Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
Pan Lodowego Ogrodu. Tom I - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom I

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
1 ... 49 50 51 52 53 54 55 56 57 ... 98
Перейти на страницу:

— Zabiłeś mi syna — wychrypiał Ulle osłupiały. Rybia płetwa nadal wisiała mu w skołtunionej brodzie.

Drakkainen podszedł do niego szybkim krokiem, wszedł po schodkach werandy i przydepnął mu nagle klatkę piersiową, przyciskając plecy handlarza do ściany.

Dmuchnął w palce, w których nagle pojawiła się srebrna moneta.

— Wczoraj zapłaciłem ci gwichta — powiedział. — Dzisiaj dam ci markę. Srebro jest twardsze niż złoto i myślę, że wydłubiesz je tym razem z czoła.

— Cco... — wyjąkał Wędzony Ulle.

— Było ich trzech — warknął Drakkainen. — Nikt mnie nie zna w tym mieście, a jednak na mnie czekali. Teraz leżą w opłotku, a ja chcę wiedzieć, co masz z tym wspólnego. Nosili to. — Pokazał amulet. — Wszyscy trzej. Kumasz się z Wężami?

Wyciągnął dłoń do jego twarzy. Ulle wybałuszył oczy, ukazując wąski pasek białek jak przerażony koń, ale Vuko pstryknął tylko rybią płetwę, która zaczęła go już irytować.

— Był tylko jeden — wyrzęził Ulle, nie spuszczając wzroku z monety, którą Drakkainen trzymał między kciukiem a palcem wskazującym. — Jeden, nie trzech. I przyszedł na nabrzeże zaraz, jak poszedłeś. Zapytał dokładnie tak jak ty. Czy był tu ktoś dziwny i pytał o wysokiego, ślepego męża z włosami jak krucze pióra. Nie pamiętam, co powiedziałem, przysięgam. Pamiętam tylko jego oczy. Zrobiły się złote. A wokół była mgła. Chwilę potem siedziałem w kantorze zupełnie sam. Jucha leciała mi z nosa. Przysięgnę na Hinda, jeżeli chcesz. A teraz daj mi podejść do syna.

— Twój syn zaraz się obudzi — powiedział Drakkainen. — Może będzie rzygał, ale nic więcej. Niech przykłada mokre szmaty do głowy i się prześpi. Najlepiej, jakby mógł przyłożyć lód.

Zabrał nogę, pozwolił Ullemu odkleić się od ściany i wykaszleć.

— Chyba ci wierzę — rzekł Vuko. — Tylko dlaczego jakiś Wąż miałby mnie znać?

— Nie znał cię — odparł Wędzony Ulle. — Ale znał tego czarnego, którego szukasz, chyba. Pytał o kogokolwiek dziwnego, a ty jesteś dziwny.

— Wcale nie jestem dziwny — nadąsał się Drakkainen. — Nie piłem tylko dzisiaj cappuccino.

— Czego? — zapytał Ulle w osłupieniu.

— Nieważne. Nawet ty tego nie masz. Daj mi korzennego piwa.

— Jak będziesz mnie jeszcze kiedy chciał odwiedzić — zauważył Ulle z niesmakiem — nie zjeżdżaj z dachu.

Syn Wędzonego Ulle jęknął i usiadł, potrząsając boleśnie głową.

Rozdział 6

Ogień Pustyni

Nie lekceważ szeptów i szelestów trawy

Nie lekceważ iskier niesionych przez wiatr

Pożoga jest chwilą

I bezmyślnym gniewem

Pozostaną szare od popiołu zgliszcza

I tylko ból będzie płonął bez końca

Kireneńska Księga Przysłów

Mówili, że nadeszła z pustyni. Prosto z bezwodnego piekła Nahel Zym, gdzie nie ma niczego prócz kamieni, piachu i kęp żelaznej trawy. Samotna kobieta, okryta luźnym, czerwonym płaszczem, jaki nosi się na pustyni, z twarzą skrytą pod głębokim kapturem. Prorokini, która powiedziała, że podpali świat. Głosiła, że została przysłana przez pradawną boginię Amitraju, Podziemną Matkę. Boginię, od której lud się odwrócił.

Przynajmniej tak to wyglądało w plotkach, które powtarzano na placach i bazarach całego imperium.

Wydarzyło się to podczas wyjątkowo upalnego, suchego lata. Niebo płonęło, w południowych prowincjach wysychały rzeki, a ziemia pokrywała się spękaną skorupą. Skwar wstawał dzień w dzień i od wiosny w centralnych prowincjach nie spadła nawet kropla deszczu. Mój ojciec ściągnął do siebie Wiedzących, ale nie dotarło do mnie, co mu powiedzieli. Myślę, że nic ważnego. Są rzeczy, na które nawet najlepszy władca niewiele może poradzić, a należy do nich właśnie susza, powódź albo zaraza. Nawet najmędrszy imperator nie zatrzyma huraganu i nawet najbitniejsza armia nie pokona burzy. Po prostu tak jest.

