Demony Leningradu [calibre 3.42.0]
- Автор: Przechrzta Adam
- Год: 2011
- Язык: польский
- Год: Fabryka Słów
- ISBN: 978-83-7574-617-4
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Demony Leningradu [calibre 3.42.0]». Краткое содержание книги:
– Ten... zapaśnik – odezwałem się z wahaniem. – On był tylko sportowcem?
– Nie! – warknął Genkom. – Nie tylko! Pracował w grupie badawczej zajmującej się rozwojem nowego systemu walki wręcz przeznaczonego dla służb specjalnych i niektórych oddziałów wojska.
Mimowolnie złożyłem usta do bezgłośnego gwizdnięcia. Takie buty... No to teraz wiadomo, skąd zdenerwowanie towarzysza Berii: od dawna chodziły słuchy o dziwacznych eksperymentach dokonywanych przez czołowych badaczy ze szkoły Pawłowa, o „Teorii zręczności” Bernsteina omawiającej, jak najlepiej wykorzystać mechanikę ruchu człowieka, o chińskich instruktorach przysyłanych przez towarzysza Mao... Przypuszczałem, że projekt znajdował się pod osobistym nadzorem towarzysza Stalina. Trudności związane z wprowadzeniem projektu w życie oznaczały zagrożenie dla wszystkich odpowiedzialnych za jego bezpieczeństwo. Nawet dla Ławrentija Pawłowicza Berii. Ot, w czym problem!
– A teraz – kontynuował Beria – czy macie coś na swoje usprawiedliwienie?!
Ponieważ Poliakow milczał, ja zabrałem głos.
– Nasze założenia okazały się słuszne – powiedziałem, nie zwracając uwagi na wściekłą minę Generalnego Komisarza. – Tym razem miał zginąć siłacz, no i zginął, tyle że nie ten... Pomyłka związana z wyznaczeniem kolejnego celu mordercy jest moją winą i biorę za nią pełną odpowiedzialność. Nalegam na kontynuację akcji według opracowanego wcześniej schematu, to nasza jedyna szansa.
– Problemem waszej odpowiedzialności zajmiemy się później, choć może szybciej, niż myślicie – wycedził Beria. – Teraz najważniejsze jest powstrzymanie tych zbrodni. Kto ma być następny według tego waszego... rozkładu? I co zrobicie, jeśli celów będzie więcej?
– Mogę wezwać porucznika Drozda?
– Dawajcie go!
Otworzyłem drzwi i skinieniem dłoni przywołałem Pietkę. Wraz z Kotuszewem czekali na korytarzu, najwyraźniej Genkom uznał, że niewarci są jego uwagi. Nie żeby było czego zazdrościć tym, którzy zwrócili na siebie uwagę towarzysza Berii...
Generalny Komisarz niecierpliwym gestem zbył honory oddane przez nieco stremowanego chłopaka i nieartykułowanym burknięciem zachęcił mnie do wyjaśnienia sprawy.
– Następne przysłowie? – zwróciłem się szorstko do Drozda.
– Krasota biez razuma pusta – odparł bez namysłu Pietka.
Uroda bez rozumu jest niczym. No, przynajmniej zerknął do tego cholernego zbiorku...
– Sprawdziłeś, do czego to może pasować?
– Tak toczno!
– No więc? – spytał rozkazującym tonem Beria.
– Z okazji dwudziestodwulecia Mosfilmu odbędzie się kilka imprez. Ze względu na wojnę nie przewiduje się jakichś szczególnych atrakcji, ale w uroczystej projekcji najbardziej znanych filmów tej wytwórni mają uczestniczyć trzy znane z urody aktorki: Lubow Orłowa, Maria Mironowa i Nina Krawczenko.
– Udział w akcji Orłowej i Mironowej jest wykluczony! – zaznaczył natychmiast Beria. – Gdyby coś im się stało... – nie dokończył.
Nie musiał: wszyscy wiedzieli, że miłośnikiem talentu, i być może nie tylko talentu, obu aktorek jest sam towarzysz Stalin. No cóż, pozostaje nam Nina Krawczenko.
– Jak to zrobimy? – zapytał Genkom. – Przecież nie możemy im zakazać udziału w tej projekcji, zrobiłby się szum. Nie wiemy też, jak blisko obu aktorek jest morderca albo ktoś z jego wspólników. One nie mogą o niczym wiedzieć!
