Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #3
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: satan
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Popatrzył po twarzach, teraz słuchali go wszyscy, znikły głupawe uśmieszki i nieobecne spojrzenia. Andan nadal żuł źdźbło trawy, Velergorf i Bergh sprawiali wrażenie zamyślonych, ale Kenneth za dobrze ich znał, żeby dać się nabrać. Słuchali i notowali w pamięci. Czwórka nowych podoficerów także nie spuszczała z niego wzroku.
– Po drugie nie możemy wrócić do zamku szlakiem, którym podążają Verdanno, bo oni oficjalnie podnieśli bunt, więc Górska Straż nie może sobie spacerować między wozami jak gdyby nigdy nic.
– I tak nikt w to nie uwierzy, panie poruczniku.
– To prawda, Omne, jasna jak tyłek Pani Lodu. Ale tu nie chodzi o to, w co Ojciec Wojny uwierzy czy nie, ale o to, żeby miał pretekst, by nie wysłać swoich hord na zachód. Jeśli nie będziemy udawać, że Wozacy się zbuntowali, wodzowie koczowników nie będą mogli zrobić nic poza wypowiedzeniem wojny Imperium, nawet gdyby wojny nie chcieli, bo stracą twarz i poparcie wojowników. Właściwie to powinniśmy teraz stać tam na górze i własnymi piersiami blokować Wozakom drogę. Żeby przynieść do Kehlorenu trochę ran i siniaków. Jacyś ochotnicy...? No właśnie. To trzecia rzecz, z powodu której musimy wybrać inną trasę. Będziemy mogli oświadczyć, że po przypadkowym odkryciu przejścia przez góry Verdanno nas zaatakowali, musieliśmy wycofać się w dzikie rejony Olekadów i podążyć do doliny Amersen nieznaną trasą. Zajmie nam to ładnych kilka dni, co pozwoli większości wozów opuścić okolice zamku. Tak wygląda mój plan, jakieś uwagi?
– Znamy tę nieznaną trasę choć trochę? – Fenlo Nur patrzył nieruchomym, spokojnym spojrzeniem.
– Nie, młodszy dziesiętniku. Nie bardziej niż drogę w tę stronę. Mamy mapę, na której jest zaznaczone Awiroh, dolina Mansenn, za nią Burzowy Wierch i las Wendehab – recytował z pamięci. – Potem kilka mil wzdłuż ściany Oweose i jesteśmy u źródeł Salawii. Rzeczka doprowadzi nas do samej doliny Amersen. To trasa dla pieszego, w dwóch miejscach jest do pokonania pionowa skała, psy trzeba będzie spuszczać w uprzężach na dół, ale jak już mówiłem, nie musimy się spieszyć. Pójdziemy wolno, pozwiedzamy okolicę, będziemy wcześnie zakładać obozy i późno je zwijać. Spacer. Uniósł dłoń na znak, że mówi ważne rzeczy.
– Ale nawet wtedy musimy uważać. Nie wiemy, co się dzieje w górach, nie mamy łączności z Czarnym ani z innymi oddziałami. And’ewers zapewnia mnie, że nikt nie zaatakował wozów w żadnym miejscu szlaku, więc zabójcy raczej nie ośmielili się tego zrobić...
Versen-hon-Lawons chrząknął, splunął w bok i brzęknął na cięciwie łuku.
– To dużo ludzi, panie poruczniku, mogły ich zniknąć dziesiątki, a w chaosie wędrówki oni by się nie zorientowali.
– Nie. – Fenlo Nur pokręcił głową. – Nawet gdy siedzieliśmy w stajni, słyszeliśmy plotki. Przez ostatni miesiąc zabijano ludzi tak, by ich znaleziono, by wzbudzić strach. Niewiele było zwykłych zniknięć. Jeśli ktoś uderzyłby na nich – wskazał na pracujących na ostrodze Wozaków – chciałby, żeby o tym wiedzieli. Zostawiłby ciała.
– To prawda, Fenlo. Najpewniej zostawiłby. Być może chodzi o liczebność i siłę, Verdanno to prawdziwa armia, a ich czarownicy nie próżnują, wozy są strzeżone także magią. A może zabójcy stracili zainteresowanie albo planują coś innego? Zawsze gdy w okolicy Belenden jakaś banda przycichała, spodziewaliśmy się większych kłopotów. Gdy przycichało kilka band, spodziewaliśmy się olbrzymich kłopotów.
Wszyscy pokiwali głowami.
– Czarny też nie należy do ludzi, którzy pozwalają się bezkarnie okładać po gębie. Najpewniej sam coś kombinuje. W każdym razie dla nas najważniejsze jest to, że idziemy przez wrogi teren. Będziemy zakładać obozy i strzec ich jak pod Kehlorenem, żadnego rozluźnienia. Póki nie dotrzemy do zamku, mamy mieć oczy dookoła głowy.
Spojrzał każdemu w oczy, ale nawet Velergorf wyglądał na śmiertelnie poważnego. Ten bezimienny żołnierz, którego ciało znaleźli, zapadł wszystkim w pamięć.
