Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
— Rachunki? — powiedział cicho Targitaus. — Och tak, moje rachunki. — Skoczył na równe nogi, krzycząc coś w języku równin.
— Czy podoba wam się to, bracia? — Lipoxais podał mu znaczenie okrzyku. Ryk, który mu odpowiedział, mógł znaczyć tylko — Tak! — Z uśmiechem drapieżnika na twarzy, Valash klepnął Gala po plecach.
Ale Targitaus, jako przywódca, musiał być ostrożny.
— Enaree! — zawołał, i Lipoxais stanął obok niego. — Poradź się swoich wróżb i powiedz nam, czy to będzie dobre dla klanu.
Lipoxais pochylił głowę i zakrył twarz dłońmi, na znak posłuszeństwa. Potem odwrócił się do Viridoviksa, mówiąc cicho:
— Podejdź tu, stań za mną i połóż ręce na moich ramionach — ciało enaree było bardzo ciepłe i prawie tak miękkie jak puchowa poduszka.
Z wnętrza swojej szaty Lipoxais wyciągnął skrawek gładkiej, białej kory szerokiej na dwa palce i długiej mniej więcej tak jak jego ramię. Pociął ją uważnie na trzy kawałki o równej długości i owinął luźno wokół rąk. Viridoviks czuł jak ciało szamana sztywnieje, jego głowa opadła do tyłu. Celt mógł patrzeć na twarz enaree. Usta miał mocno zaciśnięte, oczy otwarte i w coś zapatrzone — nie widziały Viridoviksa. Ręce Lipoxaisa poruszały się jakby bez udziału jego woli, zwijając i rozwijając kawałki kory wokół palców.
Szaman pozostawał w transie przez długi,długi czas. Viridoviks nie miał pojęcia, jak długo powinien on trwać, ale widział po zaniepokojeniu rosnącym w oczach Targitausa, że nie było to normalne. Zastanawiał się, czy nie potrząsnąć Lipoxaisem, ale zawahał się, nie chcąc wtrącać się do rzeczy, których nie rozumiał.
Enaree wrócił do siebie w momencie, gdy Viridoviks zdecydował się potrząsnąć nim, bez względu na to czy zniszczy to czar, czy nie. Pot kapał mu z twarzy, jego szata była mokra pod rękami Gala. Zachwiał się i wyprostował jak ktoś, kto po długim pobycie na morzu musi przyzwyczajać się do stałego lądu pod stopami. Tym razem na jego twarzy nie było śladu tęsknoty, kiedy spojrzał na Viridoviksa, tylko poruszenie i strach.
— Jest wokół ciebie bardzo silna magia — powiedział. — Twoja własna i inne. — Potrząsnął głową, jakby chcąc pomóc jej rozwikłać tę zagadkę.
Targitaus rzucił jakieś szybkie pytanie w stronę Lipoxaisa, który odpowiedział równie zwięźle i odwrócił się do Celta.
— Niewiele mogłem zobaczyć… — wyjaśnił — …przez tak silne czary, a nawet ta odrobina była niejasna; pięćdziesięcioro oczu, drzwi w górze i dwa miecze. Czy to dobre czy złe znaki — naprawdę nie wiem.
Wyraźnie rozczarowany, że nie dowiedział się więcej, Targitaus zamyślił się, opierając brodę na ręce. W końcu wstał i podszedł krok, by uścisnąć dłoń Viridoviksa.
— Takie same szanse na dobre i na złe — powiedział. — A Varateshowi trzeba przyciąć uszy… chyba aż po szyję. — Ton jego słów był jowialny, ale Gal pomyślał, że nie chciałby mieć w nim wroga.
— Tak… — kontynuował wódz Khamorth. Zdawało się, że używał tego słowa jako pauzy, by mieć czas na zebranie myśli. — Złożysz przysięgę z nami, tak?
— Co tylko sobie życzysz — powiedział Viridoviks bez wahania.
— Dobrze.
Targitaus przeszedł na język równin. Młody mężczyzna o oczach i nosie Targitausa — ten ostatni, choć także wystający, nie był jednak tak pokiereszowany — przyniósł wielką glinianą misę i pełny bukłak kavassu. Nie był to zwykły napój nomadów, ale mocny, ciemny napitek o aromacie podobnym do piwa.