No proszę: towarzysz Beria sam zrozumiał złożoność sytuacji, nawet nie musieliśmy mu tego tłumaczyć. A mówią, że cuda się nie zdarzają...
– Macie całkowitą rację, towarzyszu Generalny Komisarzu! – odparłem spokojnie. – Trzeba je wyłączyć z tej imprezy bez ich wiedzy.
– Niby jak?!
– Pozwolicie, towarzyszu Generalny Komisarzu? – wymamrotał Drozd.
– Gadaj!
– Najlepiej będzie odsunąć aktorki od obchodów rocznicowych z powodów zdrowotnych. Nie wzbudzi to nijakich podejrzeń, w chwili obecnej choroby to rzecz często spotykana.
– Co proponujecie? – Genkom zmarszczył brwi.
– Niedyspozycje żołądkowe. Wystarczy na krótko przed imprezą dodać im do zupy środek przeczyszczający i kontynuować tę procedurę w szpitalu przez kilka dni. Biegunka może być symptomem wielu groźnych chorób, potrzeba czasu na badania i analizy. No i nikt się nie zdziwi, jeśli okaże się, że w restauracji, niechby i ekskluzywnej, znalazła się partia nieświeżej żywności. W końcu mamy wojnę – dorzucił, wzruszając ramionami.
– Pomysł niby niegłupi. – Beria nerwowo postukał w blat. – A jeśli coś im się stanie?
– Można skonsultować się z lekarzem – odparł natychmiast Pietka. – Jednak o ile mi wiadomo, medycyna nie notuje przypadków, aby incydentalne zażycie łagodnego środka przeczyszczającego zrujnowało komuś zdrowie. Do tego...
– Tak? Kontynuujcie – polecił Genkom.
– Oglądałem ostatni film Lubow Orłowej – odparł chłopak, czerwieniąc się.
– I co z tego?
– To „Jasna droga”, wiecie, towarzyszu, ona gra tam Tanię Morozową...
– No i? – ponaglił łagodnie Beria, wykazując nadspodziewaną cierpliwość.
– Lubow wygląda tam tak, jakby przydało jej się zrzucić kilka kilogramów.
Przez chwilę myślałem, że Drozd się doigrał – żartować sobie z szefem NKWD, też pomysł! – ale mimo że Beria mruknął pod nosem coś o idiotach, jego oczy zabłysły rozbawieniem.
– Więc myślicie, poruczniku, że Lubow Orłowa powinna być wam wdzięczna?
– Tak toczno, towariszcz Gienieralnyj Komissar!
– Wynocha za drzwi! – polecił Beria bez gniewu w głosie. – Was, towarzyszu Poliakow, także nie zatrzymuję. Jutro chciałbym widzieć dokładny plan akcji. Nie, wy zostańcie – odezwał się, widząc, że ruszam do wyjścia.
Kiedy zostaliśmy sami, Genkom obrzucił mnie zimnym, taksującym wzrokiem. Ponownie nasunęło mi się porównanie do kucharki oceniającej, jak szybko uda jej się wypatroszyć zająca.
– Mimo ostatniej wpadki wywarliście na mnie pozytywne wrażenie, majorze – odezwał się wreszcie. – Wszyscy popełniamy błędy, chodzi tylko o to, aby w porę się z nich wycofać.
Ponieważ nie wyglądało, żeby towarzysz Beria oczekiwał mojego komentarza, milczałem.
– Pamiętajcie o tym – zakończył, odprawiając mnie gestem dłoni.
Poliakow i moi chłopcy oczekiwali mnie przed siedzibą NKWD. W pierwszej chwili ich nie zauważyłem, siedzieli w samochodzie milicjanta.
– Co się stało, komandir? – spytał Kotuszew z niepokojem.
– Obaj z wozu – rozkazałem.
Zniknęli bez jednego słowa.
– Co się stało? – powtórzył Poliakow.
– Podwieź mnie do domu – poprosiłem. – Być może będę potrzebował twojej pomocy.
Milicjant posłusznie uruchomił silnik, nie ponowił pytania. Czekał.
– Chyba coś z Nataszą – mruknąłem w końcu. – Towarzysz Beria raczył wspomnieć o błędach.
Nie widziałem innej możliwości – gdyby chodziło o złoto, nikt by ze mną nie dyskutował, wypluwałbym teraz zęby na Łubiance.