Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Vee’ra zaśmiała się ciepło i Kailean nie po raz pierwszy ogarnęło zdumienie. Jakby małe dziecko śmiało się głosem dorosłej kobiety. Tyle szczerej radości.
– Nie, Kailean, na pewno nie zapomnimy cię zawiadomić. – Ciotka otarła łzę z kącika oka. – Ja... i tak sądzę, że trzymaliśmy ich zbyt długo. Mają piętnaście lat, w karawanie od co najmniej roku nosiliby już własne noże.
W karawanie... Kailean zawsze zastanawiała się, czy ciotka słyszy, co pojawia się w jej głosie, gdy mówi te słowa. W karawanie. Z miękkim przydechem, jakby płakała sylabami.
– W karawanie jeździliby już własnym rydwanem, ciociu – powiedziała cicho. – Jeden by powoził, a drugi miał łuk. Pewnie Fen, bo lepiej strzela. W karawanie najpewniej byliby już zaręczeni, z wysokimi, smagłymi dziewuchami, przed którymi popisywaliby się powożeniem i celnością. W karawanie...
Nie dokończyła, bo nie pierwszy raz jej rozmowa z ciotką wpadła w koleiny, których obie powinny unikać. W karawanie wszystko byłoby inaczej, wozy toczyłyby się przez step, roześmiani chłopcy śmigaliby w rydwanach, a dziewczęta flirtowałyby z nimi i uczyły się, jak być dobrymi żonami i matkami. Pędzone obok karawany stada muczałyby zgodnie, wypełniając przestrzeń pieśnią o potędze i dobrobycie. W karawanie wszystkie wozy byłyby kolorowe, równina gładka, a paszy i wody – zawsze w bród. Wszystko tak piękne, jak piękne są wspomnienia kobiety, której karawana zatrzymała się ćwierć wieku temu. W jej wspomnieniach nie było miejsca na chłopców łamiących sobie karki w czasie jazdy rydwanem, nie było krwi spływającej po ostrzach kavayo w czasie międzyplemiennych starć, nie było porwań, rodzinnej wendety, kradzieży stad ani bratobójczych walk. Inaczej niż we wspomnieniach And’ewersa. Nie było nienawiści, zazdrości, pozostawiania krewniaków na pastwę losu, zdrad. Kailean czasem myślała, że każde z nich odziedziczyło inny zestaw wspomnień. Vee’ra dostała te dobre, a jej mąż te złe.
Zamilkły na chwilę. Kailean, zapatrzona we wnętrze miseczki, bała się podnieść wzrok. Wszystko przez ten upał, pomyślała. Gdyby nie upał, lepiej panowałabym nad językiem. A było blisko, naprawdę blisko, o mało nie powiedziała: „W karawanie w sześciu wozach mieszkałoby dwa razy tyle osób, co tutaj”. Najpewniej w wozach Kalevenhów byliby także rodzice And’ewersa, może małżeństwo rodzeństwa jego i żony, bo rody chętnie wiązały się ze sobą nie tylko jednym związkiem. Byłoby o wiele więcej dzieci.
– Ale w karawanie – podjęła po chwili – nie byłoby mnie, ciociu. I ominęłaby mnie ta zupa, a to już nazwałabym nieszczęściem.
Błogosławiony język, w którym można wypowiedzieć takie proste kłamstewka.
Oczy ciotki rozjaśniły się na chwilę.
– Der’eko wrócił wczoraj – rzuciła. – Spotkałaś go już?
Pokręciła głową.
– Nie, ciociu, a wuj nawet słowem się nie zająknął, że pierworodnego ma w domu. Ktoś tu zasłużył na lanie.
Odpowiedział jej cichy śmiech.
– Nie ty jedna masz czasem ochotę, by to zrobić, Kailean. Ale on jest, jaki jest, mam nadzieję, że wreszcie się rozmówią z Pierwszym i przestaną na siebie patrzeć wilkiem.
