Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 49 50 51 52 53 54 55 56 57 ... 210
Перейти на страницу:

Za­słu­gi­wał na wię­cej. Ko­cyk za­słu­gi­wał na wię­cej niż za­tłu­cze­nie w cza­sie snu albo po­da­nie tru­ci­zny, po któ­rej się nie obu­dzi. Wy­obraź­nia pod­su­wa­ła jej ta­kie okrut­ne ob­ra­zy, bo Key’la zda­wa­ła so­bie spra­wę, że czwo­ro­rę­cy nie za­ry­zy­ku­ją uwol­nie­nia chłop­ca z klat­ki. Był zbyt nie­bez­piecz­ny, na­wet dla nich. Och, gdy­by wie­dzia­ła, jak to się skoń­czy, ni­g­dy nie ka­za­ła­by mu się wtrą­cić w wal­kę mię­dzy va­ihi­ra­mi a Sza­ry­mi. Le­piej by­ło­by dla ich dwój­ki, gdy­by zgi­nę­li wśród czar­nych skał z gło­du i go­rącz­ki… le­piej by­ło­by, gdy­by…

Te­raz jed­nak sie­dzia­ła w ja­ski­ni, pil­no­wa­na przez ol­brzym­kę, któ­ra ska­za­ła jej to­wa­rzy­sza na śmierć. Znów sta­ła się bez­bron­nym więź­niem za­leż­nym od cu­dzych ka­pry­sów. Roz­pła­ka­ła się ci­chut­ko.

— Opo­wie­dzieć ci na­szą hi­sto­rię, dziec­ko?

Usta Zie­mi mó­wi­ła w me­ekhu bez­błęd­nie, zu­peł­nie jak­by uro­dzi­ła się w Im­pe­rium. Key’la nie za­py­ta­ła, skąd ol­brzym­ka zna tak do­brze ję­zyk z jej stron, zwłasz­cza gdy ta, szy­ku­jąc jej po­sła­nie, rzu­ci­ła też kil­ka słów w ję­zy­ku przy­po­mi­na­ją­cym ana­ho. To było zdu­mie­wa­ją­ce i lek­ko prze­ra­ża­ją­ce za­ra­zem.

— Nie. — Otar­ła łzy z po­licz­ków.

Ver­dań­skie wy­cho­wa­nie. Nikt nie po­wi­nien wi­dzieć two­jej sła­bo­ści.

— Na pew­no?

Tkwi­ły od­wró­co­ne do sie­bie ple­ca­mi, ona wpa­tru­jąc się w ka­mien­ną ścia­nę, va­ihir­ska ko­bie­ta w wej­ście do ja­ski­ni; ale tak było le­piej. Czu­ła, że gdy­by mu­sia­ła pa­trzeć na tę dziw­ną, na wpół zwie­rzę­cą twarz, z jed­nym okiem zie­lo­nym, a dru­gim czar­nym i twar­dym jak ka­mień, z któ­re­go je uto­czo­no, to chy­ba co chwi­la wy­bu­cha­ła­by pła­czem.

To było tak nie­spra­wie­dli­we… Wszyst­ko było nie­spra­wie­dli­we. Wszyst­ko!

— Na pew­no. Ka­za­łaś go za­bić, choć nie zro­bił ci nic złe­go. Cho­ciaż ura­to­wał two­ich lu­dzi.

— Wiesz, kim on jest? To ka­na­loo. Od­po­wiedź Do­brych Pa­nów na va­ihi­rów. Kie­dyś my by­li­śmy tym, czym oni są te­raz. Na­rzę­dziem, choć utwo­rzy­ły nas inne dło­nie. Ka­na­loo jest zwią­za­ny ze swo­im pa­nem jak ja z moją dol­ną parą rąk. Czy je­śli je ode­tnę, będą żyć wła­snym ży­ciem? Słu­żyć ko­muś in­ne­mu? Co­kol­wiek robi te­raz, wró­ci do swo­je­go wła­ści­cie­la, gdy tyl­ko go spo­tka. I za­bi­je każ­de­go, kogo wła­ści­ciel mu wska­że. Cie­bie też.

— Nie­praw­da.

— Praw­da. To mój świat, a on jest jego czę­ścią.

— Nie­praw­da! Opie­ko­wał się mną. Wal­czył dla mnie, spro­wa­dził dla mnie po­moc, gdy umie­ra­łam. Za­brał z pło­ną­ce­go wozu i…

Key’la usły­sza­ła, jak Usta Zie­mi wsta­je, robi kil­ka kro­ków i wra­ca. Tym ra­zem mu­sia­ła usiąść twa­rzą do niej, bo jej głos za­brzmiał wy­raź­niej.

— Mó­wi­łaś już o tym. Opo­wie­dzia­łaś wszyst­ko Dwu Pal­com, a on po­wtó­rzył mi każ­de sło­wo i nie mam po­wo­dów, by są­dzić, że kła­miesz. To dziw­na hi­sto­ria, nie­zwy­kła. Pierw­sza. Ro­zu­miesz? Pierw­sza taka hi­sto­ria, któ­rą usły­sze­li­śmy. Ale ten chło­piec to da­lej ka­na­loo i choć­by oca­lił ci ży­cie ty­siąc razy, choć­by oca­lił ży­cie ty­siąc­o­wi va­ihi­rów, od­wró­ci się od cie­bie, gdy tyl­ko po­czu­je za­pach swo­je­go pana. Ka­na­loo za­bi­je każ­de­go, kogo wła­ści­ciel mu wska­że, z wy­jąt­kiem jego sa­me­go. To praw­da mo­je­go świa­ta, praw­da ho­dow­li Do­brych Pa­nów. Rów­nie nie­wzru­szo­na jak to, że rzu­co­ny w górę ka­mień spad­nie na zie­mię.

