Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Trzeci w kolejności syn kowala odziedziczył urodę po Vee’rze. Gdy stali obok siebie, wyglądali jak para bliźniąt, które kaprys losu rozdzielił ćwiercią wieku. Te same rysy twarzy, ten sam wzrost, ta sama szczupła, pełna gracji budowa. Tylko że chłopak nosił się jak jeden z jeźdźców równin, workowate spodnie spięte ozdobnym pasem, wysokie buty, zielona, jedwabna koszula, do tego również zielona, haftowana kamizelka. Niektórzy z mężczyzn z jej czaardanu stroili się tak na wesela lub inne ważne okazje. Do tego włosy zaczesane w tył i przewiązane ozdobną tasiemką – zamiast zaplecione w tradycyjny warkocz. Tak ubierali się wojownicy z kilku przygranicznych plemion i moda ta rozprzestrzeniała się po wszystkich wschodnich prowincjach. Gdyby Eso’bar wskoczył w takim stroju na siodło i naciągnął kaptur na twarz, nikt nie domyśliłby się, że to Verdanno z dziada pradziada.
Za każdym razem, gdy się widzieli, Kailean zastanawiała się, jak wielką czuje pokusę, by to zrobić. Raz przyłapała go w stajni, stojącego przy Torynie i z nieodgadnioną miną gładzącego delikatnie koński grzbiet. Jeśli chciał spróbować, jeśli kusiła go jazda wierzchem, jej koń był jedynym koniem, jaki mógł go ponieść. Inne wierzchowce rodu nigdy nie miały siodła na grzbiecie. Szurnęła wtedy głośniej drzwiami, wyrywając go z transu. Nigdy nie rozmawiali na ten temat, ale od tamtego czasu przyglądała mu się uważniej. Jego zachowanie, sposób ubierania, fakt, że mówił w meekhu jak rodowity mieszkaniec Imperium, przestały być tylko młodzieńczymi fanaberiami. Jej przybrany kuzyn nosił w sobie jakąś zadrę, która kazała mu szukać... nie wiedziała czego. Chyba sama mieszkała z nimi zbyt długo, bo myśl, że mógłby zerwać z rodziną, wskoczyć na siodło i spróbować znaleźć sobie inne miejsce w życiu, jakoś nie chciała na dłużej zagościć w jej głowie.
To tylko młodzieńcze wybryki, on ma dopiero osiemnaście lat, przejdzie mu – te słowa niczym cegły tworzyły mur, za którym kryła swój niepokój. No i rzecz jasna rozsądek podpowiadał oczywiste wyjaśnienie. Po odejściu najstarszych braci to właśnie Eso’bar najczęściej wyruszał z Lithrew, by handlować. Ciotka Vee’ra twierdziła, że ma do tego dryg, i Kailean nie mogła się z nią nie zgodzić. A że ubierał się i zachowywał jak tutejszy? W końcu to ułatwiało mu zakupy. Każdy kupiec zawsze ostrzej traktuje kogoś, kto ma na czole wypisane „obcy”. To rozumowanie, proste i logiczne, było kolejną cegłą w murze. I niepokój, który zawsze kiełkował w niej na widok trzeciego z synów And’ewersa, malał.
Więc teraz też tylko uśmiechnęła się i uściskała kuzyna.
– Zdarli z ciebie skórę? – zapytała.
– Próbowali, ale się nie dałem. – Jego uśmiech był szeroki i szczery. – Sartay wie, że nie tylko on ma na sprzedaż dobre żelazo, więc nie próbował mnie za bardzo oszukać.
Pociągnął nosem i zwrócił się do matki:
– Mmm, co tak pachnie? Zamierzasz zadręczyć syna na śmierć?
– Wóz rozładowany? Konie oporządzone?
– Matko...
