Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]
- Автор: Гуин Урсула К. Ле
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Phantom Press International
- ISBN: 83-7075-502-X
- Переводчик: Lukasz Nicpan
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]». Краткое содержание книги:
Powieść otrzymała nagrodę Nebulę w 1974 i Hugo w 1975.
Przystanął w niezdecydowaniu przed sklepem z gazetami i błyskotkami nie opodal dworca. Nagłówek gazety krzyczał: THU WYSYŁA ODDZIAŁY WOJSKOWE NA POMOC POWSTAŃCOM W BENBILI, lecz nie przyciągnął uwagi Szeveka. Przyglądał się nie gazetom, ale kolorowym fotografiom na stoisku. Uświadomił sobie, że nie ma żadnych pamiątek z Urras. Kto podróżuje, ten powinien przywozić z wojaży upominki. Podobały mu się te widokówki z A-Io: góry, na które się wspinał, drapacze chmur w Nio, kaplica w uniwersytecie (nieomal widok z jego okna), wiejska dziewczyna w pięknym stroju regionalnym, wieże Rodarred — wreszcie zdjęcie, które pierwsze przyciągnęło jego wzrok: owieczka brykająca na ukwieconej łące i najwyraźniej śmiejąca się. Spodobałaby się małej Pilun. Wybrał po jednej pocztówce i podszedł z nimi do lady.
— I pięć, pięćdziesiąt i owieczka — to będzie razem sześćdziesiąt; i mapa, proszę, sir, jeden czterdzieści. Nareszcie ładny wiosenny dzień, prawda, sir? Nie ma pan drobniejszych?
Szevek wręczył kioskarzowi banknot o wartości dwudziestu jednostek. Wysupławszy teraz resztę, którą mu wydano, gdy kupował bilet, uzbierał — przyglądając się nominałom na banknotach i monetach — jednostkę czterdzieści.
— Zgadza się, sir. Najuprzejmiej panu dziękuję i życzę przyjemnego dnia!
Czy za pieniądze można nabyć także uprzejmość, podobnie jak pocztówki i mapę? Ile też uprzejmości okazałby sklepikarz, gdyby wszedł tu jak Anarresyjczyk do składu towarów, wziął, co potrzebne i wyszedł, skinąwszy magazynierowi głową?
To nie ma sensu, nie ma sensu myśleć w takich kategoriach.
Kiedy znajdziesz się w Krainie Własności, myśl jak właściciel.
Ubieraj się jak właściciel, jedz jak właściciel, zachowuj się jak właściciel, stań się jednym z właścicieli.
W śródmieściu Nio nie było parków, ziemia była tu zbyt cenna, by ją marnotrawić na tereny rekreacyjne. Zapuszczał się coraz dalej w te same szerokie, lśniące ulice, którymi go tyle razy wożono.
Doszedłszy do ulicy Saemtenevia, przeciął ją spiesznie, nie życząc sobie powtórzenia tamtego koszmaru na jawie. Znalazł się w dzielnicy handlowej. Banki, biurowce, gmachy rządowe. Czy cała Nio Esseia była taka? Olbrzymie połyskliwe pudła ze szkła i kamienia, ogromne ozdobne opakowania — puste, puste.
Mijając okno wystawowe z napisem Galeria Sztuki, postanowił wejść do środka, by uciec od moralnej klaustrofobii, o jaką go przyprawiały ulice, i w muzeum odnaleźć na powrót piękno Urras.
Okazało się jednak, że wszystkie eksponowane tam obrazy mają przypięte do ram karteczki z ceną. Przyglądał się namalowanemu z wprawą kobiecemu aktowi. Jego cena wynosiła 4000 mjm.
— To Fei Feite — poinformował go śniady mężczyzna, który wyrósł bezszelestnie u jego boku. — W zeszłym tygodniu mieliśmy pięć jego obrazów. Największe od dawna wydarzenie na rynku sztuki. Feite to pewna lokata, sir.
— Za cztery tysiące jednostek dwie rodziny mogą utrzymać się w tym mieście przez rok — zauważył Szevek.
Mężczyzna przyjrzał mu się uważniej i powiedział, przeciągając słowa:
— No cóż, zgadza się, sir, ale, widzi pan, tak się składa, że to jest dzieło sztuki.
— Sztuki? Człowiek tworzy dzieło sztuki, bo taką ma potrzebę.
A po co to stworzono?
— Jest pan artystą, jak widzę — powiedział mężczyzna jawnie już arogancko.
— Nie, ale człowiekiem, który rozpozna gówno, kiedy je zobaczy!
Sprzedawca cofnął się z przestrachem; gdy zaś znalazł się poza zasięgiem Szeveka, zaczął mówić coś o policji. Szevek skrzywił się i wyszedł z galerii. Przebywszy pół kwartału, przystanął. Nie może się tak dłużej wałęsać.
Ale dokąd by tu pójść?
Do kogoś… Do kogoś, do drugiego człowieka. Jakiejś ludzkiej istoty. Kogoś, kto mu udzieli pomocy, a nie sprzeda ją. Do kogo?
