Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #3
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: satan
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Hełmy zabrzęczały metalicznym pogłosem, zalśniły w blasku ognia.
– No dobra, trzeba wskazać naszym chłopakom drogę! Szósta! Razem! Szósta!
Żołnierze podjęli okrzyk, waląc do rytmu płazami mieczy i trzonkami toporów o tarcze i burty wozów. Nad zakrwawionym pobojowiskiem poniósł się ryk:
– Szósta! Szósta! Szósta!
Atakujący Wozaków koczownicy odwracali głowy w stronę kręgu wozów, zaczepiali wzrok o powiązane, chwiejące się w powietrzu hełmy i zawracali konie. Trudno o wymowniejsze wyzwanie. Tym bardziej że zza barykady raz po raz wylatywały bełty. Pierwsza grupa nacierających oderwała się od Verdanno i, formując w pełnym galopie luźny szyk, runęła w stronę Straży.
– Czekać!
Nie musiał wydawać tego rozkazu, bo Nur, który objął dowodzenie nad kusznikami, znał się na robocie. Ustawił ich w dwuszeregu, po ośmiu strzelców, i czekał razem z nimi.
A Kenneth widząc, jak Se-kohlandczycy rozpuszczają konie, zrozumiał nagle, co próbują zrobić. Chcieli przeskoczyć górą, nad burtami, i istniało zagrożenie, że im się uda. Pojazdy użyte jako barykada nie były wozami bojowymi, ich burty ledwo sięgały żołnierzom do piersi. Rozpędzony koń mógł przesadzić taką przeszkodę jednym susem.
– Pierwszy, teraz! – Salwa uderzyła w atakujących, dwa konie zaryły chrapami w ziemię, kilka zarżało i wyłamało się z szyku. – Czekać!
Fenlo Nur miał głos jak buhaj w rui i znał się na strzelaniu z kuszy. Pierwszy szereg strzelców cofnął się i zaczął ładować broń, drugi złożył się do strzału.
– Czekać!
Galopowało na nich jakichś trzydziestu jeźdźców, pochyleni nad końskimi karkami i skryci za tarczami, byli cholernie małym celem. Zwłaszcza w ciemnościach rozświetlonych tylko kilkoma ogniskami. Ale kusznicy nie mierzyli w ludzi.
– Czekaaać!
Trzydzieści jardów, luźny szyk atakujących rozpadł się jeszcze bardziej, konie przeszły w cwał.
– Teraz!!!
Osiem kusz szczęknęło jedna za drugą, pięć koni zwaliło się na ziemię, Kenneth widział, jak co najmniej trzy z nich bełty trafiają prosto w głowy, gruchoczą czaszki i zabijają na miejscu. Bo wyszkolony do walki, ogarnięty bojowym szałem rumak nie złamie szyku trafiony nawet kilka razy w pierś i będzie cwałował naprzód jeszcze przez co najmniej sto jardów, nawet jeśli krew zacznie wypełniać mu płuca. Ale zabity na miejscu...
Zakotłowało się, jeźdźcy wylecieli z siodeł, trafione konie zaryły w ziemi, wierzgając na wszystkie strony kopytami, raniąc i okaleczając inne zwierzęta. Koczownicy, którzy nie zdążyli wyhamować, wpadli na ten młyn i przed wozami wyrósł kłąb ludzkich i końskich ciał. Reszta atakujących odbiła na prawo i lewo, jak woda opływająca skałę.
– Za mną!
Kenneth przeskoczył wóz i wpadł między leżących. Uderzeniem tarczy przewrócił próbującego wstać Se-kohlandczyka, poprawił szerokim ciosem zza głowy, miecz ześlizgnął się po hełmie i rozwalił obojczyk. Tym razem kolczuga nie pomogła, klinga niemal odcięła wojownikowi ramię, porucznik kopniakiem uwolnił miecz i rozejrzał się.
Szósta właśnie kończyła robotę, tych kilku jeźdźców, którzy nie zginęli w czasie upadku, wyrżnięto w mgnieniu oka.
A wokół nagle zaświstały strzały.
– Zbierać lance i do wozów!
Wrócili za osłonę, unosząc kilka zdobycznych lanc. Mogły się przydać, brakowało im długiej broni do walki z konnicą.
Pociski uderzały o burty coraz gęściej, lecz nadal niezbyt celnie, w ciemności ludzkie sylwetki skryte za deskami były ledwo widoczne. W przeciwieństwie do jeźdźców, którzy w świetle ognisk wyraźnie odcinali się na tle rozgwieżdżonego nieba. Kusze podjęły pracę.
Po kilku salwach wśród Se-kohlandczyków zabrzmiały gwizdki. Konni zaczęli się przeformowywać.
