Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #3
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: satan
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
– I żeby dotrzeć tam, gdzie nie dotarły inne kompanie?
– Chyba tak. I one tam już rosną, te twoje kwiatki, czarowniku.
Wyjął ostrożnie mały bukiecik. Kwiaty miały żółte środki, a ich główki tonęły w koronie drobnych białych płatków. Pachniały trochę miętą i trochę rumiankiem.
Has wyciągnął rękę, ostrożnie, jakby bał się, że podarunek zaraz zniknie, dotknął palcami białych płatków, i tak zamarł.
Kenneth delikatnie wsunął mu bukiecik w dłoń.
– Większość moich ludzi sądzi, że zbierałem je, by zbałamucić jakąś waszą ślicznotkę i jeśli kiedykolwiek wyprowadzisz ich z błędu, pożałujesz, że dzisiaj nie umarłeś. And’ewers twierdzi, że nie wypuści cię z wozu przez kilka dni, więc pomyślałem, że zrobię choć tyle.
Czarownik nie uśmiechnął się, tylko delikatnie gładził palcami białe główki. Oczy miał przymknięte.
– Czy wiesz – odezwał się szeptem – że dopiero teraz wierzę, że przejdziemy? Nie, gdy planowaliśmy to szaleństwo, nie, gdy wiązaliśmy sojusze i układy, ani nawet nie, gdy wchodziłem w tunel, a skały kruszyły się pod dotykiem duchów. Tylko teraz, gdy mam je w ręku... wierzę.
Kenneth skinął głową i bez słowa wyszedł.
Zamknął drzwi i oparł się o nie plecami.
– Możemy już wejść?
To była ta młodsza. Starsza siedziała z boku i patrzyła na niego bykiem. No tak, propozycja małżeństwa.
– Na waszym miejscu poczekałbym, póki nie zawoła.
– Orne kazała...
– Jeśli teraz wejdziecie, ogon może okazać się waszym najmniejszym problemem. Poczekałbym.
Zmarszczyła brwi.
– Ale żyje?
Uśmiechnął się, stwierdzając, że podoba mu się poczucie humoru Wozaków.
– Chyba po raz pierwszy od wielu lat.
Kenneth mrugnął do niej, wywołując uśmiech, i ruszył w stronę szczeliny. Jego kompania czekała po drugiej stronie.
* * *
Grzbiet ostrogi był wąski i całkowicie nieprzejezdny, ale Verdanno mieli swoich budowniczych, a ci pokazali już, że urodzili się do pracy z drewnem, kamieniem i ziemią. Na szczycie rozpoczęto układać belki, podpierano je z obu stron pionowymi słupami, pod spód ładowano kamienie i ziemię, a całość przykrywano setkami desek, częściowo wydartych z rozbieranych wozów. Przy konstrukcji pracowało naraz ponad dwa tysiące ludzi i zjazd rósł w oczach.
Kenneth widział pośpiech w ich ruchach, nerwową niecierpliwość, a spojrzenia, jakie rzucali na wschód, na rozległą lekko pofałdowaną równinę, płonęły. Gdyby mogli, znieśliby swoje wozy na plecach i już wyruszyli. Jedyną osobą odporną na gorączkę wędrówki zdawał się główny budowniczy. Ger’serens chodził wzdłuż powstającej konstrukcji, mierzył, liczył, sprawdzał, poklepywał ją i opukiwał. Porucznik był świadkiem, jak kazał rozbierać spory odcinek powstającej drogi, dosypywać ziemi i ubijać ją ciężkimi młotami. Ale nikt nie narzekał, świadomość, że od tej pracy zależy szybkość i bezpieczeństwo ostatniego etapu podróży, skutecznie kneblowały usta.
Czerwone Szóstki odpoczywały na dole, u stóp ostrogi. Między żołnierzami płonęło kilka ognisk, bulgotały kociołki, a zapachy drażniły nozdrza. Większość strażników ułożyła się po prostu na trawie, wystawiając twarze do słońca, niektórzy spali. Zeszli na wyżynę jako czoło kolumny, a Kenneth dopiero po rozmowie z Hasem zrozumiał, dlaczego odstąpiono im ten zaszczyt. W jakiś sposób, niezauważenie, stali się częścią karawany. Widział to, schodząc w dół, pracujący Wozacy ustępowali mu z drogi, uśmiechali się, pozdrawiali. Sam Ger’serens znalazł czas, by skinąć głową i żartobliwie zasalutować na meekhański sposób. Porucznik oddal salut i uśmiechnął się. Czuł się dobrze, chyba po raz pierwszy, odkąd wyruszyli, a kiedy widział, jak rośnie droga w dół, docierało do niego, że tego dokonali, że przeprowadzili przez góry liczącą dziesiątki tysięcy wozów karawanę, a nawet jeśli jeszcze większa jej część tkwiła wciąż pod Kehlorenem – choć, do cholery, wyobraźnia cofała się przed tym faktem – to i tak zrobili coś, co powinno zostać zapisane w kronikach imperialnej armii.
