Odwieczny Wróg
- Автор: Кунц Дин Рэй
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Odwieczny Wróg». Краткое содержание книги:
Copperfield rozkazał Pascallemu i Fodorowi sprawdzić chłodnię. Szybko weszli, znikli z oczu, jeden na lewo, drugi na prawo.
Po kilku sekundach Pascalli wrócił.
– Teren czysty, sir.
Copperfield wszedł do środka, Bryce za nim.
Pistolet maszynowy Markera leżał na podłodze.
Sierżant Marker wisiał na metalowym haku u sufitu, obok połówki wołowej – wisiał na ogromnym, groźnie sterczącym, dwuzębnym haku na mięso, który przeszywał mu pierś.
Żołądek podszedł Bryce'owi do gardła. Już zaczai obracać się od wiszącego mężczyzny – gdy wtem dotarło do niego, że to nie Marker. To jedynie pusty strój ochronny sierżanta i jego hełm. Twardy winylowy materiał był rozcięty. Pleksiglasowa osłona na twarz pękła, wyrwana z gumowej obudowy, do której poprzednio mocno przylegała. Marker został wyciągnięty ze stroju, zanim ubranie powieszono.
Ale gdzie jest Marker?
Przepadł.
Pascalli i Fodor wyszli na rampę, rozglądali się w górę i w dół uliczki.
– Słyszeliśmy krzyki – powiedziała Jenny, stając u boku Bryce'a – a nie ma krwi na podłodze ani na stroju.
Tal Whitman zebrał kilka wystrzelonych łusek z pistoletu automatycznego; wiele ich zaścielało podłogę. Miedź połyskiwała mu w otwartej dłoni.
– Dużo tego, ale nie za wiele. Wygląda na to, że sierżant trafił w to, do czego strzelał. Musiał trafić przynajmniej ze sto razy. Może dwieście. Ile nabojów mieszczą te duże magazynki, generale?
Copperfield wpatrywał się w błyszczące łuski, ale nie odpowiedział.
– Nie ma po nim śladu, sir – powiedział Pascalli, kiedy razem z Fodorem wrócili z rampy. – Chce pan, żebyśmy przejrzeli dalej uliczkę?
– Generale, to bolesne, ale musi pan skreślić sierżanta Markera – rzekł Bryce, zanim Copperfield zdążył odpowiedzieć. – On nie żyje. Niech pan się nie łudzi, żadnych nadziei. Tu naprawdę grasuje śmierć. Śmierć. To nie porwania. Nie terroryści. Nie gaz psychotoksyczny. Nic połowicznego. Gramy o cały bank. Nie wiem, co to jest, do diabła, ani skąd się zjawiło, ale wiem, że to sama Śmierć. Tam jest Śmierć, w takiej postaci, że nawet jej sobie nie jesteśmy w stanie wyobrazić, kierowana celem, którego nie rozumiemy. Ćma, która zabiła Stu Wargle'a – to nie było prawdziwe oblicze tego stwora. Czuję to. Ćma była tym samym co ożywiony trup Wargle'a, napastujący Lisę w toalecie: zepchnięciem na fałszywy trop… zmyłką.
– Fantomy – powiedział Tal, używając terminu wprowadzonego przez Copperfielda z nieco innym podtekstem.
– Tak, fantomy – powtórzył Bryce. – Jeszcze nie spotkaliśmy prawdziwego wroga. To coś, co znajduje czystą rozkosz w zabijaniu. Potrafi robić to szybko i po cichu, jak z Jake'em Johnsonem. Ale Harkera zabiło wolniej, zadając mu wielki ból, zmuszając do krzyku. Bo chciało, żebyśmy te krzyki usłyszeli. Morderstwo Harkera służyło temu samemu co T-139 – było demoralizatorem. To stworzenie nie porwało sierżanta Harkera. Wykończyło go, generale. Ono go wykończyło. Niech pan nie ryzykuje życia następnych ludzi, poszukując ciała.
– Ale głos, który słyszeliśmy – powiedział Copperfield po chwili milczenia. – To był głos pańskiego człowieka, Jake'a Johnsona.
– Nie – powiedział Bryce. – Nie sądzę, żeby to naprawdę był Jake. Głos brzmiał podobnie, ale teraz zaczynam podejrzewać, że mamy do czynienia z jakimś niesamowitym naśladowcą.
– Naśladowcą? – powtórzył Copperfield. Jenny spojrzała na Bryce'a.
– Te zwierzęce odgłosy w telefonie.
– Koty, psy, ptaki, grzechotniki, płaczące dziecko… To robiło wrażenie pokazu. Jakby ono chełpiło się: “Hej, popatrzcie, na co mnie stać; patrzcie, patrzcie, jakie jestem sprytne". Głos Jake'a Johnsona był jeszcze jedną próbką z jego repertuaru.
