Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #3
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: satan
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Księgę, która ją najbardziej zainteresowała, znalazła pośrodku regału. Tytuł „Siła żywa – dzierżawcy, pasterze, kupcy, rzemieślnicy, zbrojni” raczej nie pozostawiał wątpliwości, jak cenni byli dla hrabiego ludzie. Podobno w dalekich, południowych krainach, gdzie handlowano niewolnikami, niektórzy określali ich mianem „mówiących zwierząt”. Hrabia ze swoją „siłą żywą” wskazywał, że nieobcy mu był ten sposób myślenia.
Wróciła z księgą do komnaty „księżniczki”.
Daghena ustawiła na stoliku kilka świec i wskazała jej miejsce.
– Siadaj i czytaj. Ja kiepsko sobie radzę z meekhańskim.
– Oczywiście, wasza wysokość.
Kailean dygnęła, próbując żartem rozładować napięcie. Dopiero gdy zamknęły się za nią drzwi, poczuła suchość w ustach i jak bardzo trzęsą jej się dłonie. Jednak nie była stworzona do tej roboty.
Księga była gruba na co najmniej pięć cali, obłożona okutymi brązem drewnianymi okładkami, ze skórzanym grzbietem. Widocznie hrabiemu zależało, by przetrwała przez kolejne pokolenia, choć po co jego prapraprawnukom wiedza o tym, kto umarł w jakiejś wiosce sto lat wcześniej, tego nie sposób pojąć. Otworzyła na pierwszej stronie.
„Aamne Małe – osiemdziesięciu siedmiu ludzi”. Tylko tyle, żadnego wstępu czy tytułu, najwyraźniej księga stanowiła kontynuację długiej linii poprzedniczek.
Poniżej, jak w jakimś wojskowym rejestrze, widniała tabela z wymienioną liczbą chałup, stajni i obór, wielkością pól i pastwisk oraz przypisanych do nich chłopów i pasterzy. Było nawet osobne miejsce dla kogoś, kto nazywał się Harilol Sanwe i pełnił funkcję wioskowego zamawiacza, leczącego choroby zarówno zwierząt, jak i ludzi. I półroczne sprawozdania, ten zmarł, tu urodziło się dziecko, to pole zostawiono odłogiem, ta rodzina wypowiedziała dzierżawę i wyprowadziła się do pobliskiego miasta, tu przyjęto parobka na służbę... Cywras-der-Maleg rzeczywiście potrafił policzyć pracujących dla niego ludzi niemal co do głowy.
Naliczyła osiemnaście obszernych podsumowań, dziewięć lat wstecz. W tym tempie za mniej więcej sześć lat księgę trzeba będzie wymienić na nową.
Przewróciła stronę.
„Czehran – tysiąc pięćset osiemdziesięciu trzech ludzi”.
Czehran musiał być miasteczkiem, o czym świadczyła nie tylko ilość mieszkańców, ale też to, że w tabelkach zamiast obór i stajni figurowały warsztaty, kuźnie, sklepy i składy kupieckie, a ludzie zostali podzieleni na garncarzy, tkaczy, farbiarzy, kowali, bednarzy, strażników miejskich, a nawet kobiety do towarzystwa, jak to skrupulatnie zapisano. Jeśli te księgi służyły pobieraniu czynszów i opłat, to hrabiemu żaden pieniądz nie śmierdział. Tutaj też odnotowywano zgony, narodziny, wyprowadzki, pojawienie się nowych rąk do pracy, otwarcie kolejnego sklepu. Najwyraźniej Czehran było klejnotem na ziemiach rodu der-Maleg.
Lecz niestety, jednym z nielicznych. Kailean przewertowała szybko księgę, na pierwszy rzut oka osad, miasteczek czy nawet wiosek powyżej dwustu głów hrabia miał ledwo kilkanaście. Kalonwee, Czehran, Małopas, Wetthen Wysokie to największe z nich. Resztę stanowiły wioseczki mniejsze nawet niż Aamne Małe. Do pięćdziesięciu ludzi.
Ostatnich kilkanaście stron wypełniały informacje na temat zbrojnych na służbie hrabiego, takie jak „wieża na Dwóch Zębach – ośmiu ludzi pod dowództwem Fysadera-net-Lewosha”. I informacje poniżej, jeden odszedł, innego przeniesiono do służby w mieście, któryś złamał nogę i został wydalony, przyjęto dwóch nowych.
Widok tych karnych, równiutkich tabelek musiał radować dusze wszystkich wojskowych przodków hrabiego.
Poświęciły kilka kwadransów na przeglądanie księgi, wreszcie Kailean się poddała. To nie miało najmniejszego sensu. Te wszystkie liczby i notatki mówiły wiele o właścicielu pobliskich ziem, ale nic o rozgrywających się tu wydarzeniach.
