Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]
Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]

Электронная книга - «Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]». Краткое содержание книги:

Coś nowego pojawiło się między starożytnymi miastami Ankh-Morpork i Al-Khali. Dosłownie. To wyspa, wynurzająca się z dna Okrągłego Morza Dysku. Ponieważ jest niezamieszkana i oba miasta roszczą sobie do niej prawa, komendant Vimes ze swymi wiernymi strażnikami staje wobec zbrodni tak wielkiej, że żadne prawa jej nie obejmują.
1 ... 48 49 50 51 52 53 54 55 56 ... 87
Перейти на страницу:

Zaczynał myśleć, że może lepiej by było wrócić do domu. Ale wtedy musiałby nową ziemię zostawić Klatchianom. Nie, po jego trupie!

Zdradziecki wewnętrzny głos powiedział: To zabawne, ale nigdy nie znaleźli trupa pana Honga. W każdym razie większości ważnych części.

— Myślę sobie, myślę, tak myślę, że chyba będziemy już wracać — rzekł do syna.

— Jasne, tato. Na kolejny obiad z małży i wodorostów?

— Nie ma nic złego w wodorostach — zapewnił Jackson. — Pełno w nich pożywnych… wodorostów. I zawierają żelazo. Dobre dla zdrowia, synu.

— No to czemu nie ugotujemy kotwicy?

— Nie pyskuj.

— Klatchianie mają chleb — powiedział Les. — Przywieźli ze sobą mąkę. I mają drewno na opał.

Był to drażliwy temat. Próby doprowadzenia wodorostów do zapłonu jakoś się nie powiodły.

— Tak, ale ich chleb by ci nie smakował — zapewnił Jackson. — Jest całkiem płaski i nie ma przyzwoitej skórki…

Wiatr przyniósł nad wodą zapach. Była w nim sugestia korzennych przypraw.

— Pieką chleb! Na naszej ziemi!

— Oni uważają, że to ich…

Jackson złapał złamaną deskę, której używał zamiast wiosła, i zaczął nią wściekle machać. Fakt, że tratwa pływała w kółko, złościł go jeszcze bardziej.

— Specjalnie przenieśli się blisko nas, żebyśmy czuli smród tego ich zagranicznego żarcia…

— Czemu się ślinisz, tato?

— A skąd niby mają drewno, jeśli wolno spytać?

— Myślę, że prąd znosi odłamki na ich stronę wyspy, tato.

— Widzisz? Kradną nasze drewno! Ha! No to zobaczymy…

— Ale przecież się zgodziliśmy, że tamten kawałek jest ich i…

Jackson przypomniał sobie w końcu, jak napędzać tratwę jednym wiosłem.

— To nie była umowa — oświadczył; pracująca szaleńczo deska pozostawiała ślad piany. — Tylko takie… ustalenie. Poza tym przecież nie stworzyli tego drewna. Samo przypłynęło. Przypadek w geografii. To bogactwo naturalne, nie należy do nikogo…

Tratwa uderzyła w coś, co zadźwięczało metalicznie. A przecież znajdowali się jeszcze z pięćdziesiąt sążni od skał…

Coś długiego i zakrzywionego wynurzyło się ze zgrzytem. Potem obracało się przez chwilę, aż koniec wskazał Jacksona.

— Bardzo przepraszam — zabrzmiał metaliczny, ale uprzejmy głos. — To jest Leshp, prawda?

Jacksona zaczęło drapać w krtani.

— Rozumiecie — ciągnął głos. — Woda jest mętna i pomyślałem, że może od dwudziestu minut poruszamy się w niewłaściwym kierunku.

— Leshp! — potwierdził Jackson nienaturalnie piskliwym głosem.

— To dobrze. Bardzo jestem wdzięczny. Życzę miłego dnia.

Rura powoli zanurzyła się w wodzie. Ostatni dźwięk, jaki z niej dobiegł wraz z rojem bąbelków, brzmiał:

— Zapomniałeś wsadzić ko…

Bąbelki zniknęły.

Po chwili odezwał się Les:

— Tato, co to…?

— To… nic ważnego — burknął jego ojciec. — Takie rzeczy się nie zdarzają.

Tratwa wystrzeliła do przodu. Można by za nią jeździć na nartach wodnych.

Jeszcze jedną ważną cechą Okrętu, myślał smętnie sierżant Colon, kiedy opadali w błękitny półmrok, było to, że nie dało się wybrać wody z zęzy. Cały był zęzą.

Pedałował ze stopami w wodzie i cierpiał równocześnie na klaustrofobię i agorafobię. Bał się naraz wszystkiego tu w środku i wszystkiego tam na zewnątrz. Rozmaite inne nieprzyjemne zjawiska przesuwały się obok, gdy Okręt opadał wzdłuż skalnej ściany. Powiewały czułki. Wystawały kleszcze. Jakieś… stworzenia wbiegały między falujące rośliny. Wielkie małże obserwowały go swymi wargami.