Dokąd?
Pomyślał o dzieciach Oiie — małych chłopcach, którzy go lubili — i przez dłuższą chwilę nie był w stanie skupić myśli na niczym innym. Potem poczęła wyłaniać się z jego pamięci daleka, mała i wyraźna postać: siostra Oiie. Jakże jej było na imię? „Proszę obiecać, że pan przyjedzie” — powiedziała; od tamtej pory już dwa razy przysyłała mu zaproszenia na wieczorne przyjęcia, pisane śmiałym, dziecinnym charakterem pisma na grubym, słodko pachnącym papierze. Nie skorzystał z nich, podobnie jak ignorował wszystkie zaproszenia od nieznajomych. Teraz sobie o nich przypomniał.
Jednocześnie przypomniał sobie ową drugą przesyłkę, te, która w niewyjaśniony sposób dostała się do kieszeni jego palta: „Przyłącz się do nas, swych braci”. Ale on nie mógł znaleźć na Urras żadnych braci.
Wszedł do najbliższego sklepu. Była to cukiernia, przeładowana złotymi ornamentami, tynkowana na różowo, z rzędami szklanych gablot pełnych pudełek, puszek i koszyków z cukierkami i słodyczami — różowymi, brązowymi, kremowymi, złotymi. Zapytał stojącą za tymi gablotami kobietę, czy nie pomogłaby mu znaleźć pewnego numeru telefonu. Ochłonął już z gniewu, w jaki wpadł w galerii sztuki, i taki był teraz pokorny w swoim zagubieniu i nietutejszości, że ujął tym sprzedawczynię; nie tylko pomogła mu wyszukać nazwisko w opasłej książce telefonicznej, ale i wykręciła numer na sklepowym aparacie.
— Halo?
— Szevek — przedstawił się. Telefon był dla niego środkiem do komunikowania się w pilnej potrzebie, służącym do informowania o zgonach, narodzinach i trzęsieniach ziemi. Pojęcia nie miał, co mówić.
— Kto? Szevek? Naprawdę? Jak to miło, że pan dzwoni! Skoro to pan, nie gniewam się ani troszeńkę, że mnie pan obudził.
— Spałaś?
— Jak kamień — i wciąż jestem w łóżku. Cieplutko tu i milutko.
Gdzież to pan jest, na Boga?
— Na ulicy Kae Sekae, jak mi się wydaje.
— Co pan tam robi? Niechże pan zajdzie. Która to godzina? Miły Boże, już prawie południe. Wiem, co zrobimy: wyjdę panu naprzeciw. Spotkamy się przy stawie z łódkami w ogrodach Starego Pałacu. Trafi pan? Proszę posłuchać, musi pan zostać, wydaję dziś wieczorem absolutnie boskie przyjęcie. — Trajkotała tak chwilę; zgodził się na wszystkie jej propozycje. Kiedy przechodził obok kontuaru, sklepowa uśmiechnęła się do niego.
— Może lepiej weźmie pan dla pani pudełko czekoladek, sir?
Przystanął.
— A powinienem?
— Nigdy nie zaszkodzi, sir.
W jej głosie zadźwięczała zażyłość i serdeczność. W sklepie było ciepło, a powietrze pachniało tak słodko, jakby skupiły się w nim wszystkie aromaty wiosny. Szevek, wysoki, ciężki i rozmarzony, stał wśród tych gablot z kosztownymi łakociami niczym owe masywne zwierzęta w zagrodach, barany i byki, ogłupiałe od gorąca wiosennych żądz.
— Przygotuję panu coś w sam raz — powiedziała kobieta i napełniła metalową, kunsztownie emaliowaną szkatułkę miniaturowymi listkami z czekolady i różyczkami z cukrowych włókien. Cynowe puzderko zawinęła w bibułkę, po czym włożyła ten pakunek do srebrnego kartonowego pudełka, które zawinęła w gruby różowy papier i obwiązała zieloną aksamitną wstążką. W jej zręcznych ruchach dawało się wyczuć komiczne i sympatyczne przejęcie; wręczyła Szevekowi gotową paczuszkę, ten, odebrał ją, wymamrotał słowa podziękowania i skierował się do wyjścia. W jej głosie nie odezwał się ton nagany, gdy mu przypomniała:
— Dziesięć sześćdziesiąt, sir.
Nie jest wykluczone, że z litości, którą kobiety odczuwają wobec siły, pozwoliłaby mu nawet odejść bez zapłacenia; zawrócił jednak posłusznie i odliczył należność.
Kolejką podziemną pojechał do ogrodów Starego Pałacu i odszukał staw z łódkami, na którym ślicznie wystrojone dzieci puszczały małe żaglowce — zachwycające miniaturowe modele z jedwabnym olinowaniem i mosiężnymi okuciami jubilerskiej roboty. Dojrzał Veępo przeciwnej stronie rozległego świetlistego kręgu wody i obszedł staw, radując się blaskiem słońca, powiewami wiosennego wiatru i widokiem ciemnych drzew parku, wypuszczających pierwsze, jasnozielone listki.