– I ostania rzecz. – Kenneth podrapał się po brodzie i uśmiechnął bez odrobiny radości. – To ja rozmawiałem z Czarnym, to ja odebrałem mapy i rozkazy. Żaden z was. Pamiętajcie, że przez całą drogę byliście tylko dziesiętnikami wykonującymi rozkazy dowódcy. I to macie zeznać, gdyby ktoś chciał się was czepiać.
Andan wypluł przeżute źdźbło.
– Nie zrobią tego!
– Pewnie nie. Ale jeśli będzie trzeba, Imperium poświęci jednego porucznika, byleby uniknąć wojny. Nie sądzę zresztą, żeby było tak źle, ale czasem człowiek włoży głowę między kamienie, a młyn miele. Bywa.
* * *
Verdanno budowali rampę do zmierzchu, jednak nocą, bezksiężycową i pochmurną zrobili przerwę. Kenneth nie musiał pytać dlaczego, rozpalenie ognisk, a nawet użycie pochodni, żeby oświetlić sobie miejsce pracy, było jednoznaczne z oznajmieniem swojej obecności wszystkim w promieniu trzydziestu mil. Na ciemnej ścianie Olekadów smuga światła odznaczałaby się jak prześwietlona słońcem szpara w ścianie. Nikt nie zakładał, że wyżyna będzie całkiem wyludniona, zatem na razie Verdanno musieli się maskować, bo rampa urywała się stromą ścianą o wysokości kilkunastu stóp, co nie było żadną przeszkodą dla ludzi, ale stanowiło barierę nie do przejścia dla koni. Kenneth widział już na górze rydwany gotowe do walki, lecz na razie, gdy zapadł zmrok, budowniczowie zeszli na dół, rozłożyli się wprost na ziemi i zasnęli, rozstawiając wokół pierścień wartowników.
Kenneth przyglądał im się, szykowali się do snu. Większość była cholernie młoda, nawet jak na standardy półdzikich, barbarzyńskich plemion Wschodu. Wiedział, że to złudzenie, doświadczeni woźnice, wojownicy, dowódcy rydwanów i piechoty zjadą na dół później, gdy rampa zostanie ukończona; ci tutaj to w większości młodziki, zbyt nieopierzeni, żeby powierzyć im zaprzęg, ale idealnie nadający się do ciężkiej roboty. Ale i tak młody wiek większości z nich rzucał się w oczy i nie pozostawiał wątpliwości, że cała armia Verdanno jest... niedojrzała. Kenneth zwrócił na to uwagę już w czasie wędrówki, gdy zdarzyło mu się podpatrywać wozackich wojowników. Wiedział mniej więcej, jaka jest średnia wieku jego kompanii, większość żołnierzy miała koło trzydziestki, a niektórzy, jak Velergorf czy Azger, przekroczyli czterdziestkę. Psiakrew, wychodziło na to, że mieli wyjątkowo młodego dowódcę, skrzywił się pod nosem. Praktycznie każdy z nich służył ładnych parę lat i miał za sobą wiele walk i potyczek. A choć byli raczej młodzi, to i tak w porównaniu z Verdanno Kenneth dowodził oddziałem weteranów. U Wozaków, jak zdążył zauważyć, na jednego szpakowatego, pokrytego bliznami wojownika przypadało pięciu, sześciu młodzików, większość miała na oko między piętnaście a dwadzieścia lat. Była widoczna wyraźna luka wiekowa, jakby ktoś wyrwał całe pokolenie z tego narodu.
I to był ich największy problem. Jeśli w pierwszych starciach poniosą zbyt duże straty wśród doświadczonych wojowników, to młodsi nie zdążą się niczego od nich nauczyć i Wozacy zostaną z armią gówniarzy, może i spragnionych walki, bez wątpienia odważnych, lecz niebędącą niczym więcej niż bandą żółtodziobów. W Górskiej Straży – podobnie jak w całej imperialnej armii – obowiązywała niepisana zasada „dwa na jeden”, to znaczy, że oddział, w którym na jednego młodzika nie przypadało przynajmniej dwóch doświadczonych żołnierzy, uważano za niepełnowartościowy. Z punktu widzenia meekhańskich standardów Verdanno nie dysponowali armią, tylko bandą rekrutów.
A mieli zmierzyć się z konnymi a’keerami jednego lub dwóch Synów Wojny, ćwiczonymi bezustannie w międzyplemiennych potyczkach i rajdach wzdłuż granic Imperium. A potem zamierzali umocnić się na Wyżynie Lytherańskiej i wytrzymać kontratak samego Yawenyra lub jego następcy. Przechadzając się pomiędzy leżącymi na ziemi sylwetkami, Kenneth przykucnął i zanurzył dłonie w trawie. Ta ziemia wkrótce spłynie krwią, wozy będą płonąć, ludzie i konie ginąć od żelaza, ognia i czarów. Wozacy wydawali się całkowicie akceptować nadchodzącą wojnę, szli walczyć o swoje miejsce na ziemi i nie mieli żadnych wątpliwości co do słuszności własnych racji. Wygnańcy wracają, by zbrojnie odebrać ojczystą ziemię. Piękny temat na wspaniałą epopeję.