Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #3
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: satan
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Tylko że ci, którzy piszą epopeje, rzadko oglądają rozwalone głowy, odcięte kończyny i ciała naszpikowane strzałami, rzadko wąchają smród rozprutych brzuchów i swąd palonego mięsa. A to, co potrafi zrobić z ludzkim ciałem rzucony czar albo demon przywołany na pole bitwy, też nie mieści im się w głowach. Gdyby było inaczej, nie pisaliby o chwale pól bitewnych i bohaterstwie poległych. Dla zawodowych żołnierzy walka była obowiązkiem, i to raczej przykrym, choć gdy już przychodził na nią czas, szli w bój jak drwale do lasu. Robotę trzeba wykonać i tyle. Szukanie sławy i chwały zostawiali bohaterom epopei, tym stworzonym przez ludzi, którzy krew widzieli, tylko gdy zacięli się przy goleniu.
Kenneth wstał i wytarł dłonie o spodnie. Zaczynam się roztkliwiać, pomyślał, a może chodzi o to, że te dzieciaki idą do walki na śmierć i życie, a ja zamierzam sobie zrobić wycieczkę po górach i wrócić do ciepłych koszar.
A najwięcej zyska na tym Imperium. Wystarczyło spojrzeć na mapę – jeśli Se-kohlandczycy przestaną władać Wyżyną Lytherańską, stracą niemal siódmą część terytorium. Na dodatek od północy będą graniczyć z silnym i bitnym narodem, który żywi do nich niechęć. Od zachodu Meekhan, od północy Verdanno. Strategiczna przewaga koczowników, polegająca na tym, że mogą uderzyć na Imperium, mając bezpieczne wszystkie granice, legnie w gruzach. Jeśli przez Olekady przeszły karawany, może też przejść meekhańska armia, która w połączeniu z siłami Wozaków zmusi Ojca Wojny do trzymania w północnych rejonach jego państwa dużych oddziałów, co sprawi, że siły możliwe do użycia w ataku na Imperium na Wschodzie zmniejszą się. A wtedy nie będzie mu pilno do następnej wielkiej wojny.
I znowu – jego myśli zatoczyły koło i wróciły do tych śpiących wokół dzieciaków. Kenneth zgrzytnął zębami, są rzeczy, na które nie ma rady, a jak człowiek za dużo o nich myśli, to wpada w przygnębienie. Lepiej zostawić je takie, jakimi są. Szósta Kompania zrobiła wszystko, by Wozacy bezpiecznie przeszli przez góry, teraz ma wrócić do Kehlorenu, a oni pójdą na spotkanie własnego losu. Ruszył do obozowiska kompanii. Trzeba odpocząć przed dalszą drogą.
Świt następnego dnia wybuchł pracą i gorączkową krzątaniną na ostrodze. Budowniczy nakazał pobudkę, ledwo wschodni widnokrąg zaczął się różowić, ale dzięki temu młoty, topory i pity podjęły pracę, zanim jeszcze słońce wzniosło nad wyżyną swą zaczerwienioną twarz. Widać też było, że po drugiej stronie skalnej szczeliny robota nie ustała na noc, bo wyjeżdżał z niej teraz niekończący się ciąg wozów wypełniony przyciętymi już belkami i deskami oraz kamieniami i ziemią. Zatrzymywały się na końcu rampy, zrzucały ładunek i zawracały, ustępując miejsca następnym.
U podnóża ostrogi również trwała praca, setki łopat gryzły ziemię, ładowały ją do tysięcy worków i przenosiły na koniec kamiennego pomostu. Usypywano wał, który miał przykryć koniec zjazdu, jego boki wzmocniono setkami wbitych w ziemię pali. Ziemna rampa miała już długość prawie pięćdziesięciu jardów i niecałe cztery godziny po południu zetknęła się wreszcie z odcinkiem budowanym od szczytu. Ger’serens był już na miejscu, jakimś drewnianym przyrządem z podziałką ocenił kąt, zadowolony pokiwał głową i uśmiechnął się. Na dany znak położono na usypanej rampie setki desek, zastukały młotki i w kwadrans reszta drogi została ukończona.
Kenneth cofnął się, żeby widzieć rezultat ich pracy. Rampa miała ponad pół mili długości i biegła szczytem ostrogi. W wyższych partiach, gdzie była najwęższa, obudowano ją dodatkowo wysoką na trzy stopy barierką, niżej, gdzie miała już szerokość trzech wozów, zrezygnowano z takich zabezpieczeń. Verdanno ufali swoim woźnicom. Całość była zdumiewająco prosta i łagodna, znikły szczerby i zęby szpecące grzbiet ostrogi, zasypano nagłe obniżenie jej grzbietu w połowie długości. Odnosiło się wrażenie, że można by postawić na koźle zjeżdżającego w dół wozu wypełniony po brzegi kielich, a nie wylałaby się z niego ani kropla.
