła przy­jąć po­sa­dę w jego za­jeź­dzie, usły­sza­no by o nim w pro­mie­niu stu mil.

Albo i da­lej.

* * *

Wy­cho­dząc z kuch­ni, mi­nę­ła się z bliź­nia­ka­mi. Omal jej nie stra­to­wa­li. Uśmiech­nę­ła się i ru­szy­ła w stro­nę trze­cie­go wozu. Je­śli ciot­ka mia­ła ra­cję, to tam Der’eko prze­chwa­lał się opo­wie­ścia­mi o swo­im ży­ciu w mie­ście. W po­rów­na­niu z Man­del­len ta­kie Li­th­rew wy­glą­da­ło jak przy­sió­łek. Ale dla ca­łej ro­dzi­ny było od kil­ku lat do­mem. Po­dob­nie jak dla niej. Mimo że je­den czy dru­gi głu­piec mógł po­war­ki­wać pod no­sem na to, że ro­do­wi­ta Me­ekhan­ka miesz­ka z Ver­dan­no, to ogrom­na więk­szość miesz­kań­ców mia­stecz­ka pil­no­wa­ła swo­je­go nosa, wy­cho­dząc z za­ło­że­nia, że je­śli dziew­czy­na się nie skar­ży, to krzyw­dy nikt jej nie robi. To była taka... Ka­ile­an wie­le razy pró­bo­wa­ła zna­leźć na to okre­śle­nie – su­ro­wa, po­gra­nicz­na mą­drość, bio­rą­ca po­czą­tek z nie­ustan­ne­go za­gro­że­nia ze stro­ny wschod­nie­go są­sia­da. Rób co chcesz, żyj jak po­tra­fisz, by­le­byś w cza­sie na­pa­du wal­czył po wła­ści­wej stro­nie.

Je­śli ko­bie­ta chcia­ła jeź­dzić kon­no i strze­lać z łuku – pro­szę bar­dzo, je­śli chcia­ła ma­chać sza­blą – nie ma prze­szkód. By­le­by nie ma­cha­ła nam przed no­sem. Na po­gra­ni­czu Wiel­kich Ste­pów żyło się po pro­stu ina­czej, wie­le miej­sco­wych ple­mion nie tyl­ko nie za­bra­nia­ło dziew­czę­tom udzia­łu w po­tycz­kach, ale wręcz za­chę­ca­ło je do na­uki łuku i sza­bli. W trak­cie szyb­kich jak mgnie­nie oka starć lek­kiej jaz­dy o wy­gra­nej lub po­raż­ce mógł za­de­cy­do­wać każ­dy jeź­dziec, mo­gła mieć zna­cze­nie każ­da wy­pusz­czo­na strza­ła. Ver­dan­no my­śle­li po­dob­nie, to u nich Ka­ile­an na­uczy­ła się wal­czyć bro­nią bia­łą i wy­szli­fo­wa­ła umie­jęt­no­ści łucz­ni­cze. Była cie­ka­wa, jak to wy­glą­da w mie­ście, w któ­rym to Me­ekhań­czy­cy są mniej­szo­ścią.

Po­de­szła pod otwar­te okno i sta­nę­ła, żeby po­słu­chać. Dla sa­mej przy­jem­no­ści słu­cha­nia, bo Der’eko miał głos, któ­rym mógł uwieść każ­dą ko­bie­tę i ocza­ro­wać każ­de­go męż­czy­znę. Ni­ski, głę­bo­ki, po­brzmie­wa­ją­cy we­wnętrz­ną siłą. Tak mu­siał mó­wić jego oj­ciec w mło­dych la­tach, choć te­raz rzad­ko od­zy­wał się ina­czej niż stłu­mio­nym szep­tem.

1 ... 49 50 51 52 53 54 55 56 57 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)