W tym „matko” było wszystko – łagodna kpina, czułość, żart. Oboje wiedzieli, że nie musiała pytać o tak oczywiste rzeczy, lecz – co Kailean odkryła, gdy tylko z nimi zamieszkała – Verdanno nigdy nie mówili o swoich uczuciach wprost.
– Wiesz, gdzie są miski i łyżki, nie każ matce staruszce ci usługiwać. I lepiej się pospiesz.
– O? A dlaczego? Widzę wielki gar.
– A ja słyszę, że bliźniaki już nie pracują. Uprzątnięcie kuźni zajmie im kilka minut, a dotarcie do kuchni trzy uderzenia serca. Za kwadrans zniknie połowa zupy. Albo i więcej.
Kailean szybko dopiła resztę ze swojej miski i bez szczególnych wyrzutów sumienia dolała sobie drugą porcję, wymieniając tylko porozumiewawczy uśmiech z Eso’barem. Bliźniacy mieli po piętnaście lat i wciąż rośli. A to znaczyło, że kiedy nie pracowali lub nie spali, szukali czegoś do jedzenia. Była gotowa założyć się o własnego konia, że zapachy rozchodzące się z kuchni skróciły pracę nad nożami o dobre pół godziny. I o to, że gdy bracia rozgoszczą się już w kuchni, ciotka Vee’ra będzie zmuszona do ugotowania dokładki dla reszty rodziny.
Siorbiąc zupę, musiała zgodzić się z Aandursem. Gdyby kowalowa chciała przyjąć posadę w jego zajeździe, usłyszano by o nim w promieniu stu mil.
Albo i dalej.
* * *
Wychodząc z kuchni, minęła się z bliźniakami. Omal jej nie stratowali. Uśmiechnęła się i ruszyła w stronę trzeciego wozu. Jeśli ciotka miała rację, to tam Der’eko przechwalał się opowieściami o swoim życiu w mieście. W porównaniu z Mandellen takie Lithrew wyglądało jak przysiółek. Ale dla całej rodziny było od kilku lat domem. Podobnie jak dla niej. Mimo że jeden czy drugi głupiec mógł powarkiwać pod nosem na to, że rodowita Meekhanka mieszka z Verdanno, to ogromna większość mieszkańców miasteczka pilnowała swojego nosa, wychodząc z założenia, że jeśli dziewczyna się nie skarży, to krzywdy nikt jej nie robi. To była taka... Kailean wiele razy próbowała znaleźć na to określenie – surowa, pograniczna mądrość, biorąca początek z nieustannego zagrożenia ze strony wschodniego sąsiada. Rób co chcesz, żyj jak potrafisz, bylebyś w czasie napadu walczył po właściwej stronie.
Jeśli kobieta chciała jeździć konno i strzelać z łuku – proszę bardzo, jeśli chciała machać szablą – nie ma przeszkód. Byleby nie machała nam przed nosem. Na pograniczu Wielkich Stepów żyło się po prostu inaczej, wiele miejscowych plemion nie tylko nie zabraniało dziewczętom udziału w potyczkach, ale wręcz zachęcało je do nauki łuku i szabli. W trakcie szybkich jak mgnienie oka starć lekkiej jazdy o wygranej lub porażce mógł zadecydować każdy jeździec, mogła mieć znaczenie każda wypuszczona strzała. Verdanno myśleli podobnie, to u nich Kailean nauczyła się walczyć bronią białą i wyszlifowała umiejętności łucznicze. Była ciekawa, jak to wygląda w mieście, w którym to Meekhańczycy są mniejszością.
Podeszła pod otwarte okno i stanęła, żeby posłuchać. Dla samej przyjemności słuchania, bo Der’eko miał głos, którym mógł uwieść każdą kobietę i oczarować każdego mężczyznę. Niski, głęboki, pobrzmiewający wewnętrzną siłą. Tak musiał mówić jego ojciec w młodych latach, choć teraz rzadko odzywał się inaczej niż stłumionym szeptem.