A jednocześnie – co dla oficera imperialnej armii było równie ważne – całość wydawała się na swój sposób krucha. Wystarczyłoby kilka dzbanów z olejem i kaganek, a ogień, podsycany wiejącym wzdłuż ściany Olekadów wiatrem, strawi wszystko w godzinę czy dwie. Wróg nie będzie miał szansy, żeby wedrzeć się wtedy do Meekhanu. Zresztą nawet gdyby zdobył rampę, to co? Szczeliny w skałach, jary, wąwozy, Orla Grań, szukanie drogi w nieznanym terenie... I wszystko to z Górską Strażą na karku. Czarny i jego Bękarty mieliby niezłą zabawę. Nie, ta droga była równie bezpieczna jak przedtem.
Wozy ruszyły w dół.
Jechały powoli, wyładowane nad miarę drewnem i zapasami, sam budowniczy, zgodnie z tradycją, siedział na koźle pojazdu prowadzącego kolumnę. Rampa trzeszczała, deski uginały się, woźnice z wyczuciem pracowali hamulcami, problemem przy takim zjeździe było to, by wozy nie rozbiły się, pociągnięte w dół przez zbyt wielki ciężar. Konie nie miały właściwie żadnej roboty, oprócz utrzymania pojazdów na szczycie lekko zakręcającej rampy. Całość szła gładko.
Pierwszy wóz dotarł do końca, zwolnił i ostrożnie zjechał na trawę. Przez uderzenie serca zapadła cisza, a potem wybuchł ryk. Stojący u podstawy konstrukcji Wozacy wznosili ręce w górę, śmiali się, krzyczeli, płakali. To była chwila, na którą czekali od Krwawego Marszu, ukoronowanie ich wysiłków, nadziei i marzeń. Po wielu latach pierwszy wóz wjechał na Wyżynę Lytherańską. Kenneth przeniósł wzrok na górę, tam też małe sylwetki wykonywały swój taniec radości, wydawało się, że jeśli człowiek się wysili, to usłyszy, jak ich krzyk przeciska się przez szczelinę, wybucha radością w położonym po drugiej stronie obozie i pędzi wzdłuż całej przebytej drogi, przeskakując z wozu do wozu, aż wreszcie eksploduje rykiem, od którego zadrżą góry, u stóp Kehlorenu. W sumie ta wizja była dość prawdopodobna, więc wychodziło na to, że Kawer Monel dowie się o powodzeniu misji na długo, nim Kenneth złoży mu raport.
Porucznik rozejrzał się po swoich ludziach. Właściwie wszyscy szczerzyli się głupio, w końcu udało im się zrobić coś, czym będą mogli chwalić się dzieciom i wnukom.
– Dobra robota – mruknął.
– Wiemy, panie poruczniku. – Velergorf potarł wytatuowany policzek, poprawił tkwiący za pasem topór. – Kiedy wracamy?
– Myślę, Varhenn. Za trzy, cztery godziny będzie ciemno, nie uśmiecha mi się wędrówka po nocy. Zostaniemy tu do świtu i rankiem ruszymy. Nie spieszy nam się.
– Rozkaz. Sądzi pan, że oni będą chcieli to jakoś uczcić?
– Marzy ci się popijawa? W połowie zadania?
– W tej lepszej połowie, panie poruczniku. Potem to już tylko zimno, wietrznie i wilkowato.
Kenneth uśmiechnął się lekko.
– Wilków ci nie zapewnię, ale o jakąś beczkę wina mogę zapytać.
Nie musiał.
Na dół zjechała przeszło setka wozów, po czym budowniczy ruszył w górę rampy, oznaczając miejsca, które mu się nie podobały. Konstrukcja miała być obciążana przez wiele dni i nocy bez przerwy, nadszedł czas na ostatnie poprawki.
Z wozów, które dotarły na wyżynę, rozładowywano drewno, zwoje lin, owinięte szarym płótnem pakunki. Wkrótce za pomocą sznurów i wbijanych w ziemię palików oznaczono wokół rampy zarys olbrzymiego obozu, którego ściany miały mieć na pierwszy rzut oka ponad pół mili długości. Kenneth pokiwał tylko głową. Wozacy trochę przypominali Meekhańczyków, najpierw trzeba się okopać, a potem dopiero idziemy na wojnę. Z drugiej strony jeśli chcieli w jakikolwiek sposób zapanować nad tysiącami pojazdów, które miały tu zjechać, dobre planowanie było niezbędne.