To, że nie zostanie, bo Imperium będzie chciało zachować pozory, że atak Verdanno na Wyżynę Lytherańską był wynikiem „buntu” i „nieposłuszeństwa”, nie miało znaczenia. Wozacy będą pamiętać, a rozkazy zostały wykonane, najlepiej jak się dało.
No i był piękny, wiosenny dzień, słońce świeciło jasno, a gulasz, czy cokolwiek tam bulgotało w kociołkach, pachniał znakomicie. Miło odpocząć po dobrze wykonanej robocie. Kenneth znalazł sobie miejsce na niewielkim pagórku, klapnął na trawę i rozejrzał się. Andan drzemał ze źdźbłem trawy w ustach, Versen-hon-Lawons trzymał łuk na kolanach i smarował cięciwę tłuszczem, Omne Wenk, Vełergorf i Cerwes Fenl wdali się w jakąś dyskusję, której głównym elementem było wymachiwanie rękoma i głupawe gesty. Szczerzyli się przy tym jak idioci. Bergh rzucał psom kawałki mięsa, każdemu po kolei, a zwierzęta łapały je w powietrzu, kłapiąc zębami i śliniąc się obficie. Fenlo mieszał zawzięcie w kociołku. Sielanka.
– Dziesiętnicy, do mnie! Narada!
Wstawali i podchodzili powoli. Omne, Velergorf i Cerwes nie przerywali przy tym pogawędki, a Versen oglądania łuku.
– Siadać.
Usiedli w karnym okręgu, patrząc na dowódcę. Było lepiej niż w chwili, gdy wyruszali spod zamku. Dni ciężkiej wędrówki sprawiły, że kompania bardziej się zgrała; co prawda hon-Lawons nadal trzymał się na uboczu, ale to samo porucznik mógł powiedzieć o Berghu, z którego zazwyczaj każde słowo trzeba było wyciągać wołami i który sprawiał wrażenie, jakby psy były dla niego ważniejsze niż ludzie. Mimo to Kenneth bez wahania powierzyłby mu własne życie.
Zresztą najlepiej zmiany widać było po tym, jak rozłożyła się reszta kompanii, dziesiątki mieszały się ze sobą, jadły ze wspólnych kotłów, gawędziły albo grały w kości. Żołnierze byli wyraźnie rozluźnieni i zadowoleni. Nawet dziesiątka Fenlo Nura, choć siedziała na uboczu, sprawiała wrażenie... mniej spiętej.
– I jak tam osoba obdarowana kwiatkami?
Velergorf i dwójka jego towarzyszy szczerzyli się szeroko, zdradzając, jaki był główny temat ich dyskusji. Kenneth zastanowił się i uśmiechnął złośliwie.
– Blada i śmiertelnie zmęczona – powiedział całą prawdę.
– Ha. Mówiłem. – Cerwes wyszczerzył się jeszcze szerzej.
– Nie zabrałem was tu, by gadać o kwiatkach, dziesiętniku. Zadanie wykonane. Trzeba pomyśleć nad drogą powrotu. I nie – pokręcił głową, widząc ich miny – nie zbieramy się dzisiaj, i chyba nawet nie jutro. Trzeba odpocząć, zanim wrócimy w góry, i uzupełnić zapasy, choć nie sądzę, by z tym był problem. No i przede wszystkim chcę zobaczyć, jak wozy zjeżdżają z gór. Tylko wtedy będę wiedział, że nam się udało.
Kilka skinięć głowami i mruknięć aprobaty. Najwyraźniej nie tylko on chciał zobaczyć, jak wozy drą kołami trawę u podnóża gór.
– Poza tym trzeba rozważyć, którędy wracamy – kontynuował. – Najprostszą i najbezpieczniejszą drogą byłby powrót szlakiem, którym tu przyszliśmy, zawsze znalazłby się nocleg i ciepłe jedzenie. Ale jest kilka przeszkód. Po pierwsze szlak jest już tak zapchany, że czasem będzie trudno nawet pieszym minąć wozy, myślę zwłaszcza o Orlej Grani, przejściu przez skały za nią, moście i kilku wąskich gardłach. Verdanno nie zatrzymają ruchu całej karawany, żebyśmy mogli się przecisnąć. Poza tym to długa droga, prawie pięćdziesiąt mil. Czekanie, aż nas przepuszczą, może zająć kilka dni.