Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
Pan Lodowego Ogrodu. Tom II - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom II

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
1 ... 48 49 50 51 52 53 54 55 56 ... 116
Перейти на страницу:

Czarownik siedzi prosto i dziwnie sztywno, zupełnie jakby coś go unieruchomiło i przycisnęło mu ręce do boku.

— Nie... Nie... Nie pozwól mu... — dociera do mnie. Zatrzymuję podkowę dłonią i patrzę na niego, bo wtem przychodzi mi do głowy, że to, co czai się za drzwiami do jaskini, to van Dyken.

Unoszę się ostrożnie, myśląc o pozostawionym w łaźni mieczu. Na szczęście wciąż mam przy sobie nóż. Podważam tsubę kciukiem, zatrzask puszcza z cichutkim kliknięciem. Jeśli to rzeczywiście van Dyken, nie pozwolę mu nawet otworzyć ust. Kiedyś mogłem celnie i szybko rzucić nożem na ponad pięć metrów. Trwa to znacznie krócej niż wypowiedzenie słowa „abrakadabra".

Nasłuchuję, ale docierają do mnie tylko szelesty i potrzaskiwania przewracających się drobnych przedmiotów, które nagle jakby ożyły.

— Czy tu jest Czyniący o rybich oczach zwany Aaken?

Lecz Oba Niedźwiedzie jest zbyt przerażony. Dygoce i sprawia wrażenie, że nie ma pojęcia, o co mi chodzi.

— Nie... żaden Aaken. O jakich oczach...? Nie... Nie znowu, błagam...!

Po niskim stole przed nim z turkotem toczy się niewielkie szydło do skór. Stalowa igła, umieszczona w drewnianym uchwycie. Bondswif ma na twarzy wyraz straszliwego wysiłku, czerwienieje, żyły wychodzą mu na skronie, wygląda, jakby usiłował unieść stołek, na którym siedzi. Jednak ten wysiłek bierze się stąd, że mag z całych sił próbuje nie podnieść szydła. Bezskutecznie. Dygocąca dłoń wyciąga się jakby wbrew niemu, palce zaciskają się na drewnianej rękojeści.

Z ust Czyniącego wydobywa się skowyt, rzuca głową na boki, jego rozpaczliwe „Nie!", „Nie!", „Nie!" zaczyna przypominać szczekanie. Walcząc z samym sobą, z oczami wychodzącymi z orbit i żyłami na czole, Bondswif wyciąga drugą dłoń i powoli wbija w nią szydło.

Wrzask niemal podnosi dach chaty. Wrzask straszny, rozpaczliwy, z otwartego gardła. Trwa to długo, aż skóra na wierzchu dłoni wiedzącego wybrzusza się, po czym wypuszcza nagle koniec ostrza i strumyczek krwi.

— Dobrze! Dobrze! Powiem mu! — krzyczy rozpaczliwie do sufitu i ścian, a łzy bólu toczą mu się po policzkach.

Wszystko ustaje. Oba Niedźwiedzie wyrywa szydło z dłoni, otula ją rozpaczliwie i piastuje przy piersi.

— Jutro... — jęczy. — Jutro pójdziesz na uroczysko! Jutro... Teraz mnie zostaw!

— To nie ja zrobiłem — zauważam nieśmiało.

— Pewno, że nie ty, głupcze, tylko Bondswif! Odchodzę do łaźni, pełen obaw i przekonany, że dzielę dach z wariatem.

Do uroczyska docieramy świtem, w mroźny, mglisty poranek. Po milczącym, ponurym śniadaniu. Bondswif jest przestraszony i wściekły, owinięta gałganem dłoń wyraźnie mu doskwiera. Sam spałem nie najlepiej i nie mam apetytu. W żołądku czuję przykry, mdlący skurcz. Z niesmakiem uświadamiam sobie, że to strach. Uroczysko to próba ognia. Jest jak lot testowy. Jak rosyjska ruletka.

Wędrówka zabiera nam ponad godzinę. Idziemy po górskich bezdrożach, aż w miejscu takim samym jak inne mój przewodnik zatrzymuje się nagle i wskazuje przed siebie obandażowaną dłonią.

— Tam w dole, za tamtymi skałami. Tam jest mała, okrągła kotlinka. Wejdź i usiądź pośrodku. To wystarczy. Jeśli przeżyjesz, wróć do domu. Możesz też zmądrzeć i odejść stąd. I tak byłoby najlepiej.

Odwraca się i prawie że ucieka.

Wciągam do płuc mroźne powietrze. Spoglądam na ciągnące się wokół łańcuchy górskie, jak skamieniałe w marszu szare mastodonty. Patrzę na postrzępione chmury kłębiące się wzdłuż szczytów, siadam jeszcze na kamieniu i zapalam fajkę.

Powoli uspokajam oddech i bicie serca. Czekam, aż maleńka figurka brnącego do domu Pieśniarza zniknie za załomem skały i naprawdę zostanę sam.