Okręt zatrzeszczał.

— Sierżancie… — odezwał się Nobby, kiedy tak podziwiali cuda głębin.

— Tak, Nobby?

— Podobno każda najmniejsza cząstka ciała człowieka wymienia się co siedem lat.

— Powszechnie znany fakt.

— Właśnie. No więc… mam na prawym ramieniu taki tatuaż. Zrobiłem go sobie osiem lat temu. No i… jak to się dzieje, że on ciągle tam jest?

Gigantyczne wodorosty w mroku wachlowały morze.

— Interesujący problem. — Colonowi lekko drżał głos. — Hm…

— Znaczy, rozumiem, napływają nowe kawałeczki skóry, ale wtedy powinna być przecież całkiem świeża i różowa.

Obok przepłynęła ryba z nosem jak piła. Otoczony przez wszystkie swoje lęki, sierżant Colon usiłował szybko myśleć.

— Dzieje się tak — powiedział — bo te kawałki niebieskiej skóry są zastępowane przez inne kawałki niebieskiej skóry. Z tatuaży innych ludzi.

— Czyli… mam teraz tatuaże innych ludzi?

— No… tak.

— Dziwne, bo ciągle wygląda jak mój. Takie same skrzyżowane sztylety i WAMA.

— Wama?

— Miało być „Mama”, ale zemdlałem, a Ned Igła nie zauważył, że leżę nogami do góry.

— Wydaje mi się, że to dość łatwo zauważyć…

— Też był narąbany. Wie pan przecież, sierżancie, tatuaż tylko wtedy się liczy, kiedy człowiek nie wie, skąd się wziął.

Leonard i Patrycjusz oglądali podwodne pejzaże.

— Czego oni szukają? — zainteresował się Colon.

— Leonard ciągle mówi o jakichś hieroglifach — odparł Nobby. — Co to takiego, sierżancie?

Colon zawahał się, ale nie na długo.

— To rodzaj mięczaków, kapralu.

— O żeż, pan to wie wszystko, sierżancie — stwierdził Nobby z podziwem. — Więc to są te hieroglify? Łatwo im być hieroicznymi tutaj, bo przecież prawdziwe potwory żyją głębiej. Tam na pewno są strachioglify.

W uśmiechu Nobby’ego było coś irytującego. Sierżant Colon postanowił zaryzykować.

— Nie opowiadaj głupot, Nobby. Strachioglify głębiej, bo… O bogowie…

— Przepraszam, sierżancie.

— Wszyscy wiedzą, że w tych wodach nie ma żadnych strachioglifów!

Para ciekawych mątw przyglądała im się z ciekawością.

Statek Jenkinsa był teraz unoszącym się na wodzie wrakiem. Kilka żagli zwisało w strzępach. Takielunek oraz inne liny, których marynarskich nazw Vimes odmówił zapamiętania, pokrywały pokład i wlokły się za statkiem po wodzie. Żagle, które jeszcze pozostały, popychały ich w rześkiej bryzie. Na szczycie masztu obserwator pochylił się i przyłożył dłonie do ust.

— Ziemia! Ahoj!

— Nawet ja ją widzę — mruknął Vimes. — Dlaczego on tak krzyczy?

— Na szczęście — odparł Jenkins. Wytężył wzrok w lekkiej mgiełce. — Ale pański przyjaciel nie płynie do Gebry. Ciekawe, dokąd zmierza.

Vimes spojrzał na jasnożółtą ścianę na horyzoncie, po czym zwrócił się do Marchewy.

— Wydostaniemy ją, nie bój się.

— Nie boję się, sir — zapewnił Marchewa. — Chociaż jestem bardzo zatroskany.

Vimes bezradnie machnął ręką.

— Wszyscy cali i zdrowi? Nastroje dobre?

— Bardzo poprawiłoby to morale, sir, gdyby wygłosił pan kilka słów.

Straszliwy regiment strażników ustawił się na pokładzie; mrugali niepewnie w blasku słońca. O bogowie… — westchnął komendant w duchu. Jeden krasnolud, jeden człowiek wychowywany jak krasnolud, który myśli niczym chodzący podręcznik etykiety, jeden zombi, jeden troll, ja i… o nie… jeden fanatyk religijny…

Funkcjonariusz Wizytuj zasalutował.

— Mogę coś powiedzieć, sir?

— Jasne — zgodził się Vimes.

— Chcę z satysfakcją poinformować, że nasza misja najwyraźniej zyskała boską aprobatę, sir. Chodzi mi konkretnie o deszcz sardynek, który dodał nam sił w czarnej godzinie.

1 ... 48 49 50 51 52 53 54 55 56 ... 87
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)