Wtedy zaczynałem już być młodzieńcem. Mój najstarszy brat Kimir Zył nie żył, a ja oswoiłem się już z myślą o świecie, który wygląda inaczej. Odwiedzałem czasem jego grób w Ogrodzie Milczenia i zapalałem trociczki w kamiennej misie, ozdobionej reliefem w kształcie konia, ale nie myślałem o nim zbyt często. Przywykłem.

Zresztą mój Nauczyciel nie dawał mi zbyt wiele czasu na zadumę. O ile nieustanne ćwiczenia i dyscyplinę, jakiej poddawano nas w Domu Stali, traktowałem jako uciążliwość, do której trzeba przywyknąć, o tyle z wiekiem zacząłem mieć dodatkowe zajęcia. Mój brat i dwie siostry przesiadywali w Komnacie Nauki nad zwojami i słuchali nauczyciela. Ja bardzo często wychodziłem w towarzystwie Rzemienia. Kluczyliśmy tajnymi, kamiennymi korytarzami aż do pałacu. Przedtem prawie nigdy nie opuszczałem Wioski Chmur. Jej ogrody i domy były dla mnie całym światem. Ciągnący się jak okiem sięgnąć mur i ściany Tygrysiego Pałacu oznaczały dla mnie to samo, co dla kogoś innego horyzont.

Podczas świąt i uroczystości zabierali nas czasem, żebyśmy patrzyli na misteria zza kolumn Tygrysiej Sali albo spoglądali na korowody tancerzy na Placu Tysiąca Koni przed pałacem, czasem prowadzono nas do świątyni państwowej, ale to wszystko były egzotyczne wycieczki, takie same, jak rzadkie wyjazdy do Orlego Pałacu w Morskich Górach.

Moja wiedza o świecie pochodziła ze zwojów i opowieści. O bazarach i ulicach Maranaharu, które mógłbym odwiedzić zaraz po śniadaniu, wiedziałem tyle samo, co o kebiryjskich stepach, górskich miastach Sauragaru albo rzekach i kanałach Jarmakandy.

Jedyni prości ludzie, jakich widywałem, to pałacowi ogrodnicy, służący i niewolnicy. Syci i zdrowi, sprawiali wrażenie zupełnie szczęśliwych i wydawało mi się, że tak samo wyglądają wszyscy mieszkańcy imperium, a właściwie wszyscy ludzie na świecie.

Jednak kiedy zacząłem stawać się młodzieńcem, musiało się to zmienić. Rzemień zabierał mnie do pałacu, żebym przyglądał się naradom i obserwował z ukrycia poselstwa przybywające do mojego ojca. Codziennie rano musiałem wysłuchać raportu o stanie państwa. Dowiadywałem się o sztormach, buntach, korcach zboża i durry, okrętach, podatkach, niepokojach i waśniach religijnych. Rzemień bezlitośnie przepytywał mnie, sprawdzając, czy rozumiem i pamiętam te wszystkie rzeczy. Kazał mi mówić, co zrobiłbym w tej czy innej sytuacji, i nie tolerował byle jakich, bezmyślnych odpowiedzi. Całe dnie musiałem spędzać na niekończących się dyskusjach. Nie wystarczała odpowiedź w rodzaju „przesunąłbym tymen piechoty do Kebzegaru” albo „podniósłbym podatek o pięć dirhanów od straganu”. Nieustannie padały kolejne „jak” i „dlaczego”. Musiałem wymyślać rozwiązania i ich bronić. Męczyło mnie to bardziej niż ćwiczenia sztuki walki.

Inna zmiana w moim życiu polegała właśnie na tym, że skończył się dla mnie czas szermierki na kije. Dostałem własny miecz, nóż, łuk i włócznię. Proste i tanie, takie, jakie wydaje się wojsku. Z ostrzami z dobrej stali, ale oprawione w zwyczajną kość i drewno.

Siniaki i stłuczenia, które zdobiły mnie dotąd, zostały zastąpione przez płytkie szramy i skaleczenia.

Raz spytałem Rzemienia, kiedy zaznam jakiegoś wytchnienia.

— Łatwy dzień był wczoraj — odpowiedział mi na to, śmiejąc się. — Tak będzie już przez całe twoje życie. Zapamiętaj, tohimonie.

Niełatwo było mi się skupić na tym wszystkim, bo i ja zacząłem się zmieniać. Miałem wrażenie, że nastąpiło to z dnia na dzień.

Jednego dnia cały mój świat wypełniało polowanie na odrobinę wolności, żebym mógł biegać po ogrodzie, strzelać z łuku do koszy albo pływać w jeziorze, a nagle okazało się, że nie ma dla mnie ciekawszej rzeczy pod słońcem niż ten moment, kiedy pokojowa Hafma stoi pod światło na tarasie i przez szatę widać wyraźny zarys jej ciała.

1 ... 49 50 51 52 53 54 55 56 57 ... 98
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)