Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #1
- Год: 2005
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Wyspowiadasz się? Zadzwonisz na policję? Pójdziesz na terapię?
Lunf przynosi mi miskę jakiejś ugotowanej ciemnoczerwonej fasoli o wielkich ziarnach, wędzoną rybę i dzban piwa. W milczeniu patrzy na przesiąkniętą krwią koszulę, przebitą pod rękawem i tak samo zmaltretowaną kamizelę.
— Daj — mówi. — Kobiety wypiorą.
Wyciągam zabrany mordercy amulet i pokazuję mu. Spluwa z obrzydzeniem i unosi pięść, mamrocąc imię Hinda.
— Nie noś tego. To znak Smeiringa. Boga Węża.
— Co to za jeden?
Wzrusza ramionami.
Wysysam ziarna, odrzucając grube łupiny, rwę rybę i staram się nie jeść jak zwierzę.
— Bóg kraju Węży. Unikaj Ludzi Węży. To źli ludzie. Napadają na wszystkich, nie tylko na wrogów. Żyją w górach. Łapią ludzi i oddają ich Wężowi. Umieją powalić człowieka wzrokiem. A odkąd przyszła wojna bogów, mówi się, że ogarnęła ich zimna mgła i oszaleli. Skąd to masz? Nie pojawili się w tym roku.
— A pojawią się?
— Jest pokój jesiennego wiecu. Wszyscy Ludzie Wybrzeża mogą. Ale może w tym roku styrsmani będą radzić, żeby ich najechać. Wszyscy mają dosyć. Słyszałem, że ludzie z kraju Ognia i z kraju Koni, i z Ziemi Słonej Trawy skarżą się, że Smeiringowie porywają kobiety i dzieci. Tamci się wypierają i mówią, że to mgła je zabrała. Teraz podobno mają króla tak jak cudzoziemskie dzikusy. Jednego, który jest nad wszystkimi i każdemu może rozkazywać. Głupota. Zapamiętaj, co ci mówię, cudzoziemcze. Jeżeli pójdziesz na morze i zobaczysz czarny żagiel ze srebrnym znakiem Tańczących Węży, ładuj katapultę i walcz albo stawiaj wszystkie żagle i uciekaj. Inaczej porwą cię i oddadzą Wężowi. Zabiłeś kogoś? — pyta nagle badawczo.
Patrzę na niego pustym wzrokiem. Milczę, a na ustach wykwita mi drwiący uśmiech.
— Przecież widziałeś, że nie mam miecza.
— Złodzieja już zabrano — mówi. — Jego głowa znajdzie się na łące pod ognistym drzewem nadziana na tykę. Na postrach i dla przypomnienia o pokoju.
— O pokoju? — Śmieję się.
— Będzie widać, co się dzieje z tymi, którzy łamią mir.
Uśmiecham się krzywo.
Rano idę prosto do Wędzonego Ulle. I tym razem mam się już na baczności. Na lewej ręce połyskuje karwasz, nóż zawiesiłem na szelkach pod pachą, zasłonięty połą kaftana. Wolałbym zabrać miecz, ale trudno.
Po drodze omijam szerokim łukiem feralny opłotek. Wątpliwe, by napastnicy nadal leżeli w uliczce, ale jakoś nie mam ochoty tam chodzić.
Drzwi do kantoru są zamknięte.
Wędzony Ulle jest dla mnie pierwszym podejrzanym, choć nie mam pojęcia, o co chodziło. Kazał mnie okraść? I tylko tyle?
Ciężko zorientować się w architekturze tych domów. Wewnętrzne dziedzińce, patia, jeden podwórzec przechodzi w drugi, wszystko zamknięte albo ścianami budynków, albo palisadami z bali. Nie wiadomo, gdzie zaczyna się jeden, a kończy drugi.
Pomyślmy. Spójrzmy, gdzie kończą się ściany jego kantoru. Jaki jest przebieg dachów.
Siadam w tej samej karczmie co poprzednio. Budynki przylegają do siebie, zabudowania nad nabrzeżem tworzą jeden ciąg.
Patrzę na kręcących się po nabrzeżu ludzi i widzę, że coś się zmieniło. Znikły wszystkie dzieci. Nie biegają już po nabrzeżu z drewnianymi mieczami, nie przepychają się pomiędzy spódnicami i portkami przechodniów, nie kucają, umorusane i głodne, na progach domów. Znikły bez śladu.
Zmienił się też wygląd obywatelskich patroli.
Wydaje się ich jakby więcej, ale pewnie dlatego, że wszyscy kręcą się wzdłuż brzegu. I dzisiaj wszyscy mają w rękach łuki, a zza pleców sterczą im pęki długich strzał. I strażnicy, i zwykli przechodnie zerkają jakby ukradkiem na rzekę.
