Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #3
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: satan
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
– Waraaaaaaa!!! Ag saye waraaaa!!!
Podeszli ich cicho, od gór, stamtąd, gdzie wartowników było niewielu, a noże i garoty otworzyły im drogę. Musieli prowadzić konie pieszo, trzymając je mocno za uzdy, by żaden nie zarżał, wskoczyli na siodła tuż przed atakiem i runęli na śpiący obóz.
Kenneth poderwał się w chwili, gdy między zaskoczonymi, na wpół przytomnymi ludźmi pojawiły się sylwetki na koniach. Jeźdźcy, którzy mieli lance, kłuli nimi wstających, a łucznicy posyłali strzałę za strzałą, niemal wprost w leżących pod kopytami ich koni Wozaków, pociski, wystrzelone z tak bliska, przeszywały ludzi na wylot i przyszpilały do ziemi.
Zrywając się z posłania, złapał tylko tarczę, miecz, odłożony na bok, złośliwie wymknął się spod palców, Kenneth przyklęknął, by go podnieść i w tej chwili jedna strzała świsnęła mu nad głową, druga zaś prześlizgnęła się po kolczudze. Rękojeść miecza wreszcie przykleiła się do dłoni, porucznik jednym ruchem strzepnął pochwę z ostrza i nagle z półmroku przed nim wyłonił się galopujący jeździec. Lanca mierzyła wprost w brzuch porucznika, który zasłonił się niezręcznie tarczą a siła uderzenia wyrzuciła go za burtę wozu.
Przez mgnienie oka leciał w powietrzu, jakimś cudem nie upuszczając ani tarczy, ani miecza, a następnie walnął o ziemię z takim impetem, że aż stracił dech. Odruchowo przetoczył się przez plecy, potrząsnął głową żeby przegonić ciemne plamy sprzed oczu. A koczownik już najeżdżał na niego, pochylony w siodle, lanca uderzyła w dół, podstępnie, na wysokości uda, Kenneth odbił grot mieczem, doskoczył do konnego i z całej siły pchnął tarczą. Szpiczaste umbo wbiło się w nogę napastnika tuż nad brązowym nagolennikiem, w miejscu, gdzie nie sięgała kolczuga, jeździec krzyknął, szarpnął wodze, usiłując cofnąć konia, i puścił lancę, sięgając po szablę.
Kenneth nie dał mu szansy. Przykleił się do konia, pociągnął tarczę w dół, mocniej rozrywając nogę przeciwnika, a krzyk rannego przeszedł w wycie. Strażnik pchnął mieczem w górę, trafiając w brzuch, pozyqa była niewygodna, nie mógł włożyć pełnej siły w uderzenie, więc kolczuga koczownika wytrzymała, ale cios wypchnął powietrze z jego piersi. Mężczyzna zgiął się w pół, a kolejne uderzenie trafiło go w szyję, tuż pod zapinkę hełmu. Gorąca krew trysnęła porucznikowi na twarz, wyszarpnął miecz i odskoczył, cofnął się kilka kroków, szukając plecami wozu.
Dwóch konnych wyłoniło się z obu stron pojazdu i zwolniło. Ten z prawej miał lancę, ten z lewej łuk i już unosił broń do strzału. Kenneth skulił się za tarczą, boleśnie świadomy, że jest o wiele za mała, strzelec może spokojnie wybrać, gdzie go trafi, a jego towarzysz po prostu dobije rannego. Brzęknęła cięciwa, głowa łucznika odskoczyła w tył z krótkim bełtem tkwiącym pośrodku czoła, drugi koczownik spiął konia i w tej chwili trafiły go dwa pociski. Stęknął, upuścił lancę i zwalił się z konia, a potem spróbował odpełznąć w bok.
Z ciemności wyskoczyły pochylone sylwetki, Kenneth rozpoznał swoją dziesiątkę, kilku ludzi z Drugiej i Czwartej oraz na oko całą Piątą. Jeden z żołnierzy, przebiegając obok, przyszpilił ruszającego się jeszcze koczownika do ziemi. Wokół trwała walka. Fenlo Nur podbiegł do dowódcy z kuszą w ręku. W zębach, niczym knebel, trzymał gruby bełt.
– Czały jestesz... tfu – wypluł pocisk – cały pan jest?
– Tak, to nie moja krew.
– Dobrze.
Dziesiętnik oparł kuszę o ziemię, naciągnął, założył bełt. Wokół strażnicy utworzyli luźny krąg. Porucznik rzucił okiem, było ich około trzydziestu, w tym połowa z kuszami, z podoficerów miał tylko Nura.
– Wozy w koło – rzucił.
Krępy dziesiętnik skinął tylko głową. Znajdowali się po zewnętrznej stronie półokręgu ustawionego z kilkunastu wozów, przez kilka chwil mieli spokój, większość napastników szalała nieco dalej, choć sądząc po coraz głośniejszym brzęku stali i rżeniu koni, nie szło im już tak łatwo.
