Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 48 49 50 51 52 53 54 55 56 ... 173
Перейти на страницу:

Vee’ra za­śmia­ła się cie­pło i Ka­ile­an nie po raz pierw­szy ogar­nę­ło zdu­mie­nie. Jak­by małe dziec­ko śmia­ło się gło­sem do­ro­słej ko­bie­ty. Tyle szcze­rej ra­do­ści.

– Nie, Ka­ile­an, na pew­no nie za­po­mni­my cię za­wia­do­mić. – Ciot­ka otar­ła łzę z ką­ci­ka oka. – Ja... i tak są­dzę, że trzy­ma­li­śmy ich zbyt dłu­go. Mają pięt­na­ście lat, w ka­ra­wa­nie od co naj­mniej roku no­si­li­by już wła­sne noże.

W ka­ra­wa­nie... Ka­ile­an za­wsze za­sta­na­wia­ła się, czy ciot­ka sły­szy, co po­ja­wia się w jej gło­sie, gdy mówi te sło­wa. W ka­ra­wa­nie. Z mięk­kim przy­de­chem, jak­by pła­ka­ła sy­la­ba­mi.

– W ka­ra­wa­nie jeź­dzi­li­by już wła­snym ry­dwa­nem, cio­ciu – po­wie­dzia­ła ci­cho. – Je­den by po­wo­ził, a dru­gi miał łuk. Pew­nie Fen, bo le­piej strze­la. W ka­ra­wa­nie naj­pew­niej by­li­by już za­rę­cze­ni, z wy­so­ki­mi, sma­gły­mi dzie­wu­cha­mi, przed któ­ry­mi po­pi­sy­wa­li­by się po­wo­że­niem i cel­no­ścią. W ka­ra­wa­nie...

Nie do­koń­czy­ła, bo nie pierw­szy raz jej roz­mo­wa z ciot­ką wpa­dła w ko­le­iny, któ­rych obie po­win­ny uni­kać. W ka­ra­wa­nie wszyst­ko by­ło­by ina­czej, wozy to­czy­ły­by się przez step, ro­ze­śmia­ni chłop­cy śmi­ga­li­by w ry­dwa­nach, a dziew­czę­ta flir­to­wa­ły­by z nimi i uczy­ły się, jak być do­bry­mi żo­na­mi i mat­ka­mi. Pę­dzo­ne obok ka­ra­wa­ny sta­da mu­cza­ły­by zgod­nie, wy­peł­nia­jąc prze­strzeń pie­śnią o po­tę­dze i do­bro­by­cie. W ka­ra­wa­nie wszyst­kie wozy by­ły­by ko­lo­ro­we, rów­ni­na gład­ka, a pa­szy i wody – za­wsze w bród. Wszyst­ko tak pięk­ne, jak pięk­ne są wspo­mnie­nia ko­bie­ty, któ­rej ka­ra­wa­na za­trzy­ma­ła się ćwierć wie­ku temu. W jej wspo­mnie­niach nie było miej­sca na chłop­ców ła­mią­cych so­bie kar­ki w cza­sie jaz­dy ry­dwa­nem, nie było krwi spły­wa­ją­cej po ostrzach ka­vayo w cza­sie mię­dzy­ple­mien­nych starć, nie było po­rwań, ro­dzin­nej wen­de­ty, kra­dzie­ży stad ani bra­to­bój­czych walk. Ina­czej niż we wspo­mnie­niach And’ewer­sa. Nie było nie­na­wi­ści, za­zdro­ści, po­zo­sta­wia­nia krew­nia­ków na pa­stwę losu, zdrad. Ka­ile­an cza­sem my­śla­ła, że każ­de z nich odzie­dzi­czy­ło inny ze­staw wspo­mnień. Vee’ra do­sta­ła te do­bre, a jej mąż te złe.