Na dwa wilcze okręty, kołyszące się pośrodku nurtu burta w burtę. Przybyły w nocy. Na rufach łopocą zębate, czarne proporce, obszyte srebrną lamówką, z symbolem przypominającym spiralę DNA albo oznaczenie służby medycznej. Tańczące Węże.
Chyba nikt nie cieszy się z ich przybycia. Ani mieszkańcy Żmijowego Gardła, ani inni żeglarze. Pomiędzy okrętami a stojącymi na brzegu ludźmi trwają negocjacje. Jednak łatwo zauważyć, że wszyscy przybyli na jesienny wiec są po stronie mieszkańców portu. Na pokładach okrętów nie widać nadmiernej nerwowości, ale jakoś tak przy katapultach w koszach płonie ogień i przypadkiem stoi przy nich dwóch ludzi. Jeden przy windzie naciągu, a drugi w pobliżu ułożonych na stojaku oszczepów. Są grube, nasmarowane czymś, co przypomina smołę i zakończone dziwnymi, wrzecionowatymi grotami, przez co wyglądają jak granaty przeciwpancerne. Na pokładach wszyscy przypadkiem mają na sobie kolczugi i hełmy, wszyscy też trzymają pod ręką łuki lub oszczepy.
Nie trzeba być mistrzem w szacowaniu sił. Jeżeli Ludzie Węży nie przestaną się stawiać, jesienny jarmark zacznie się rzeźnią, z której żaden z nich nie wyjdzie żywy.
Poważnie wyglądający, brodaty jegomość w niebieskim płaszczu, stojący na pirsie w otoczeniu wojów, ryczy coś po raz kolejny, wskazując ręką. Jasne.
Ludzie Węży mają cumować na drugim brzegu, w najdalszym miejscu, a na stronę portu i do wzgórza, na którym będzie się odbywał wiec, podróżować w łódkach. Oni zaś czują się dotknięci i upierają się zostać na kotwicy tam, gdzie są.
Napięcie rośnie. Myślę, że wszyscy w okolicy stoją na brzegu albo na progach domów i patrzą na okręty Węży. Wszyscy czekają. Czy za chwilę posypią się strzały? Kruchy mir jesiennego wiecu pryśnie jak bańka mydlana?
Węże stoją, oparci niedbale o nadburcia i wanty, i również bawią się trzymanymi w rękach toporami i oszczepami.
Kiedy wchodzę do karczmy, aktywuję jednocześnie wspomaganie.
Wewnątrz było pusto. Drakkainen wyminął długie ławy i wślizgnął się za płat skóry zasłaniający wejście. Zrobił to miękkim, kocim ruchem, niemal nie poruszając zasłony. Z tyłu, w wąskim pomieszczeniu stały sterty poczerniałych beczek i kilka połamanych zydli. Skrzypnęły drzwi na podwórko i właściciel karczmy przeszedł korytarzem, niosąc po dwa puste dzbany w każdym ręku. Przeszedł do drzwi na wprost i otworzył je sobie kopniakiem, po czym zniknął w głębi domostwa. Plama cienia pomiędzy beczkami przybrała nagle ludzką postać i wyślizgnął się z niej Vuko. Przemierzył bezgłośnie korytarz i wyszedł na dziedziniec. Drzwi, osadzone na drewnianych kołkach, zaskrzypiały tylko lekko.
Czerwonowłosa dziewczynka, siedząca po tamtej stronie na ganku z drewnianym konikiem w dłoni, skamieniała na jego widok, ale Wędrowiec przyłożył tylko palec do ust i bez wysiłku wskoczył na dach szopy przylegającej do kamiennego muru, stamtąd dwoma długimi susami na dach budynku i zniknął po drugiej stronie kalenicy. Nadal było cicho. Nienaturalnie cicho w całym mieście, tylko z nabrzeża, gdzie mieszkańcy portu negocjowali z Wężami, niosły się okrzyki.
Drakkainen zjechał z dachu na wznak i zeskoczył na kamienny podwórzec, po czym opadł na cztery łapy jak kot i wstał, krzywiąc się i lekko utykając na lewą nogę.
Wędzony Ulle siedział nieruchomo na ławie z rozłożoną wędzoną rybą na kolanach i patrzył na niego z otwartymi ustami. Kawałek skóry z płetwą przylepił mu się do brody.
Skrzypnęły drzwi.
Wędrowiec uchylił się półobrotem, puszczając wzdłuż ciała dłoń z toporem, zablokował od góry nadgarstek napastnika, grzmotnął go łokciem w czoło i ułożył nieruchomego na ziemi. Wszystko trwało tyle, ile mrugnięcie, i odbyło się w zupełnej ciszy.