Odwieczny Wróg
- Автор: Кунц Дин Рэй
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Odwieczny Wróg». Краткое содержание книги:
– Idzie… ktoś? Czy ktoś… idzie?
Jenny zaczęła zgłaszać kolejne obiekcje, ale Bryce powiedział:
– Szkoda gardła.
– Pani doktor – zapytał Copperfield – czy spodziewa się pani, że zignorujemy wołanie o pomoc?
– Oczywiście, że nie – powiedziała. – Ale powinniśmy odczekać i zastanowić się nad bezpiecznym sposobem wejścia do środka. Copperfield potrząsnął głową.
– Musimy bezzwłocznie mu pomóc – przerwał. – Niech pani go posłucha. Jest ciężko ranny.
Jake znów zajęczał z bólu.
Harker ostrożnie sunął do drzwi chłodni.
Pascalli cofnął się kilka kroków i z boku osłaniał swojego sierżanta, najlepiej jak mógł.
Bryce poczuł, jak z napięcia tężeją mu mięśnie na plecach, ramionach i karku.
Harker był przy drzwiach.
– Nie – cicho szepnęła Jenny.
Skrzydło drzwi stało uchylone do środka. Harker wysunął lufę automatu i pchnął je do końca. Zimne zawiasy zaskrzypiały, zapiszczały.
Bryce zadygotał na ten dźwięk.
Jake nie leżał w progu. Nie było go widać.
Za sierżantem nie było widać nic poza połówkami wołowiny: wisiały ciemne, poprzecinane jaśniejszymi smugami tłuszczu, krwawe.
Harker zawahał się…
Nie rób tego! – pomyślał Bryce.
…i skoczył przez próg. Minął go w półprzysiadzie, rozejrzał się w lewo, idąc za ruchem głowy lufą broni, i prawie natychmiast spojrzał w prawo, obracając broń w tym kierunku.
Wtedy coś zobaczył. Podskoczył, przerażony. Szybko uskoczył w tył, zderzył się plecami z wiszącą wołowiną.
– Ja pierdolę!
Podkreślił krzyk krótką serią z automatu.
Bryce skrzywił się. Huk i grzechot broni zabrzmiały ogłuszająco.
Coś pchnęło drzwi chłodni, zamknęło je z hukiem. Ono uwięziło Harkera. Ono.
– Chryste! – krzyknął Bryce. Nie tracąc czasu wdrapał się na wysoką do pasa chłodziarkę, stanął na paczkach sera “Kraft swiss" i oblanej woskiem goudzie. Przebiegł na czworakach, zeskoczył po drugiej stronie.
Następna seria z automatu. Tym razem dłuższa. Chyba dość długa, żeby opróżnić magazynek.
Pascalli był już przy drzwiach, zmagał się gorączkowo z dźwignią.
Bryce obiegł stoły sortowni.
– Co jest?!
Szeregowy Pascalli wyglądał zbyt młodo jak na żołnierza – i był bardzo wystraszony.
– Wyciągnij go stamtąd, do diabła! – krzyknął Bryce.
– Nie da się! Kurwa, nie chce się otworzyć!
Strzały w chłodni ustały.
Zaczęły się wrzaski.
Pascalli szarpał rozpaczliwie za zablokowaną dźwignię.
Chociaż grube, szczelnie dopasowane drzwi powinny tłumić wrzaski Harkera, rozlegały się bardzo głośno, a szybko stały się jeszcze głośniejsze. Dochodząc przez walkie-talkie Pascallego, śmiertelne szlochy musiały brzmieć ogłuszająco, gdyż szeregowy nagle przyłożył dłoń do hełmu, jakby próbował odciąć dźwięk.
Bryce odepchnął żołnierza. Złapał obiema rękami za długą dźwignię. Ani drgnęła – w żadną stronę.
W chłodni przeraźliwe krzyki rosły i opadały, i rosły, i stawały się coraz głośniejsze, bardziej przeszywające i okropniejsze.
Co, do diabła, ono robi Harkerowi? – myślał gorączkowo Bryce. Żywcem obdziera biedaka ze skóry?
Obejrzał się. Tal przeczołgał się po chłodziarkach i dołączał do niego. Generał i jeszcze jeden żołnierz, szeregowy Fodor, biegli przez bramkę. Frank wskoczył na jedną z chłodziarek, ale obserwował wnętrze sklepu, na wypadek gdyby zamieszanie w chłodni było tylko dywersją. Wszyscy inni stali w grupie, w przejściu.
– Jenny! – zawołał Bryce.
– No?
– Czy w tym sklepie jest dział z żelastwem?
– Z takimi różnościami.
– Potrzebuję śrubokrętu.
– Robi się. – Już biegła.
Harker wrzeszczał.
