Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #3
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: satan
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Porucznik przyglądał się tej dość niefrasobliwej krzątaninie z pewnym zakłopotaniem, w końcu nie wytrzymał i zapytał jednego z pomocników Ger’serensa, czy And’ewers jest tak pewien swojej przewagi, że nie wyśle zwiadowców na wyżynę. Mężczyzna popatrzył lekko zdziwiony, po czym zapytał, jak daleko, zdaniem oficera Imperium, można sięgnąć wzrokiem ze szczytu rampy. Trzydzieści mil? Czterdzieści? Po co zwiad, jeśli ma się oczy? Poza tym Se-kohlandczycy z pewnością są jeszcze daleko.
Strażników najbardziej interesowała zawartość ostatnich dwudziestu wozów. Wyładowano z nich dziesiątki beczek i skrzynek wypełnionych jedzeniem. Peklowana wołowina, owinięte w natłuszczone płótno połcie upieczonego mięsa, wędzony boczek, pęta kiełbasy, tysiące pszennych i owsianych placków, masło, miód, suszone owoce, wielkie kotły wypełnione aromatycznymi sosami... Verdanno zamierzali świętować.
Dziwne to było świętowanie, świętowanie wojenne, z ogniskami ledwo tlącymi się w wykopanych w ziemi dołkach, z muzyką cicho pobrzękującą w tle i wozami ustawionymi w kilka luźnych półokręgów, które miały chronić wszystkich przed wiatrem i wrogimi oczyma. Bo nawet jeśli Wozacy sądzili, że udało im się zaskoczyć koczowników, nie zapominali, że są na wojennej wyprawie i trzeba już mieć się na baczności. A jednak nie było w tym smutku stypy, tylko z trudem tłumiona, dzika radość.
Budowniczy, dziwnie onieśmielony, osobiście zaprosił ich do wspólnego świętowania i Kenneth spędził wieczór i połowę nocy, wędrując od ogniska do ogniska, napełniając żołądek smakołykami i słuchając wozackich opowieści. Nie żeby cokolwiek rozumiał, język Verdanno zdawał się składać na równi ze słów i gestów, ale tej nocy, gdy w brzuchu przyjemnym ciężarem zalegała późna kolacja, a w głowie szumiało wino, nie przeszkadzało mu to. Większość opowiadaczy snuła wyraźnie humorystyczne historie, bo wśród siedzących wokół ognia Wozaków co i raz wybuchały salwy śmiechu, a on poddał się nastrojowi chwili, który nakazywał zapomnieć o krwi i wojnie i cieszyć się spokojem, rozleniwieniem i dobrym trunkiem. Szósta Kompania rozproszyła się wśród ognisk.
Znaczna część budowniczych wróciła za tunel, by świętować z rodzinami, więc ci, którzy zostali, mieli dla siebie całe wino i jedzenie. I korzystali z tego bez umiaru, dzieląc się szczodrze ze strażnikami. Kenneth obserwował swoich ludzi, siedzieli ramię w ramię z Wozakami, jedli, pili, uśmiechali się w chwilach, gdy ich gospodarze wybuchali śmiechem, żartowali. Dogadał się już z Ger’serensem, o świcie Wozacy mieli poprawić rampę, jego kompania wykorzysta ten moment, by wejść na górę i przekroczyć szczelinę, bo potem wozy pojadą nieprzerwanym strumieniem, dzień i noc. W zasadzie oznaczało to, że powinni już iść spać, ale doświadczenie uczyło, że nie należy wydawać ludziom rozkazów niemożliwych do wykonania. Po dniach spędzonych na przebijaniu się przez góry i nocach pod lekkimi namiotami należała im się chwila wytchnienia. Zresztą, do ciężkiej cholery, zasłużyli sobie na to, na ogniska, gorące żarcie, dobre wino.
Przeszedł jeszcze raz wokół, wydając krótkie rozkazy dziesiętnikom, dotyczące głównie pilnowania, by żaden z żołnierzy nie przesadził z piciem, i rozstawienia wart, i koło północy znalazł sobie miejsce na nocleg. Czarny miał rację, zasady jak ta, że dowódca ostatni idzie spać, ładnie brzmią, ale kończą się tym, że przemęczony oficer bezsensownie posyła ludzi na śmierć. No i trzeba okazać, że się ufa podwładnym.