– Odniosę ją na miejsce. – Sięgnęła, by zamknąć okładkę.
Daghena wsunęła dłoń między strony.
– Czekaj, sprawdzam coś.
– Co?
– Patrz, tu. – Palec „księżniczki” wskazał na jedną z linijek. – Jeśli się nie mylę, to ta grypa sprzed sześciu lat, prawda?
Przewróciła stronę.
– I tu, i tu, i tu, i tutaj też. To wpis z wczesnej wiosny, więcej ludzi umarło, niż urodziło się dzieci, widzisz? Czyli choroba przyszła zimą.
– Besara wspominała o jakiejś grypie czy innej zarazie. I byłabym bardzo zdziwiona, gdyby grypa przyszła w pełni lata.
– Wiem. Czytaj, bo ja ledwo sylabizuję. Tu...
– Zmarł ojciec.
– I tu...
– Dwóch parobków i gospodyni...
– I tu...
– Mistrz ciesielski z najstarszym synem... – Daghena przewracała kolejne strony i wskazywała miejsca w tabelach. – Wójt Starych Dołów... Trzech pasterzy z... dwoje dzieci młynarza... pierworodna córka, ślub odwołano... jeden strażnik z załogi wieży... kapłan Najwyższej Pani... czeladnik szewski... Zabieraj ten palec i mów, o co ci chodzi. Ludzie umierali na jakąś ciężką grypę. Zdarza się, przez Lithrew też trzy lata temu przewaliło się choróbsko, które posłało do Domu Snu ze dwadzieścia dusz. Mała Matti, synek Bengelowej, trójka dzieci rymarza, stara matka Aandursa. Żadna nowina.
Daghena pokiwała głową, sięgnęła po woreczek, w którym trzymała kości babki, zacisnęła go w dłoni.
– To było coś innego – mruknęła. – Zgadałam się o tym z Kocimiętką, choroba zabrała w Lithrew tuzin dzieci i ośmioro dorosłych, z czego sześciu było już jedną nogą na drodze do Domu. Umarły tylko dwie osoby w pełni sił. U nas w plemieniu, gdy pojawia się jakaś zaraza, silni mężczyźni i kobiety najczęściej zdrowieją. Bo choroby zazwyczaj zabijają najpierw starców i dzieci, potem dopiero dorosłych. A ile dzieci naliczyłaś w tej księdze? Ilu starców? Mam wrażenie, że ta grypa zabijała tylko młodych i silnych. Szczury musiały być ślepe, że to przegapiły.
Kailean słuchała jej jednym uchem, przewracając karty i porównując zapisy. Rzeczywiście, wśród tych, którzy zmarli tamtej zimy, przeważali ludzie młodzi lub w pełni sił. Być może Szczurza Nora nie prowadziła takich rejestrów, więc nie miała jak połączyć faktów. Szczury wiedziały tylko, że przez Olekady przewaliła się wyjątkowo zjadliwa choroba, która zabrała więcej ludzi niż zwykłe jesienne i zimowe przeziębienia, zapalenia płuc i gorączki. Ale nie była to epidemia na skalę, która zmusiłaby Wywiad Wewnętrzny do ściągania pomocy z zewnątrz, i na dodatek sama wygasła.
Tyle tylko że była bardzo podejrzana.
Daghena wciąż ściskała woreczek w ręku i gapiła się w przestrzeń niewidzącym wzrokiem. Albo się zamyśliła, albo rozmawiała z babką.
– Kto przyniósł chorobę? – wychrypiała wreszcie takim głosem, że Kailean aż się skuliła. – Kto sprawił, że w tylu różnych miejscach ludzie zaczęli umierać?
Berdeth poruszył się w jej wnętrzu i nagle zobaczyła. Po przeciwnej stronie stołu, trzymając jej przyjaciółkę za rękę, siedziała stara, pomarszczona jak wyschnięte jabłko kobieta. Miała kości policzkowe Dagheny i siwe włosy, a jej usta poruszały się do wtóru słów padających z ust wnuczki.
– Choroby – chrypiała dalej Daghena – nie biorą się z niczego, a ta sama choroba, zabijająca w ten sam sposób w różnych miejscach, musi mieć to samo źródło.
– Ktoś... – Kailean musiała przełknąć ślinę, żeby powiedzieć coś własnym głosem. – ... ktoś ją rozniósł. Kupcy, poborcy podatków, wędrowni muzykanci.
– Zimą? Przy zasypanych szlakach, na które wyruszają niechętnie nawet górscy żołnierze? Góry zawsze były miejscem, gdzie zarazy zwalniają albo wygasają.