Key’la po­czu­ła lek­kie do­tknię­cie, gdy ol­brzy­mia dłoń po­gła­dzi­ła ją po gło­wie. Sku­li­ła się jesz­cze bar­dziej, za­kry­ła ple­dem. Do­tyk znikł.

— Je­ste­śmy inni niż twój lud. Nie mamy z wami nic wspól­ne­go. Ale za­wdzię­cza­my jed­nej z li­nii two­ich krew­nych wszyst­ko, co czy­ni nas… nami. Obłęd ro­zu­mu i klą­twę mowy, któ­ra ten ro­zum pod­trzy­mu­je o pa­lec po­wy­żej sta­nu ze­zwie­rzę­ce­nia, ohyd­ny dar wy­obraź­ni, bu­dzą­cy na­sze wła­sne po­two­ry, i ża­ło­sną tar­czę na­dziei, któ­ra każe nam wie­rzyć, że damy radę je po­ko­nać. Mie­li­śmy być bro­nią i ob­da­rzo­nym mową na­rzę­dziem, by ła­two było nami kie­ro­wać. Nie mie­li­śmy tyl­ko po­sia­dać su­mie­nia, nie mie­li­śmy znać współ­czu­cia ani gnie­wu, ani stra­chu.

Dzi­kie, po­nu­re roz­ba­wie­nie wy­peł­ni­ło szept Ust Zie­mi.

— Oka­za­li­śmy się po­raż­ką. Naj­więk­szą, ja­kiej twoi krew­ni do­świad­czy­li w cza­sie swo­je­go ist­nie­nia. I ostat­nią, jaką po­peł­ni­li. Oni, wy­zwo­le­ni z kaj­dan, jak sami twier­dzi­li, nie­mal nie­śmier­tel­ni i na tyle po­tęż­ni, by rzu­cić wy­zwa­nie pra­wom Wszech­rze­czy, od­kry­li z prze­ra­że­niem, że ra­zem z ro­zu­mem otrzy­ma­li­śmy coś, cze­go nie po­win­ni­śmy ni­g­dy mieć. Du­sze.

Dziew­czyn­ka za­kry­ła uszy.

— Mó­wi­łam, że nie chcę two­jej opo­wie­ści.

— A ja nie po­wie­dzia­łam, że będę po­słusz­na twym ży­cze­niom. Duch zwie­rzę­cia i du­sza isto­ty ro­zum­niej. Jaka jest mię­dzy nimi róż­ni­ca? Wiesz? Wiesz, jak mało je dzie­li? By­li­śmy zwie­rzę­ta­mi, na­wet wte­dy, gdy ob­da­ro­wa­no nas zdol­no­ścią mowy, a po­tem na­gle, jed­ne­go dnia, puff, i je­ste­śmy isto­ta­mi. Jak wy. Pa­trzy­my na świat i cza­sem chce nam się pła­kać tyl­ko dla­te­go, że pada deszcz, a po­tem śmie­je­my się, bo słoń­ce wy­ma­lo­wa­ło nie­bo tę­czą. Ro­zu­miesz to? — Po­krę­ci­ła gło­wą w bar­dzo ludz­kim ge­ście. — Ja też nie.

Key’la pra­wie się ucie­szy­ła, że mo­gła wy­tknąć ol­brzym­ce fałsz w tej opo­wie­ści.

— Tu nie ma słoń­ca ani tę­czy.

— Te­raz już nie — tam­ta od­bi­ła po­cisk i dziew­czyn­ka usły­sza­ła coś bar­dzo bli­skie­go smut­ku w jej gło­sie. — Je­stem Usta Zie­mi, dru­ga mat­ka wśród Trzy­dzie­stu Dło­ni. Moi sy­no­wie i cór­ki wal­czą z Do­bry­mi Pa­na­mi, tak jak ich przod­ko­wie i przod­ko­wie ich przod­ków, od chwi­li gdy Nisz­czy­ciel­ka wy­ry­ła bruz­dę na ob­li­czu świa­ta i na­peł­ni­ła go ci­szą i bez­ru­chem. Na­sza hi­sto­ria ma swój po­czą­tek, choć nie utka­no jesz­cze jej koń­ca. Ale naj­pew­niej wkrót­ce twój to­wa­rzysz za­śnie, a ty po­win­naś wie­dzieć dla­cze­go.

— Za­śnie? — Aż się pod­nio­sła z po­sła­nia, sta­jąc twa­rzą w twarz z va­ihir­ską ko­bie­tą. Tam­ta klę­cza­ła, a i tak Key’la mu­sia­ła lek­ko za­dzie­rać gło­wę, by wy­krzy­czeć swój gniew. — Nie za­śnie! Za­bi­je­cie go! Za­bi­je­cie jak psa!

— Za­bi­je­my? Nie moż­na za­bić ko­goś, kto nie żyje. A on nie jest bar­dziej żywy niż ka­mień czy ka­wa­łek drew­na. Jest mniej żywy niż pies, o któ­rym wspo­mnia­łaś. Jest tyl­ko cia­łem, któ­re ro­śnie. Jest jak… jak sko­ru­pa śli­ma­ka. Pu­sty.

1 ... 49 50 51 52 53 54 55 56 57 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)