Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #3
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: satan
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
– Tak. – Młodsza uśmiechnęła się ładnie. – A z ogonami trudno się siedzi na koźle. Ojciec musiałby wypiłowywać otwory w deskach. To kłopot.
Has mrugnął do Kennetha.
– Widzisz, popisują się. Inaczej nie rozmawiałyby przy tobie po meekhańsku.
Obie jednocześnie wzruszyły ramionami.
– To gość – wyjaśniła starsza.
– To nieładnie przy gościu rozmawiać w języku, którego nie rozumie. Poza tym musisz szybko nabrać sił.
– Bo?
– Orne chce z tobą porozmawiać.
Has przestał się uśmiechać, oklapł.
– Ech. Poniosło mnie, to prawda. Przez kilka chwil wydawało mi się, że jestem wszechmocny...
Kenneth wiedział już, co było przyczyną takiego stanu czarownika. To on, jako najbardziej uzdolniony w kontrolowaniu wody i kruszeniu skał, stał się kanałem dla Mocy czerpanej przez resztę szamanów swojego obozu. Meekhańscy czarodzieje rzadko korzystali z takiego rozwiązania, bo aspekty, których używali, musiałyby być pokrewne, takie same albo przynależące do jednej Ścieżki. A trudno zebrać w jednym miejscu grupę magów o zbliżonych talentach. Jednak najważniejszym powodem było to, że przepływająca Moc obciążała organizm czarodzieja jak potężny wysiłek fizyczny. Pękały naczynia krwionośne, odkształcały się stawy, zanikały mięśnie. Po kilku godzinach, a czasem po kilku kwadransach, człowiek wyglądał jak skazaniec z kopalni złota wypuszczony po dziesięcioletnim wyroku.
Każdy czarownik miał własne ograniczenia i jeśli korzystał z ciała jak z tunelu, przez który może przepłynąć Moc czerpana przez innych, ryzykował, że go to zniszczy. Lecz i efektem ubocznym takiego stanu było złudne poczucie wszechmocy. A to kusiło bardziej niż najmocniejsza używka. Czary, które wcześniej wymagały całkowitej koncentracji, przychodziły łatwo, Moc, czerpana do tej pory z mozołem, zdawała się na wyciągnięcie ręki. Zdarzało się, że ktoś zatracał się całkowicie w takiej sytuacji i korzystał z niej, póki jego kości nie zaczęły się łamać pod ciężarem ciała, a płuca i jama brzuszna nie wypełniły krwią.
Podobno Hasowi brakowało tylko kilkudziesięciu uderzeń serca, nim siostra wyciągnęła go z tunelu siłą. Orne była wściekła. Kenneth niemal z nią nie rozmawiał, ale gdy się niedawno mijali, trawa wokół czarownicy usychała i unosiły się z niej smużki dymu. Nieomylny znak, że ledwo kontroluje wybuch gniewu.
– Zachowałeś się jak głupiec – zaczął. – Co cię opętało?
Has uśmiechnął się słabo.
– Przez ostatnie dwadzieścia lat musiałem tłumić swoje umiejętności. Ukrywać się, nie rzucać w oczy. Imperium ma swój Wielki Kodeks i nawet jeśli na Wschodzie nie przestrzega go zbyt pilnie, to tylko głupiec sprawdzałby, jak daleko można się posunąć w jego naginaniu. Na Stepach wszyscy wiedzą, kto jest czarownikiem i szamanem, ale dopóki nie obnosisz się z umiejętnościami, dopóty zostawiają cię w spokoju. Byłem jak... byłem jak zbyt długo napięty łuk. Gdy wreszcie mogłem sięgnąć po prawdziwą Moc, gdy duchy wody i chłodu zatańczyły dla mnie...
Przerwał, wpatrując się uważnie w twarz oficera, a Kenneth musiał się bardzo starać, by się nie uśmiechnąć.
– Tak – czarownik pokiwał głową – zachowałem się jak głupiec, ale kto nie czuł, nie widział tańca wody i lodu, ten nie zrozumie...
Porucznik westchnął, usiadł przy łóżku i z wahaniem spojrzał na opiekunki Hasa.
– Czy mogłybyście zostawić nas na chwilę samych? Tylko na chwilę.
Wymieniły spojrzenia, jakieś gesty.
– Tylko go nie zagadaj na śmierć.
– Będę mało mówił.
– Nie ciebie miałam na myśli, żołnierzu. – Starsza uśmiechnęła się łobuzersko, po czym obie ukłoniły się i wyszły.
Kenneth poczekał, aż zamkną drzwi.
– Zmieniły się.