– Bland, Malawe, Gawoh i wy dwaj, dwa wozy z lewej i zamykacie krąg. Maronles, Szpak i wy – Kenneth wskazał kilku żołnierzy pozbawionych kusz – wozy z prawej. Fenlo, bierz kuszników i osłaniacie ich. Na trzy. Raz, dwa...
Ruszyli biegiem, pochyleni, dopadli wozów, szarpnęli. Puste pojazdy potoczyły się lekko i półokrąg zaczął się zamykać. W międzyczasie porucznik znalazł wóz, na którym spał. Pas z pochwą i sztyletem powędrował na miejsce.
I w tym momencie błysnęło światło. Ktoś wrzucił naręcze chrustu w jedno z tlących się leniwie ognisk, płomienie buchnęły na kilka stóp w górę, oświetlając obóz. Koczownicy znajdowali się wszędzie, galopowali po zakrwawionej ziemi, kłuli uciekających w plecy, ścinali szablami, rozwalali toporami głowy. Łuki pracowały rzadziej, w ciemnościach trudno było mierzyć do niewyraźnych celów i chyba właśnie dlatego wpadli na pomysł, by oświetlić sobie okolicę. Tym bardziej że w jednym miejscu Wozacy zbili się w potężną gromadę, uzbrojeni w co który złapał, siekiery, łopaty, ciężkie młoty, drewniane drągi. Wianuszek okrwawionych ciał koni i ludzi świadczył, że próba rozbicia tej kupy frontalnym atakiem nie powiodła się, więc teraz błysnęło drugie i trzecie ognisko, a jeźdźcy sięgnęli po łuki i świsnęły pierwsze strzały.
Verdanno zakłębili się i zaczęli cofać w stronę grupy wozów stojących bliżej rampy, coraz szybciej, coraz bardziej bezładnie. Dzieliło ich od zbawczej osłony jakieś sto kroków i jasne było, że zanim tam dotrą, koczownicy wystrzelają połowę z nich. A jeśli Wozacy rzucą się do ucieczki, zostaną stratowani i wyrżnięci.
– Tam!
Kenneth wskazał Fenlo Nurowi oddaloną o jakieś pięćdziesiąt jardów grupkę konnych łuczników. Podoficer skinął głową, rzucił kilka krótkich rozkazów, jego dziesiątka i tych kilku pozostałych żołnierzy z kuszami wzięła koczowników na cel.
– Teraz! – warknięcie Nura przebiło się przez zgiełk bitwy i kilkanaście kusz szczęknęło jak jedna.
We wskazanej grupie konnych było równo dziesięciu jeźdźców i nagle czterech zwaliło się na ziemię, pięciu zakrzyczało różnymi głosami, zgięło się w siodłach, a ostatni zastygł z otwartymi ustami i na wpół naciągniętym łukiem.
Fenlo Nur nie tracił czasu na podziwianie efektów swojej pracy, oparł kuszę o ziemię, szarpnął cięciwę, pozornie bez wysiłku zaczepił ją o orzech, położył bełt w rowku. Kenneth nigdy w życiu nie widział, by ktoś tak szybko napinał tę broń. Dziesiętnik przytulił łoże do policzka i delikatnie nacisnął spust. Ostatni jeździec wciąż rozglądał się, gdy pocisk trafił go w gardło.
Kenneth zrozumiał. Koczownicy ich nie widzieli. Wozy, które strażnicy ustawili w okrąg, znajdowały się z boku, rozpalone ogniska ułatwiały napastnikom celowanie, ale sprawiały też, że mrok poza kręgiem płomieni był dwa razy gęstszy.
– Strzelajcie dalej – rozkazał. – I wozy bliżej!
Wyskoczył na zewnątrz, w ciemność, gdzie leżały ciała trzech zabitych wcześniej koczowników. O pierwsze prawie się przewrócił, odszukał po omacku twarz, przyklęknął przy trupie, wcisnął ostrze sztyletu pod zapinkę stalowego, zwieńczonego kitą z końskiego włosia hełmu, przeciął. Po chwili miał w ręku trzy hełmy i długą na dwanaście stóp lancę. Wrócił do wozów, w biegu związując kity ze sobą.
Wozy tworzące krąg ustawiono ciaśniej, uzbrojeni w kusze żołnierze słali bełt za bełtem, a Se-kohlandczycy już się zorientowali, skąd są ostrzeliwani, bo o burty zaczęły uderzać strzały. Konni jeszcze nie ruszyli do ataku, strzelali trochę na ślepo, na dodatek porucznik zauważył, jak jeden czy drugi ogląda się przez ramię w stronę rampy, widać nie byli pewni własnych sił. Lecz Kenneth nie zamierzał pozwolić im długo się wahać. Wbił grot lancy w węzeł trzymający razem hełmy, uniósł je w górę, wetknął drugi koniec w szczelinę w dnie najbliższego wozu i potrząsnął.