Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Na glinianych nogach [Feet of Clay - pl]
Na glinianych nogach [Feet of Clay - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Na glinianych nogach [Feet of Clay - pl]

Электронная книга - «Na glinianych nogach [Feet of Clay - pl]». Краткое содержание книги:

Kryminalna zagadka w świecie Dysku.
Kto morduje nieszkodliwych staruszków? Kto próbuje otruć Patrycjusza? Kiedy jesienne mgły spowijają Ankh-Morpork, Straż Miejska musi schwytać mordercę, którego nie może zobaczyć. Może golemy coś wiedzą — ale poważni ludzie z gliny, którzy pracują całe dnie i noce, i nigdy nikomu nie wadzą, nagle zaczęli popełniać samobójstwa. Zresztą straż ma także własne problemy. Pewien wilkołak cierpi na syndrom napięcia przedpełniowego.
Kapral Nobbs zaczyna bywać wśród jaśniepaństwa, a u nowego rekruta-krasnoluda można dostrzec pewne bardzo dziwne cechy — zwłaszcza kolczyki i cienie do oczu. Komu można zaufać, kiedy motłoch krąży po ulicach, spiskowcy kryją się w mroku, a wszystkie ślady wskazują niewłaściwy kierunek?
W nocnych ciemnościach komendant straży, sir Samuel Vimes, przekonuje się, że gdzieś tam, być może, wcale nie ma prawdy. Prawda może być wśród słów w jego głowie.
1 ... 48 49 50 51 52 53 54 55 56 ... 77
Перейти на страницу:

Zakreślił nazwisko zabitego Hopkinsona i wyrysował linię wzdłuż strony. Tam zrobił nowe kółko i wpisał: „Miał wielki piekarnik”.

Hm… Cudo mówił, że nie da się porządnie wypalić gliny w piecu chlebowym. Ale może da się ją wypalić nieporządnie.

Znów spojrzał na płomyk świecy.

Mogliby chyba to zrobić… bogowie! Nie, na pewno nie…

Ale w końcu potrzebna jest tylko glina. I świątobliwy mąż, który wie, jak napisać słowa. I ktoś, kto wyrzeźbi figurę, ale golemy miały setki, setki lat, żeby nauczyć się sprawnie posługiwać rękami…

Te wielkie, ogromne dłonie, tak podobne do pięści.

A wtedy powinno im bardzo zależeć na zniszczeniu wszystkich dowodów. Pewnie nawet nie uważają tego za zabójstwo, raczej jakby wyłączenie…

Zakreślił kolejne niekształtne koło.

Grys. Stara wypalona glina, roztarta na drobno.

Dodali trochę własnej gliny. Dorfl miał nową stopę, prawda? Nie wyrzeźbił jej całkiem poprawnie. Włożyli w nowego golema cząstki samych siebie.

Wszystko to brzmiało… Nobby by pewnie powiedział: „Paskudnie”. Vimes sam nie wiedział, jak to określić. Przypominało to te wszystkie tajne stowarzyszenia. „Glina z mojej gliny”. Moje ciało i krew…

Przeklęte stwory! Małpują lepszych od siebie!

Vimes ziewnął. Spać… Powinien się trochę zdrzemnąć. Albo co…

Spojrzał na zapisaną kartkę. Jego dłoń odruchowo zsunęła się ku dolnej szufladzie biurka, jak zawsze, kiedy był zmartwiony i usiłował coś wymyślić. Co prawda od bardzo dawna nie było tam już żadnych butelek, ale stare przyzwyczajenia…

Coś brzęknęło delikatnie i szkliście, zachlupotało kusząco…

Dłoń Vimesa uniosła się, ściskając pękatą butelkę. Etykieta stwierdzała: „Gorzelnie Bearhuggera — MacAbre, Najlepszy Malt”.

Płyn wewnątrz niemal wspinał się po ściankach z niecierpliwości.

Vimes patrzył. Sięgnął do szuflady po butelkę whisky, i oto była.

Ale nie powinno jej być. Wiedział, że Marchewa i Fred Colon mają go na oku, ale i bez tego odkąd ożenił się z Sybil, nie kupił ani jednej flaszki, bo przecież obiecał…

Ale to tutaj to nie była jakaś siwucha. To macabre…

Kiedyś jej próbował. Teraz już nie pamiętał dlaczego, bo jedyny alkohol, jaki wtedy pijał, był tak subtelny jak cios pałką w ucho wewnętrzne. Musiał jakoś znaleźć pieniądze. Samo powąchanie tego było niczym Noc Strzeżenia Wiedźm… Samo powąchanie…

— A ona na to: „Zabawne, nic takiego wczoraj nie robiłam”! — dokończył kapral Nobbs.

Spojrzał dumnie na towarzystwo.

Milczeli. Potem ktoś z tyłu parsknął niepewnym śmiechem, jak człowiek, który nie wie, czy zaraz go nie uciszą. Potem zachichotał ktoś jeszcze. Potem jeszcze dwóch. Wreszcie cała grupa wybuchnęła śmiechem.

Nobby promieniał.

— A znacie o tym Klatchaninie, który wszedł do baru z takim malutkim pianinem… — zaczął.

— Myślę — przerwała mu stanowczo lady Selachii — że bufet jest już gotowy.

— Macie świńskie raciczki? — spytał uprzejmie Nobby. — Pod winkle’a najlepiej pasuje talerz świńskich raciczek.

— Normalnie nie jadam kończyn — oświadczyła lady Selachii.

— Świński kostkowy sandwicz… Próbowała pani świńskich kostek? Nie ma nic lepszego.