— Karakavass: ciemny kavass — powiedział Targitaus nalewając go do misy. — Napój panów. Ale nie napił się jeszcze, zamiast tego wyciągnął z kołczanu dwie strzały i włożył je do misy, grotami do dołu, a potem dołożył do nich swój shamshir.
— Twój miecz też — powiedział do Viridoviksa. Celt wyciągnął broń i włożył tyle ostrza, ile mogło się zmieścić, nieco ponad połowę, do misy. Targitaus skinął głową, wyciągnął sztylet i wziął rękę Viridoviksa.
— Nie ruszaj się — ostrzegł i zrobił małe nacięcie na palcu wskazującym Celta. Krew Virido-viksa skapywała do misy.
— Teraz ty mnie — powiedział Targitaus, podając mu nóż. Zachował kamienną twarz, gdy Gal przecinał mu skórę. Ich krew była teraz zmieszana. Mocne zaklęcie — pomyślał Viridoviks z podziwem.
Lipoxais rozpoczął śpiewaną modlitwę: gardłowe dźwięki języka khamorth dziwnie brzmiały w zestawieniu z jego wysokim głosem. Od czasu do czasu, Targitaus odpowiadał szamanowi. Podczas gdy enaree kontynuował modlitwę, Targitaus powiedział do Viridoviksa:
— Przysięgnij na swoich bogów, czynić wszystko jak brat tego klanu i nigdy nie zdradzić go, ani nikogo z jego ludzi.
Gal wstrzymał się tylko na moment, by pomyśleć, którzy z jego bogów najchętniej wysłuchaliby tej przysięgi.
— Na Eponę i Teutatesa… przysięgam — powiedział głośno. Bogini koni i bóg wojny — jakież potężniejsze siły mógł przywołać w obecności nomadów? Gdy wymawiał ich imiona, znaki druidów na jego magicznym ostrzu rozbłysły złotym światłem. Oczy Lipoxaisa były zamknięte, ale Targitaus widział.
— Twoja magia, tak — wymruczał, przyglądając się nowo zaprzysiężonemu sprzymierzeńcowi. Kiedy Lipoxais skończył modlitwę, wódz Khamorth wyjął swoją broń z misy. Viridoviks zrobił to samo, wycierając miecz o koszulę, zanim włożył go do pochwy. Targitaus pochylił się i ostrożnie uniósł misę do ust. Napił się, a potem podał ją Celtowi.
— Ta sama krew, ten sam los — powiedział, tłumacząc najprawdopodobniej przysłowie. Virido-viks także się napił. Karakavass wypełniał mu usta, łagodny niczym wino, rozgrzewający wnętrzności.
Gdy Gal dopełnił już aktu przysięgi i należał do nich, oficerowie Targitausa podnieśli się ze swych miejsc i podeszli, by także napić się z misy. Służący zwinęli ciasno ich koce, tak aby nie uronić nawet okruszyny cennego pożywienia.
— Teraz jesteś jednym z nas — powiedział Targitaus, kończąc zdanie głośnym beknięciem. — Więcej kavassu! — zawołał, i przyniesiono nowe bukłaki. Nie był to ciemny napój, jak ten w misie, ale wystarczająco mocny. Viridoviks pił długo, potem podał bukłak siedzącemu obok Valashowi. Kolejny dotarł do niego chwilę później, a potem jeszcze jeden. Czuł, jak zaczyna mu szumieć w głowie.
Czapka Targitausa z wilczej skóry przechylała się ciągle na jedną stronę i przysłaniała lewe oko wodza. Pchnął ją do tyłu i spojrzał na Viridoviksa.
— Ty jeden z nas — powiedział znowu, z o wiele silniejszym akcentem niż przed kilkoma minutami. — Ty powinieneś być zadowolony. To prawo mężczyzny. Czy widzisz tu kobietę, która ci się podoba?
— A niech mnie piorun spali! — wykrzyknął Gal. — Wcale nie patrzyłem. — Fakt, że nie zwrócił uwagi na kobiety siedzące w namiocie, świadczył o tym, jak bardzo był zdenerwowany.
Teraz naprawiał ten błąd. Były takie chwile, kiedy samotność kłuła go niczym nóż, gdy przypominał sobie celtyckie kobiety o rudozłotych włosach, tak dobrze pasujących do jego własnych. Ale nie należał do ludzi, którzy żyli przeszłością i korzystał z okazji, gdy takie się nadarzały. Uśmiechnął się na myśl o Komitcie Rhangawe.