Kenneth rzucił okiem w stronę Verdanno i zamrugał, zbita masa pieszych ledwo dotarła do wozów u podnóża rampy. A wydawało mu się, że ich potyczka trwała dobry kwadrans.
– Idą – głos Fenlo był spokojny, napiętą kuszę trzymał opuszczoną. – Teraz uderzą w dwóch miejscach.
Malawe zatknął koniec zdobycznej lancy w ziemię, napluł w dłonie.
– Uparli się, czy co?
– Nasz porucznik ma talent do wkurzania ludzi. – Dziesiętnik spojrzał wymownie na pobrzękujące w powietrzu hełmy.
– A nie, to to wiemy nie od dzisiaj. – Strażnik błysnął w ciemnościach zębami, potrząsnął lancą. – Dzięki temu się nie nudzimy.
Koczownicy zachodzili ich z dwu stron w grupach po trzydziestu. Kenneth rozejrzał się po pobojowisku, nie było tam już właściwie napastników. Czyżby Wozaków zaatakował tylko mały podjazd, mniej niż sto koni? Dlaczego więc nie uciekają, mając pod bokiem całą armię Verdanno?
– Chcą nas. – Fenlo zdawał się czytać mu w myślach. – Chcą cesarskich żołnierzy, na dowód, że Imperium maczało palce w przejściu Wozaków przez góry. Spróbują wziąć kogoś żywcem, taki jeniec będzie na wagę złota.
Łoskot kopyt zagrzmiał nagle z prawej i lewej, Se-kohlandczycy runęli na barykadę.
Kenneth zrozumiał, że nie zatrzymają ich niskie wozy ani garść lanc, które mieli jego żołnierze.
– Gotuj się! Salwa i pod burty! Wpuszczamy ich!
Kusznicy dopadli pojazdów, pospieszna salwa załomotała o tarcze, zamlaskała mokrymi uderzeniami o końskie piersi i łby, po czym żołnierze przykucnęli przy burtach, chroniąc głowy. Kenneth też. Nagle nad wozem, do którego się przytulił, przeskoczył koń, ciemny kształt na tle nieba zdawał się frunąć w nieskończoność, wyciągnięty w skoku z przednimi nogami ugiętymi tak, że dotykały piersi.
Konni przeskakiwali wozy tylko z jednej strony, atak na drugą był zmyłką, która miała rozproszyć obrońców, i od razu, wpadając do środka, ruszali do ataku z nisko pochylonymi lancami. Na oczach Kennetha jeden ze zrywających się na nogi strażników, nim zdołał się odwrócić, został przyszpilony do burty, inny uniknął pchnięcia lancą, ale wyszkolony koń najechał na niego, obalił i stratował. Zgromadzeni pod wozami po przeciwnej stronie obronnego kręgu żołnierze w kilka uderzeń serca znaleźli się w poważnych kłopotach.
– Ataaaak!!! – wrzasnął, zrywając się na nogi.
Obok Fenlo Nur, który jakimś cudem zdołał w międzyczasie napiąć cięciwę, posłał bełt w plecy najbliższego jeźdźca, odrzucił kuszę i wyciągając kordy, runął na koczowników. Kenneth złapał zdobyczną lancę, doskoczył do pierwszego Se-kohlandczyka. Ten obejrzał się przez ramię, spróbował przerzucić drzewce nad końską głową, ale nie zdążył. Wąski grot trafił go w bok, na wysokości nerki, bez trudu przebił kolczugę i zagłębił się w ciało. Jeździec krzyknął krótko, strasznym głosem, Kenneth naparł mocniej, wepchnął ostrze jeszcze na kilka cali. Puścił lancę, wyszarpnął miecz i skoczył do następnego napastnika.
To była brudna walka. Brutalna i bezlitosna. W ciemnościach, z ostrzami szabel i toporów walącymi z góry, z lancami kłującymi na odległość. Na dodatek pierwszy atak rozproszył strażników, walczyli teraz bez żadnego szyku ani taktyki. Jeden na jednego, czasem jeden na dwóch. Cios mógł nadejść z każdej strony, niewidoczny; w chwili, gdy powalałeś jednego wroga, drugi wbijał ci ostrze w plecy.
Kenneth wpadł między dwa konie, chlasnął po odsłoniętej nodze najbliższego jeźdźca, przy okazji rozrąbując bok zwierzęcia, przyjął na uniesioną tarczę cios toporem wyprowadzony przez drugiego z wojowników i skontrował krótkim sztychem pod pachę. Płytko, ale koczownik i tak wrzasnął i puścił broń. W tym momencie ktoś uczepił się Se-kohlandczyka z drugiej strony i ściągnął go z siodła. Porucznik odwrócił się, jeździec zranionego konia opanował właśnie wierzchowca i najeżdżał na niego, zwierzę błyskało szalonymi oczyma i kłapało zębami.