— Nie… nie jest to, zapewne, najdelikatniejsza z potraw?

— Och, można odkroić skórkę — uspokoił ją Nobby. — Nawet kopytka. Jeśli czuje się pani… wytwornie.

Sierżant Colon otworzył oczy i jęknął. Głowa go bolała. Chyba go czymś uderzyli. Możliwe, że ścianą.

I związali go — ręce i nogi.

Zdawało się, że leży w ciemności na drewnianej podłodze. W powietrzu unosił się dziwny zapach — znajomy, ale irytująco nierozpoznawalny.

Kiedy oczy z wolna przyzwyczaiły mu się do ciemności, dostrzegł cienkie linie światła, jakie mogą oznaczać drzwi. Słyszał też głosy.

Spróbował podnieść się na kolana i jęknął, gdy ból w głowie uderzył z nową siłą.

Kiedy ktoś cię wiąże, pomyślał, to nie wróży niczego dobrego. Oczywiście, wiązanie i tak jest lepsze od zabijania, ale może oznaczać, że odkładają człowieka na bok, żeby zabić później.

Takie rzeczy się nie zdarzają, powiedział sobie. Za dawnych dni, kiedy człowiek przyłapał kogoś na kradzieży, to praktycznie przytrzymywał mu drzwi, żeby tamten mógł uciec. Dzięki temu wracał do domu w jednym kawałku.

Zdołał się jakoś podnieść, wykorzystując kąt między ścianą a ciężkimi skrzyniami. Nie poprawił tym zbytnio swojej sytuacji, ale kiedy ucichły już huczące w głowie gromy, podskakując niezgrabnie, zbliżył się do drzwi.

Z drugiej strony wciąż słyszał jakieś głosy. Najwyraźniej ktoś poza sierżantem Colonem też miał kłopoty.

— …klaunie! Po to mnie tu wezwałeś? W straży mają wilkołaka! Ah-ha. Nie któregoś z tych waszych dziwolągów, ale prawdziwego bimorfa! Rzucisz monetą, a wilkołak wyniucha, na którą stronę spadła.

— To może go zabijemy i odciągniemy stąd ciało?

— Myślisz, że nie wyczuje różnicy między trupem a żywym ciałem?

Sierżant Colon jęknął cichutko.

— Eee… To może wyprowadzimy go gdzieś w tę mgłę…?

— One umieją wyczuć strach, idioto! Ah-ha. Dlaczego nie pozwoliłeś mu się rozejrzeć? Co by znalazł? Znam tego strażnika. Tłusty stary tchórz z mózgiem nie lepszym, ah-ha, od świni. Przez cały czas cuchnie strachem.

Sierżant Colon miał nadzieję, że nie zacznie cuchnąć niczym innym.

— Poślij do niego Meshugę, ah-ha.

— Jesteś pewien? On się robi jakiś dziwny. Chodzi gdzieś, a nocą krzyczy. Przecież one nie powinny tego robić. W dodatku pęka. Wiadomo, tępe golemy niczego nie zrobią po…

— Wszyscy wiedzą, że nie można ufać golemom. Ah-ha. Dopilnuj tego.

— Słyszałem, że Vimes jest…

— Sam zająłem się Vimesem!

Colon jak najciszej odsunął się od drzwi. Nie miał pojęcia, czym jest ta rzecz zwana Meshugą, którą zrobiły golemy. Tyle że wydawało się bardzo dobrym pomysłem, by znaleźć się tam, gdzie jej nie ma.

Gdyby był kimś tak sprytnym jak Vimes albo Marchewa, pewnie… pewnie znalazłby gwóźdź albo coś takiego i pozbył się więzów. Były mocne i wcinały mu się w skórę, przede wszystkim dlatego że sznur był cienki, niewiele grubszy od dratwy, wielokrotnie owiniętej i zasupłanej. Gdyby tylko udało się znaleźć coś, o co by potrzeć…

Niestety jednak, wbrew wszelkiemu rozsądkowi, czasami ludzie nieprzewidująco wrzucają swych związanych jeńców do pomieszczeń całkowicie pozbawionych gwoździ, poręcznych ostrych kamieni, kawałków szkła czy nawet — w przypadkach ekstremalnych — dostatecznej ilości starego złomu, by zbudować z niego w pełni funkcjonalny wóz pancerny.

Zdołał jakoś opaść na kolana i zaczął przesuwać się po deskach podłogi. Wystarczy nawet drzazga. Kawałek metalu. Szeroko otwarta brama z napisem WOLNOŚĆ. Zadowoli się byle czym.

Znalazł tylko maleńki krąg światła na podłodze. Dziura po sęku, który już dawno wypadł, i teraz przedostawało się przez nią światło — słaby, pomarańczowy blask.

Colon położył się i przysunął do dziury oko. Niestety, wskutek tego w pobliże otworu trafił też jego nos.

Smród był przerażający. Była w nim jakaś sugestia wodnistości, a w każdym razie ciekłości. Colon musiał się znaleźć nad jednym z licznym potoków, które płynęły przez miasto, choć w ciągu wieków zostały całkowicie zabudowane. Teraz — jeśli ktoś w ogóle pamiętał o ich istnieniu — wykorzystywano je do celów, do jakich ludzkość zawsze używała świeżej i czystej wody, to znaczy do czynienia jej możliwie mętną i niezdatną do picia. A ten potok przepływał pod targiem bydła. Zapach amoniaku wwiercał się w zatoki Colona niczym świder.

1 ... 48 49 50 51 52 53 54 55 56 ... 77
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)