– Kto, one? Dorastają. Nee’wę trzeba będzie wkrótce wydać za mąż, bo swoim językiem doprowadza wszystkich do szału, ale w rodzie jest jeszcze Ana’we – Pierwsza, i to ona powinna najpierw założyć ślubny wieniec. Ale ojciec kręci nosem na wesele w czasie bitewnego marszu, i ma rację, dziewczyna może tego samego dnia powitać mężczyznę w łożu i pożegnać go w ziemi.
– Roztrajkotałeś się, Has. Nie o tym mówię. Kiedy je pierwszy raz spotkałem, nie odezwały się ani słowem, nawet na mnie nie spojrzały, a teraz zachowują się, jakbyśmy byli dobrymi znajomymi.
Czarownik popatrzył na niego uważnie, mrużąc powieki.
– Nic nie zauważyłeś? Twoi ludzie też nie?
– Nie zauważyłem czego?
Has mlasnął, wykrzywił się i nagle oczy mu zabłysły.
– Doprowadziliście nas tutaj, przez połowę gór, przez lasy, hale, szczyty i granie. Wy, nikt inny. Twoja kompania. Gdy zaczynaliśmy, byliście po prostu oddziałem żołdaków Cesarza, którym nie bardzo można ufać, bo służą za pieniądze i zasłaniają się rozkazami. Wielu nie wierzyło, że można wam powierzyć los karawany. Gdybyście wtedy weszli między wozy w jednym z obozów, w najlepszym razie wypędzono by was na zewnątrz.
– A w najgorszym?
– Stratowałby was spłoszony tabun koni. Na Wschodzie kilku poborcom podatków zdarzyły się takie nieszczęścia, gdy zbyt głęboko wtykali nosy w nie swoje sprawy. Ale wy jesteście inni, niż wielu myślało, idziecie przodem, wspinacie się na skały, szukacie pułapek i zasadzek, wychodzicie na czoło nawet w nocy, nie skarżycie się, nie oglądacie za siebie. Dziś moglibyście wejść do każdego wozu w każdym obozie, dosiąść się do stołu, a gospodarz bez słowa postawiłby przed wami talerz i osobiście go napełnił. Staliście się naszymi górskimi Weh’leyd.
– Nie wiem, co to znaczy, ale mam nadzieję, że nie musimy się wstydzić?
– And’ewers to En’leyd. Oko Węża – dowódca karawany w czasie bitewnego marszu. Ale wąż nie posługuje się oczyma do rozpoznania drogi, wąż bada ją językiem, wącha, smakuje szlak, którym ma zamiar pełznąć. Weh’leyd to Język Węża. Na wyżynie to oddział wojowników, który wysuwa się przed główną kolumnę, by sprawdzać okolicę, szukać źródeł i najlepszych pastwisk. Jak równiną idzie dwa tysiące wozów, to nie mogą poruszać się na oślep. Czasem znane źródła wysychają, a pastwiska żyzne zeszłego roku – dziś okazują się jałowe. Karawana to zbyt dużo gąb do wykarmienia, by zdawać się na los. Weh’leyd to nasze zmysły w czasie wędrówki. Staliście się częścią karawany.
Machnął wychudzoną dłonią w stronę drzwi wozu.
– Jesteśmy dumnym ludem. Gdy spotkałeś je po raz pierwszy, byłeś obcym mężczyzną w obozie ich ojca. Niewartym słowa. Teraz jesteś dowódcą Wehleyd, z którym znajomość przynosi zaszczyt. Gdybyś zechciał, Nee’wa wzięłaby cię na męża.
Zza drzwi dobiegło oburzone parsknięcie. Uchyliły się, ukazując czerwoną twarz średniej siostry.
– Słyszałam to, czarowniku.
– Wiem o tym. A teraz przestań podsłuchiwać i zajmij się, jak Key’la, czymś pożytecznym.
– Jeszcze zobaczę, jak płaczesz, starcze! – Trzasnęła drzwiami.
– Pierwsza wdała się w matkę, najmłodsza w ojca, a ta odziedziczyła złośliwość i bezczelność chyba po prababce. Pamiętam ją, potrafiła skwasić mleko jednym słowem. Ale nie o tym chciałeś mówić, prawda?
– Nie. – Kenneth nagle poczuł się zakłopotany, a pomysł, który przyszedł mu do głowy dwie godziny temu, teraz wydawał się banalny i głupi. – Pamiętasz, jak opowiadałeś o tych małych białych kwiatkach, które wiosną rozkwitają za górami?
– Vilore’de, dzieci słońca. Nie spotkałem ich nigdzie poza naszą wyżyną. – Has uśmiechnął się blado.
– Przeszliśmy dziś na drugą stronę, budowniczy już utwardza drogę i wyrównuje grzbiet ostrogi. – Kenneth zawahał się, sięgając po małą wiklinową skrzynkę, z którą przyszedł. – Zeszliśmy na dół, tak, żeby tylko zobaczyć, jaka ziemia jest na tej waszej wyżynie, żeby poczuć ją pod stopami, i...