A potem wstaję, wystukuję fajkę o kamień i chowam ją, żeby się przeżegnać.

Schodzę na dół, prosto w serce uroczyska, w krąg skał niczym rozwarta szczęka rekina. Schodzę i usiłuję aktywować tryb bojowy.

* * *

Cyfral pojawiła się, kiedy schodził jeszcze po zboczu. Bez słowa, z zaciętą twarzyczką unosiła się tuż obok jego głowy. Mimo wszystko poczuł się raźniej.

— Nie ma wyjścia? — zapytała.

— Inaczej i tak nie mamy szans — odparł.

— Umrzemy.

— Niekoniecznie — wycedził przez zęby. — Nie damy się tak łatwo. Zresztą... chcesz żyć wiecznie?

Schodzili po zboczu, ramię w ramię. Człowiek i wróżka.

Wysoko, na pochmurne niebo wypłynął pisk polującego drapieżnego ptaka, który krążył nad górami jak samolot obserwacyjny. Nad uroczyskiem skręcił nagle, uderzając gwałtownie skrzydłami, i poleciał gdzie indziej.

— Zwierzęta też tam nie wchodzą — zauważył ponuro Drakkainen. — Spójrz na tropy.

Drobne pieczątki śladów były dobrze widoczne na śniegu. Przeplatały się zygzakami, ale żadne stworzenie nie przekroczyło zębatego kręgu skał.

Złapał się na tym, że oddycha gwałtownie, wciągając powietrze przez nos i wypuszczając ustami. Ibuki. Jeszcze trochę i zemdleje z hiperwentylacji.

Uspokoił oddech.

— Co tam — powiedział. — Skok na bungee jest gorszy. Wszedł między skały. Stawiając stopy ostrożnie, czujnie, jak na polu minowym.

I nic się nie stało.

W śniegu pośrodku polanki rosło pokręcone dziwacznie drzewko. I tylko tyle. Miało węźlaste konary porośnięte cierniami długimi na dłoń, raczej niestosownymi u iglastego krzaczka przypominającego kosówkę. Samo drzewko też było z pięć razy za duże.

Drakkainen stał przez chwilę, napięty jak sprężyna, gotów wyskoczyć na zewnątrz, gdyby coś się zaczęło dziać, tymczasem nie działo się nic.

Po jakimś czasie zmusił zesztywniałe mięśnie do pracy i przeszedł się ostrożnie w kółko.

— Widzisz coś? — zapytał.

— Ty nie? — Cyfral miała dziwny, rozmarzony głos. — To jest piękne...

Spojrzał na nią. Wróżka tańczyła w powietrzu, ciągnąc za sobą smugę iskier, mieniących się niczym diamentowy pył.

— Co się dzieje? — zapytał.

Nadal nic się nie wydarzało. Ukląkł i ostrożnie dotknął dłonią ziemi. Rozgarnął warstwę śniegu i natrafił na pokłady zmrożonych otoczaków pokrytych kleksami porostów.

Nic specjalnego.

— Nie widzisz? — spytała Cyfral rozwlekle naćpanym głosem.

— Nie widzę.

— To jest w drzewie. Podejdź do drzewa.

Podszedł i ostrożnie dotknął pnia.

— Tak... — powiedziała Cyfral. Właśnie tak...

I wybuchła jak fajerwerk.

A wtedy świat pękł niczym lustro na miliony wirujących odłamków, za którymi była ciemność.

Eksplodował miriadami tęczowych iskier.

Zmienił się w mieniącą się chmurę, a potem nagle z trzaskiem złożył z powrotem.

Drakkainen stał pośrodku polanki, napięty i przyczajony, ale najwyraźniej żył.

— Uważaj... — powiedziała mu Cyfral wprost do ucha. — Teraz nie myśl o niczym. O niczym konkretnym.

— Gdzie jesteś? — zapytał drżącym głosem.

— Tam, gdzie zawsze — odparła. — W tobie. Spójrz wokół siebie. Zacząłeś widzieć? Nie myśl... Nie pragnij... Tylko patrz...

Jego dłonie, rękawy kaftana i wszystko wokół mieniło się mikroskopijnymi iskrami jak posypane diamentową mąką. Poruszył dłonią, zostawiając delikatną smugę migocącą barwami tęczy.

— Coś się dzieje z moimi oczami — powiedział Vuko.

— Tak... — potwierdziła. — Otworzyły się. Poświata otaczała jego ciało, układała się kręgiem pod stopami i pokrywała wznoszące się wokół skały na podobieństwo migotliwego mchu. Przenikała też powietrze jak mroźna mgła w środku lapońskiej zimy. Jak zasłona z mikroskopijnych, błyszczących igiełek lodu, wznosząca się słupem w niebo.

1 ... 48 49 50 51 52 53 54 55 56 ... 116
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)