Jezu, co to za straszny krzyk! Z koszmaru sennego. Ze szpitala wariatów. Z piekła.
Bryce zlał się zimnym potem. Copperfield dotarł do chłodni.
– Puść mnie do dźwigni.
– Nic nie pomoże.
– Puść!
Bryce zszedł mu z drogi.
Generał był krzepkim mężczyzną – w istocie największym z obecnych. Wyglądał na dość silnego, by wyrywać stuletnie dęby. Wysilał się, klął – nie pchnął dźwigni dalej niż Bryce.
– Cholerny zatrzask musiał się złamać albo wygiąć – powiedział Copperfield, ciężko dysząc.
Harker wrzeszczał nieprzerwanie.
Bryce pomyślał o Cukierni Libermannów. Wałek na stole. Ręce. Obcięte ręce. Tak może krzyczeć człowiek, kiedy patrzy, jak odcina mu się ręce w przegubach.
Copperfield tłukł o drzwi z bezsilną wściekłością.
Bryce spojrzał na Tala. Pierwszy raz w życiu zobaczył wyraźny lęk na twarzy Tala Whitmana.
Jenny przebiegła bramkę wzywając Bryce'a. Ściskała trzy śrubokręty, każdy opakowany w jasny karton z plastykową osłoną.
– Nie wiedziałam, którego rozmiaru potrzebujesz – powiedziała.
– W porządku – podziękował Bryce – teraz znikaj stąd szybko. Wracaj do reszty.
Zignorowała polecenie, podała mu dwa śrubokręty, zatrzymała trzeci.
Wrzaski Markera stały się tak przeraźliwe, tak straszne, że nie przypominały ludzkich odgłosów.
Kiedy Bryce rozerwał pierwsze opakowanie, Jenny potargała na strzępy swój karton i wyciągnęła śrubokręt.
– Jestem lekarką, zostaję.
– Żaden lekarz nie jest mu w stanie pomóc – powiedział Bryce, gorączkowo rozdzierając ostatnie opakowanie.
– A może jednak. Gdybyś myślał, że nie ma szansy, nie starałbyś się wyciągać go stamtąd.
– Do cholery, Jenny!
Bał się o nią, ale wiedział, że już podjęła decyzję i nie wyperswaduje jej, żeby odeszła.
Wyjął jej z ręki trzeci śrubokręt, przepchnął się obok generała Copperfielda, stanął przy drzwiach.
Nie mógł wykręcić szpilek trzymających zawiasy. Drzwi otwierały się do wewnątrz, zawiasy były w chłodni.
Ale mechanizm dźwigni i zamka był osłonięty szeroką metalową nakładką przymocowaną do lica drzwi czterema wkrętami. Bryce pochylił się, wybrał odpowiedni śrubokręt, usunął pierwszy wkręt; wkręt upadł na podłogę.
Wrzaski Markera urwały się.
Cisza, która nastąpiła, była gorsza niż krzyk.
Bryce usunął drugi, trzeci i czwarty wkręt.
Sierżant Harker nadal milczał.
Kiedy nakładka była luźna, Bryce przesunął ją wzdłuż dźwigni, zdjął, odrzucił. Mrużąc oczy objął wzrokiem wnętrze zanika, pogrzebał śrubokrętem. Ostre kawałki popękanego metalu wypadły z zamka; inne ze stukotem osunęły się w dół do pustej szpary wewnątrz drzwi. Zamek został dokładnie zniszczony od środka. Bryce znalazł szczelinę, przez którą ręcznie zwalnia się rygiel, wsunął w nią śrubokręt, pociągnął w prawo. Sprężyna była chyba mocno zgięta lub zerwana, gdyż ledwo dała się poruszyć. Wysunął jednak rygiel na tyle, że wyszedł z dziury w ościeżu. Pchnął: coś metalicznie trzasnęło; drzwi zaczęły się otwierać.
Wszyscy się odsunęli, Bryce także.
Ciężar własny skrzydła drzwi wystarczał, aby z wolna, niespiesznie odchylało się do środka.
Szeregowy Pascalli trzymał je na muszce pistoletu maszynowego, Bryce wyciągnął swoją broń, podobnie jak i Copperfield, chociaż los sierżanta Markera udowodnił ponad wszelką wątpliwość, że broń palna jest tu nieskuteczna.
Drzwi otworzyły się na oścież.
Bryce oczekiwał, że coś z chłodni wyskoczy. Nic nie wyskoczyło.
Poprzez światło padające od drzwi, które przecinało w poprzek chłodnię, dostrzegł, że drugie drzwi również są otwarte. Kilka minut temu, kiedy Harker wszedł do środka, z pewnością było inaczej. Za nimi rozciągała się osłoneczniona uliczka.