Ściągnął hełm, odłożył tarczę, odpiął pas z mieczem, przez chwilę myślał też, czy nie zdjąć kolczugi, ale stwierdził, że trzeba już przyzwyczajać się do niewygód. Od jutra znów czeka nas przebijanie się przez góry i noce na ziemi, pomyślał, kładąc się na jednym z opróżnionych wozów i owijając płaszczem.
* * *
Obudziło ją dotknięcie i omal nie krzyknęła, gdy zobaczyła tuż nad sobą jego twarz. Oczy, jak dwie monety, niemal świeciły w ciemnościach, lecz było w nich coś jeszcze.
Niepokój.
Ana’we spała w wozie ojca, Nee’wa znów znikła na noc, więc Key’la miała cały wóz sypialny dla siebie. Dzisiaj wszyscy świętowali, udało im się przebyć góry. Przysłowie mówiło, że drogą, która uniesie na sobie jeden wóz, może przejechać ich tysiąc. A oni dbali, by droga była jak najlepsza.
W całym obozie jedzono i pito, i wyglądało na to, że nikt nie będzie dziś spał. A jutro, skoro świt, wozy zaczną zjeżdżać na dół, na wyżynę, do domu.
Kailean zawsze podśmiewała się, że Verdanno mówią o uczuciach z takim samym zaangażowaniem, jak o zeszłorocznej pogodzie. Ale gdyby kuzynka miała okazję zobaczyć ten obóz, wiedziałaby, że wszelka gadka jest zbędna.
Dom.
Jej też trudno było tak naprawdę ocenić wagę tego słowa, zrozumieć gorączkę w ruchach i spojrzeniach, w gonitwie słów i gestów av’anaho, w oddechach dyszących winem, dłoniach zaciśniętych w pięści, sztucznej wesołości i demonstracyjnej beztrosce. Trudno, dopóki nie zobaczyła wczoraj wilgotnych oczu Hasa i nie ujrzała, jak ojciec wybiera z kufra najlepszy strój, którego nie zakładał od czasu śmierci mamy.
Dom.
Miejsce, które należy do człowieka, i do którego człowiek należy.
Tylko że w domu czekała na nich wojna z wrogiem, który niczego nie oddawał bez walki. Więc nim niektórzy pokłonią się strażnikom Domu Snu, składali hołd życiu i drodze, która ich tu przywiodła. Wszyscy jedli i pili, a ci, którzy mieli dość, wymykali się w noc parami i ani matrony pilnujące dziewcząt, ani ich ojcowie i bracia nie próbowali temu przeszkadzać. Ponoć Laal Szarowłosa był córką meekhańskiej Pani, a Baelta’Mathran miała w swoim boskim orszaku wszystko to, co wiązało się z życiem.
Przynajmniej tak twierdzili jej kapłani.
Key’la też mogła świętować, a ojciec, odziany w swój najlepszy strój, pozwolił jej nawet wypić duży kubek nierozcieńczonego wina. Co oczywiście sprawiło, że szybko zakręciło jej się w głowie i postanowiła pójść spać. Wino musiało też wywołać jakieś przywidzenia, bo zobaczyła w półmroku, jak Ana’we otwiera drzwi swojej części wozu i wpuszcza do środka chłopaka o twarzy Kar’dena.
Zdecydowanie tej nocy w obozie triumfowało życie.
A teraz obudził ją on, jej tajemniczy gość, a w oczach miał niepokój. A potem usłyszała okrzyk, po nim następny i nagle wszędzie pełno było biegających i hałasujących ludzi.
A nad to wszystko wybijał się jeden głos. Krótki, wysoki dźwięk rogu bojowego.
Wojna dotarła do nich, nim skończyła się noc.
Nagle zrozumiała, że jest sama, sióstr nie ma, ojciec pewnie objął przywództwo, bracia właśnie zakładają pancerze i sięgają po broń.
Sięgnęła przez ciemność i objęła go.
– Proszę – szepnęła, czując, jak chude ciało pod jej dotknięciem kamienieje. – Proszę, po prostu mnie przytul.
Chłopak nie wydał żadnego dźwięku, ale objął ją niezgrabnie i poklepał po plecach.
Rozdział 9
Jutro nadeszło szybciej, niż się spodziewał. Nadeszło z drżeniem gruntu i narastającym grzmotem kopyt walących o ziemię. Nadeszło z brzękiem cięciw i świstem strzał oraz przerażającym, budzącym grozę okrzykiem wojennym Se-kohlandczyków.