Za­mil­kły na chwi­lę. Ka­ile­an, za­pa­trzo­na we wnę­trze mi­secz­ki, bała się pod­nieść wzrok. Wszyst­ko przez ten upał, po­my­śla­ła. Gdy­by nie upał, le­piej pa­no­wa­ła­bym nad ję­zy­kiem. A było bli­sko, na­praw­dę bli­sko, o mało nie po­wie­dzia­ła: „W ka­ra­wa­nie w sze­ściu wo­zach miesz­ka­ło­by dwa razy tyle osób, co tu­taj”. Naj­pew­niej w wo­zach Ka­le­ven­hów by­li­by tak­że ro­dzi­ce And’ewer­sa, może mał­żeń­stwo ro­dzeń­stwa jego i żony, bo rody chęt­nie wią­za­ły się ze sobą nie tyl­ko jed­nym związ­kiem. By­ło­by o wie­le wię­cej dzie­ci.

– Ale w ka­ra­wa­nie – pod­ję­ła po chwi­li – nie by­ło­by mnie, cio­ciu. I omi­nę­ła­by mnie ta zupa, a to już na­zwa­ła­bym nie­szczę­ściem.

Bło­go­sła­wio­ny ję­zyk, w któ­rym moż­na wy­po­wie­dzieć ta­kie pro­ste kłam­stew­ka.

Oczy ciot­ki roz­ja­śni­ły się na chwi­lę.

– Der’eko wró­cił wczo­raj – rzu­ci­ła. – Spo­tka­łaś go już?

Po­krę­ci­ła gło­wą.

– Nie, cio­ciu, a wuj na­wet sło­wem się nie za­jąk­nął, że pier­wo­rod­ne­go ma w domu. Ktoś tu za­słu­żył na la­nie.

Od­po­wie­dział jej ci­chy śmiech.

– Nie ty jed­na masz cza­sem ocho­tę, by to zro­bić, Ka­ile­an. Ale on jest, jaki jest, mam na­dzie­ję, że wresz­cie się roz­mó­wią z Pierw­szym i prze­sta­ną na sie­bie pa­trzeć wil­kiem.

Naj­star­szy syn wy­je­chał do Man­del­len wbrew woli ojca, któ­ry uwa­żał, że chło­pak musi się jesz­cze spo­ro na­uczyć. Ale Der’eko wie­dział swo­je. Po pierw­sze, w tym mie­ście-obo­zie żyło naj­wię­cej Ver­dan­no we wschod­nich pro­win­cjach. Po dru­gie, ta mała wio­ska, któ­ra z dnia na dzień ob­ro­sła ty­sią­ca­mi wo­zów, nie­ocze­ki­wa­nie sta­ła się jed­nym z naj­waż­niej­szych miast na po­gra­ni­czu, bo taka ilość lu­dzi zwa­bi­ła na miej­sce kup­ców i rze­mieśl­ni­ków z ca­łej oko­li­cy. Kup­cy przy­jeż­dża­li po ele­men­ty koń­skie­go wy­po­sa­że­nia, rze­mieśl­ni­cy, żeby ofe­ro­wać to, cze­go Wo­za­cy sami nie wy­ra­bia­li, jak na przy­kład gli­nia­ne dzba­ny czy szkla­ne bu­tel­ki. Po kil­ku la­tach w Man­del­len, oprócz kil­ku­dzie­się­ciu ty­się­cy ucie­ki­nie­rów z Pół­noc­nej Wy­ży­ny, miesz­ka­ło już co naj­mniej dzie­sięć ty­się­cy in­nych lu­dzi. Mia­sto sta­ło się praw­dzi­wą me­tro­po­lią, gdzie każ­dy ko­wal był na wagę zło­ta. A And’ewers, choć się za­rze­kał, że jego sy­no­wie jesz­cze nic nie umie­ją, do­brze wy­uczył ich fa­chu.

