Pelagia i czerwony kogut
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Prowincjonalny kryminał #3
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Noir sur Blanc
- ISBN: 83-7392-078-1
- Переводчик: Henryk Chłystowski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:
Rebe Szefarewicz rozpalał się coraz bardziej i bardziej. Oczy rozjarzyły się ogniem świętego gniewu, palec prawej ręki co rusz unosił się groźnie ku sufitowi.
– Tych zdrajców trzeba zabić, jak zabija się zarażoną owcę, zanim zdąży zgubić całe stado! Powiedział Pan: „Jeśli kto z domu Izraela oderwie się ode mnie, zwrócę oblicze Moje przeciwko niemu i zniszczę go, i usunę z narodu Mojego, i poznacie, żem Ja Pan".
Na to Szmulik zaoponował tak: „Pan nie powiedział «usunę» i kropka, ale «usunę z narodu Mojego», to znaczy wypędzę spośród Żydów, a dalej żyj sobie, jak chcesz, tylko beze Mnie.
Powiedziane to było jednak przez „telefon", tak więc rebe argumentu nie usłyszał i grzmiał dalej, tym razem kierując swój gniew na apikojresów.
– My, Żydzi, jesteśmy jedynymi strażnikami Boskiego ognia, który bez naszego narodu dawno by zagasł. My nie zmieniamy się, od czasów Abrahama i Mojżesza wciąż jesteśmy tacy sami. A czego chcą apikojresy-syjoniści? Żeby Żydzi stali się zwyczajnym narodem ze zwyczajnym państwem. Ale zwyczajne narody nie żyją długo, pojawiają się i znikają. Gdzie ludy moabickie, gdzie Filistyńczycy, Asyryjczycy, Babilończycy, Rzymianie, którzy nas gnębili? Od dawna ich nie ma, wyparły ich nowe narody: Anglicy, Niemcy, Turcy, Rosjanie. Miną dwa albo trzy wieki i pochodnie tych młodych narodów, które teraz płoną tak jasno, zgasną, a zamiast nich zapalą się nowe, jeszcze jaśniejsze. Nasza świeczka zaś wciąż będzie paliła się tym samym spokojnym, niegasnącym płomieniem, który trwa od tysięcy lat! Czy jest na świecie inny naród, którego świeca pali się tak długo?
Tutaj Szmulik nie wytrzymał.
– A Chińczycy, rebe? – powiedział głośno. – Zachowują swoje obyczaje tak samo jak my. Może nawet dłużej. Cztery tysiące lat, nie mniej.
O Chińczykach wyczytał w encyklopedii u madame Pierłowej.
Replika była bardzo efektowna – rebemu aż zatrzęsła się broda. No, co on na to powie, jaki cytat przytoczy?
Szmulik nie doczekał się cytatu, ale doczekał się kijka – i to nie po palcach, tylko po szyi, po karku. Wypadł z klasy z krzykiem, obsypywany wyzwiskami i uderzeniami. Trudno dyskutować z rebe Szefarewiczem.
Teraz trzeba było odczekać, dopóki nauczyciel nie ostygnie, a potem iść i prosić o przebaczenie – po godzinie, dwóch, nie wcześniej.
Szmulik wsunął ręce do kieszeni i przeszedł się tam i z powrotem po ulicy, ale do kwartału ormiańskiego nie poszedł.
W pobliżu Gnojnej Bramy ktoś zawołał do niego po rosyjsku:
– Chłopcze! Chłopcze!
Podeszła szyksa w ciemnej jedwabnej sukience, z przezroczystą chustką na rudej głowie. W ręku sakwojaż. Piegowata twarz kobiety wydała się Szmulikowi jakoś znajoma.
– Nazywasz się Szmulik, tak? – Rudowłosa uśmiechnęła się radośnie. – To przecież z tobą rozmawiałam na parowcu? Pamiętasz? Byłam wtedy w sukni zakonnej.
Tak, przypomniał sobie. Widział już tę szyksę, kiedy płynęli z Moskwy rzeką do morza – tam żydowscy rodzice przywieźli z rozmaitych miast swoich synów, aby oddać ich na naukę do jerozolimskiego jeszybotu rebe Szefarewicza. Tylko w riasie szyksa nie była taka ładna. Ze złocistymi kropeczkami na twarzy i z pobłyskującym nimbem włosów stała się znacznie piękniejsza.
– Dzień dobry – grzecznie odpowiedział Szmulik. – Jak pani się miewa?
– Dziękuję. Jak to dobrze, że cię spotkałam! – wciąż cieszyła się ruda.
A co w tym dobrego, jeśli łaska?
Uczeń szacownego rebe Szefarewicza stoi pośrodku ulicy i gada z szyksa. Nie daj Boże, ktoś naskarży nauczycielowi. Jakby i bez tego Szmulik mało miał nieprzyjemności. Oto jakiś litwak w kapeluszu i chałacie zatrzymał się i gapi. Przypomnieć by mu mądre powiedzenie: „Lepiej rozmawiać z kobietą i myśleć o Bogu niż na odwrót".
Jednak, szczerze mówiąc, Szmulik w ogóle nie myślał w tej chwili o Bogu, ale o tym, że gdyby madame Pierłowa miała taką białą skórę, żenić się z nią byłoby znacznie przyjemniej.
– Muszę z tobą koniecznie porozmawiać! – powiedziała szyksa.
A litwak wciąż wytrzeszczał gały. Dobrze się to nie skończy – niechybnie doniesie rebemu.
– Spieszę się – burknął Szmulik. – Nie mam czasu.
I chciał iść sobie dalej, ale piękna szyksa nagle zachwiała się i z jękiem oparła na Szmulikowym ramieniu.
– Oj, jakoś zakręciło mi się w głowie... Chłopcze, odprowadź mnie w cień... Przynieś wody... Przymknęła oczy, rękę uniosła ku skroni. Słońce ją spiekło, nieprzyzwyczajona.
Jedna z najważniejszych Bożych nauk, która odwołuje wszelkie zakazy, głosi: bądź miłosierny. Odprowadzę ją w cień, dam się napić i zaraz pobiegnę – postanowił Szmulik.
Ujął osłabłą kobietę za łokieć, a drugą ręką, niczym wachlarzem, pomachał jej przed nosem – to, aby litwak zobaczył, że nie chodzi tu o jakiś flirt, tylko że człowiekowi zrobiło się niedobrze od upału.
W zaułku było cieniście i nie tak gorąco. Szmulik posadził Rosjankę na kamiennym stopniu, pobiegł do studni i przyniósł w jarmułce wodę.
Szyksa odrobinę wypiła i zaraz doszła do siebie. Odezwała się do Szmulika:
– Chłopcze, szukam pewnego człowieka.
Tutaj Szmulik powinien był ruszyć w swoją drogę. Okazał miłosierdzie i wystarczy. Wzięła go jednak ciekawość, kogo to ona szuka. Zaułek to w końcu nie ulica. Nikt tu specjalnie nie chodzi i nie ma komu wybałuszać gał na ucznia jeszybotu, który rozmawia z szyksą.
– Jakiego człowieka?
– Nazywa się Manujła. Prorok sekty „znajd", słyszałeś może?
Zadrżał. Jakie to dziwne! Ta też o bosonogim sztukmistrzu! Zdaje się, że coś błysnęło w jego oczach, bo ruda szybko zapytała:
– Przecież był tutaj. A ty go widziałeś, tak? Szmulik zwlekał z odpowiedzią.
Wydarzyło się to w pierwszą sobotę po święcie Paschy, całe dwa tygodnie temu, a zupełnie jakby dzisiaj.