Najstarszy syn wyjechał do Mandellen wbrew woli ojca, który uważał, że chłopak musi się jeszcze sporo nauczyć. Ale Der’eko wiedział swoje. Po pierwsze, w tym mieście-obozie żyło najwięcej Verdanno we wschodnich prowincjach. Po drugie, ta mała wioska, która z dnia na dzień obrosła tysiącami wozów, nieoczekiwanie stała się jednym z najważniejszych miast na pograniczu, bo taka ilość ludzi zwabiła na miejsce kupców i rzemieślników z całej okolicy. Kupcy przyjeżdżali po elementy końskiego wyposażenia, rzemieślnicy, żeby oferować to, czego Wozacy sami nie wyrabiali, jak na przykład gliniane dzbany czy szklane butelki. Po kilku latach w Mandellen, oprócz kilkudziesięciu tysięcy uciekinierów z Północnej Wyżyny, mieszkało już co najmniej dziesięć tysięcy innych ludzi. Miasto stało się prawdziwą metropolią, gdzie każdy kowal był na wagę złota. A And’ewers, choć się zarzekał, że jego synowie jeszcze nic nie umieją, dobrze wyuczył ich fachu.
Der’eko błyskawicznie znalazł pracę, a gdy tylko za zaoszczędzone pieniądze kupił własne palenisko, ściągnął do miasta drugiego w kolejności brata – Ruk’herta. Kailean spodziewała się, że wkrótce jeden lub drugi zjawią się w Lithrew w towarzystwie jakiejś poważnej matrony, chcącej ocenić majątek rodziny i targować się o cenę za ciemnoskórą, migdałowooką ślicznotkę, która skradła jednemu z braci serce. Po części rozumiała obawy kowala. Gdyby wszyscy jego synowie chcieli się żenić, byłby zrujnowany. Siedmiu synów i trzy córki to nie najlepsze proporcje w plemieniu, gdzie za pannę młodą płaciło się końmi, bydłem i malowanymi wozami.
Ale Der’eko przyjechał sam, inaczej ciotka poinformowałaby ją o tym od progu. Chyba nikt w rodzinie nie czekał tak na pierwsze wesele, jak ona.
– Gdzie go teraz znajdę?
– Pierwszego? Pewnie w sypialnym z resztą, którą bałamuci swoimi opowieściami o wielkim mieście. Ani się obejrzę, jak wszystkich tam ściągnie i zostaniemy tu tylko we dwoje, para starych głupców i sześć wozów.
– Nie sądzę, ciociu. – Kailean zbyła obawy ciotki machnięciem ręki. – Nawet jeżeli chłopcy wyjadą, to tylko po to, żeby wrócić z jakimś przychówkiem. Ani się obejrzysz, jak będziesz miała pełne ręce wnucząt. Chłopcy zawsze wracają do domu; to my, dziewczyny, odlatujemy i zakładamy gniazda gdzie indziej.
Od strony wejścia dobiegło chrząknięcie.
– Czyżbyś chciała nam o czymś powiedzieć, Kai?
Tylko jedna osoba w rodzinie skracała jej imię na verdańską modłę. Odwróciła się do drzwi i zmierzyła wchodzącego spojrzeniem.
– No proszę, nie dość, że wystrojony jak fircyk, to jeszcze podsłuchuje. Nie ciekawią cię opowieści starszego brata?
Vee’ra uśmiechnęła się szeroko i wyciągnęła rękę do syna.
– Witaj Eso’barze. Już z powrotem? Jak zakupy?
– Dziesięć dużych kęsów alombeńskiej stali i trzydzieści małych, połowa alombeńskiej, połowa z Derc. Wóz ledwo dociągnął, ale daliśmy radę. Ja i konie. Ojciec powinien być zadowolony. A opowieści Dera z pewnością jeszcze będę miał okazję posłuchać. Już on o to zadba. – Eso’bar wszedł do kuchni i uściskał matkę.