Der’eko bły­ska­wicz­nie zna­lazł pra­cę, a gdy tyl­ko za za­osz­czę­dzo­ne pie­nią­dze ku­pił wła­sne pa­le­ni­sko, ścią­gnął do mia­sta dru­gie­go w ko­lej­no­ści bra­ta – Ruk’her­ta. Ka­ile­an spo­dzie­wa­ła się, że wkrót­ce je­den lub dru­gi zja­wią się w Li­th­rew w to­wa­rzy­stwie ja­kiejś po­waż­nej ma­tro­ny, chcą­cej oce­nić ma­ją­tek ro­dzi­ny i tar­go­wać się o cenę za ciem­no­skó­rą, mig­da­ło­wo­oką ślicz­not­kę, któ­ra skra­dła jed­ne­mu z bra­ci ser­ce. Po czę­ści ro­zu­mia­ła oba­wy ko­wa­la. Gdy­by wszy­scy jego sy­no­wie chcie­li się że­nić, był­by zruj­no­wa­ny. Sied­miu sy­nów i trzy cór­ki to nie naj­lep­sze pro­por­cje w ple­mie­niu, gdzie za pan­nę mło­dą pła­ci­ło się koń­mi, by­dłem i ma­lo­wa­ny­mi wo­za­mi.

Ale Der’eko przy­je­chał sam, ina­czej ciot­ka po­in­for­mo­wa­ła­by ją o tym od pro­gu. Chy­ba nikt w ro­dzi­nie nie cze­kał tak na pierw­sze we­se­le, jak ona.

– Gdzie go te­raz znaj­dę?

– Pierw­sze­go? Pew­nie w sy­pial­nym z resz­tą, któ­rą ba­ła­mu­ci swo­imi opo­wie­ścia­mi o wiel­kim mie­ście. Ani się obej­rzę, jak wszyst­kich tam ścią­gnie i zo­sta­nie­my tu tyl­ko we dwo­je, para sta­rych głup­ców i sześć wo­zów.

– Nie są­dzę, cio­ciu. – Ka­ile­an zby­ła oba­wy ciot­ki mach­nię­ciem ręki. – Na­wet je­że­li chłop­cy wy­ja­dą, to tyl­ko po to, żeby wró­cić z ja­kimś przy­chów­kiem. Ani się obej­rzysz, jak bę­dziesz mia­ła peł­ne ręce wnu­cząt. Chłop­cy za­wsze wra­ca­ją do domu; to my, dziew­czy­ny, od­la­tu­je­my i za­kła­da­my gniaz­da gdzie in­dziej.

Od stro­ny wej­ścia do­bie­gło chrząk­nię­cie.

– Czyż­byś chcia­ła nam o czymś po­wie­dzieć, Kai?

Tyl­ko jed­na oso­ba w ro­dzi­nie skra­ca­ła jej imię na ver­dań­ską mo­dłę. Od­wró­ci­ła się do drzwi i zmie­rzy­ła wcho­dzą­ce­go spoj­rze­niem.

– No pro­szę, nie dość, że wy­stro­jo­ny jak fir­cyk, to jesz­cze pod­słu­chu­je. Nie cie­ka­wią cię opo­wie­ści star­sze­go bra­ta?

Vee’ra uśmiech­nę­ła się sze­ro­ko i wy­cią­gnę­ła rękę do syna.

– Wi­taj Eso’ba­rze. Już z po­wro­tem? Jak za­ku­py?

– Dzie­sięć du­żych kę­sów alom­beń­skiej sta­li i trzy­dzie­ści ma­łych, po­ło­wa alom­beń­skiej, po­ło­wa z Derc. Wóz le­d­wo do­cią­gnął, ale da­li­śmy radę. Ja i ko­nie. Oj­ciec po­wi­nien być za­do­wo­lo­ny. A opo­wie­ści Dera z pew­no­ścią jesz­cze będę miał oka­zję po­słu­chać. Już on o to za­dba. – Eso’bar wszedł do kuch­ni i uści­skał mat­kę.

1 ... 48 49 50 51 52 53 54 55 56 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)