– Co pan tu sugeruje? – zapytał Copperfield. – Coś nad-naturalego?
– Nie. To jest prawdziwe.
– Więc co to jest? Proszę to nazwać – domagał się Copperfield.
– Nie potrafię, do cholery! Może to naturalna mutacja, a może coś, co wydostało się z jakiegoś laboratorium genetycznego. Może pan wie coś o tym, generale? Może armia ma całą cholerną dywizję genetyków, tworzących żywe maszyny bojowe, potwory, których celem jest mordować i siać postrach; stwory pozszywane do kupy z DNA pół tuzina zwierzaków. Weź trochę kodu genetycznego tarantuli i połącz z kawałkiem kodu krokodyla, kobry, osy, może nawet niedźwiedzia brunatnego; dorzuć geny ludzkiej inteligencji, tak sobie, dla czystej zabawy. Wsadź do probówki, hoduj w inkubatorze, karm. Co z tego wyjdzie? Jak będzie wyglądało? Czy samo mówienie o tym nie brzmi jak brednie wariata? Współczesny Frankenstein? Czy już doszli do takich rezultatów z przekształcaniem DNA? A może nie powinienem wykluczać nawet rzeczy nadnaturalnych? Chodzi mi o to, generale, że to może być cokolwiek. Dlatego nie potrafię tego nazwać. Niech pańska wyobraźnia zaszaleje, generale. Jakikolwiek koszmar wykluje się panu w myślach, nie wolno go wykluczyć. Mamy do czynienia z niewiadomym, a niewiadome kryje wszystkie nasze koszmary.
Copperfield wpatrywał się w Bryce'a, potem spojrzał na strój i hełm sierżanta Harkera, zwisające z rzeźnickiego haka. Obrócił się do Pascallego i Fodora.
– Nie przeszukujemy tej uliczki. Szeryf prawdopodobnie ma rację. Sierżant Harker zaginął i nic nie możemy dla niego zrobić.
Po raz czwarty od zjawienia się Copperfielda w mieście, Bryce zapytał:
– Czy nadal uważa pan, że to wygląda na zwykłe użycie CBW?
– Możemy mieć do czynienia ze środkiem chemicznym lub bakteriologicznym. Jak pan to zauważył, nie da się niczego wykluczyć. Ale nie jest to zwykły przypadek. Tu ma pan rację, szeryfie. Przepraszam za sugestię, iż miał pan halucynacje i…
– Przyjmuję przeprosiny – powiedział Bryce.
– I cóż teraz? – zapytała Jenny.
– Cóż – zarządził Copperfield – chcę, żeby zaczęto od sekcji i testów patologicznych. Natychmiast. Może nie znajdziemy choroby ani gazu psychotoksycznego, ale nadal możemy trafić na coś, co naprowadzi nas na jakiś ślad.
– Niech pan to robi – powiedział Tal – bo mam czują, że czas nam się kończy.
Pytania
Kapral Billy Velazquez, jeden z żołnierzy osłony, opuszczał się w dół włazu do odpływu burzowego. Choć nie kosztowało go to wiele wysiłku, oddychał ciężko. Ze strachu.
Co się stało z sierżantem Markerem?
Ci, którzy wrócili, wyglądali, jakby dostali po łbie. Staruszek Copperfield powiedział, że Harker nie żyje. Nie mają pewności, co go zabiło, ale zamierzają się dowiedzieć. Człowieku, co to za kupa gówna. Muszą wiedzieć, co go zabiło. Nie chcą tylko powiedzieć. Typowe dla szarży. Robienie ze wszystkiego sekretów.
Szczeble biegły krótkim pionowym kominem do horyzontalnego odcinka. Billy zszedł na dół. Buty stukały głucho po betonowym dnie.
Tunel był za niski, aby się wyprostować. Billy pochylił się trochę, poświecił w krąg latarką.
Szare betonowe ściany. Kable telefoniczne i energetyczne. Trochę wilgoci. Gdzieniegdzie grzyb. Nic poza tym.
Billy cofnął się od szczebli. Roń Peake, następny żołnierz z osłony, zszedł na dół.
Dlaczego przynajmniej nie przynieśli ciała Harkera?
Billy w dalszym ciągu świecił wokół latarką i oglądał się nerwowo za siebie.
Dlaczego Copperfield-Żelazna Dupa powtarzał na okrągło, że na dole trzeba się pilnować i uważać?
“Sir, a za czym mamy się rozglądać?" – spytał Billy.
Na co Copperfield: “Za czymkolwiek. Za wszystkim. Nie wiem, czy jest tam bezpiecznie, czy nie. A nawet jeśli nie jest, nie wiem dokładnie, jak wam opisać to, na co macie uważać. Bądźcie tylko cholernie ostrożni. A jak się tam coś ruszy, to choćby było niewinne jak myszka, spieprzajcie w podskokach".