Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #3
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: satan
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Has obejrzał się, tym razem bez uśmiechu.
– Będziemy pracować wiele godzin i potrzebuję pełnego skupienia. Lepiej, żebym nie musiał uważać na to, co mam za plecami. Damy sobie radę sami. – Wskazał na zbliżające się wozy.
I tak to trwało. Do końca dnia Verdanno wgryźli się na prawie sto jardów w głąb skały. Czarownicy kruszyli kamień wodą i lodem lub – o czym świadczyły buchające czasem ze szczeliny kłęby pary – ogniem i wodą, a wozy wjeżdżały coraz dalej i wyłaniały się wypełnione urobkiem tak, że osie niemal łamały się pod ciężarem. Obok szczeliny rosło usypisko kamieni.
A na hali rósł obóz. Przez pół dnia przybyło kolejne tysiąc wozów oraz kilka sporych tabunów koni. Dominowały wśród nich te długonogie zwierzęta, którymi And’ewers pochwalił się przy rydwanie. Najbliżej szczeliny ustawiano wozy bojowe, szerokie, wysokie, niektóre z czymś w rodzaju małej wieży łuczniczej, czyli podwyższenia zwieńczonego blankami, wyrastającego kilka stóp ponad resztę. Rozstawiono dziesiątki wiklinowych tarcz, które w szybkim tempie obrosły setkami strzał i dzirytów. Grupy wojowników, podzielone na wyraźne oddziały, przesuwały się po całej hali, oddając ostatnim ćwiczeniom. Sprawdzano wyposażanie, czyszczono pancerze, oliwiono broń.
Verdanno szykowali się do wojny.
Rozdział 8
Ciemność wcale nie była tak jednorodna, jak to by się mogło wydawać. Różne odcienie szarości malowały w niej tunele, przejścia, wyznaczały miejsca, w których należy skręcić lub gdzie należy się zatrzymać. Kailean pierwszy raz o tej porze opuściła przydzielone im komnaty i przekonała się, że hrabia jednak musi oszczędzać na wszystkim, a najbardziej na świecach i oleju do lamp. Korytarze zamku pogrążyły się w całkowitym mroku, przełamanym tylko jaśniejszymi plamami w miejscach, gdzie światło księżyca wpadało przez niewielkie okna. A przecież można by pomyśleć, że arystokracja, wywodząca początki swego rodu na czas sprzed założenia Imperium, zadba, by rodowa siedziba nieustannie tonęła w świetle. Albo przynajmniej zostawi po małej lampce w każdym korytarzu.
Oczywiście przyjęły propozycję, by zostać dłużej. Nie obyło się przy tym bez wizyty kapitana Górskiej Straży, któremu przekazały pismo do „Bes’ary z królewskiego rodu Frenwelsów”. Kailean nadal uśmiechała się na myśl, co ich nauczycielka zrobi na widok takiego tupetu. W liście napisały tylko, że księżniczka jest zauroczona gościnnością hrabiego i postanowiła przedłużyć swoją wizytę, by lepiej poznać obyczaje meekhańskiej szlachty. Czyli między słowami – „patrzą nam na ręce i nic jeszcze nie wiemy”.
Kolejne trzy dni wypełniły rozmowy, uczty i przejażdżki po okolicy w małym, dwukołowym powoziku – ostatniej nowince ze stolicy. Kailean widziała już takie „nowinki” na Wschodzie, i to poobijane po wieloletniej służbie, ale obie z Dag były odpowiednio zachwycone tym, jak bardzo ród der-Maleg nadąża za modą. W trakcie tych wycieczek odwiedziły najbliższe miasteczko – którego domy lśniły, świeżo wyczyszczone, a uliczki pozamiatano do czysta – oraz kilka okolicznych wiosek, w których mogły podziwiać olbrzymie stada owiec wypędzanych na hale. Hrabia najwyraźniej należał do tych gospodarzy, którzy lubią pokazać gościom każdą grządkę w ogródku i każdy ul w pasiece.
Nadal jednak nie dowiedziały się niczego istotnego. Żadnych śladów, tropów, wskazówek. Dlaczego w historiach o szpiegach wszystko było takie łatwe? Ktoś zawsze zostawił na wierzchu ważne dokumenty, wygadał się po pijanemu lub, tknięty wyrzutami sumienia, łkając, wydawał wszystkich swoich wspólników. Oczywiście jeśli w historiach tych była kobieta, winowajca zdradzał jej wszystko w trakcie upojnej nocy. Dag stwierdziła wczoraj, że żaden z synów hrabiego jej się nie podoba, ale jeśli drogiej Inrze któryś wpadł w oko, to proszę bardzo. Inra zapytała tylko, czy jej wysokość chce mieć szczotkę do włosów wsadzoną tam, gdzie jeszcze nikt nigdy nie próbował się czesać.
I to zamykało wątek alkowiany.
Ich umiejętności też nie na wiele się zdawały. Daghena może i była plemienną wiedźmą ale jej duchy nie za bardzo mogły pomóc, gdy chodziło o szpiegowanie. Na dobrą sprawę nie potrafify nawet sprawdzić, o czym rozmawiają ludzie kilka pięter niżej. W tym zamku bardziej przydałaby się Lea, a nie Dag, i dziewczyna, którą czasem nachodziła ochota na iskanie się zębami.
Mimo wszystko z każdym dniem miały coraz gorsze przeczucia. Coś było bardzo nie w porządku. Cywras-der-Maleg ani nikt z jego rodziny – do cholery, nikt w całym zamku – nawet się nie zająknął o tym, że w górach giną ludzie. Jakby ta sprawa nie istniała. I nikt nie mruknął nawet słowa o tym, że Verdanno wykonali jakiś ruch. A przecież jeśli Wozacy podjęli wędrówkę przez góry, hrabia musiał o tym wiedzieć. Nie przydzielono im też strażników i – co było już naprawdę dziwne – od jakiegoś czasu przestano podsłuchiwać. Przynajmniej tak twierdziła Daghena, a do sprawdzania takich rzeczy jej talenty nadawały się wyśmienicie.
Więc teraz Kailean stała na korytarzu i wpatrywała się w ciemność, w której powoli rozpoznawała szarości jako drzwi, obrazy, wiszącą na ścianach broń, zejście po schodach. Jedynym dobrym elementem przedłużającej się wizyty było to, że dość dobrze poznała mieszkalną część zamku, istniała zatem szansa, że nie zgubi się całkowicie. Zresztą kiedy towarzyszył jej Berdeth, nie musiała się obawiać. Potrafiłaby wrócić do komnat, kierując się tylko węchem.
W ten sposób pomagała sobie również teraz, szukając dokumentów. Papierów, pergaminów albo chociaż woskowych tabliczek. Jedynym miejscem w zamku, gdzie widziała coś takiego, była osobista komnata hrabiego, wypełniona księgami. Jeśli der-Maleg był takim formalistą, za jakiego go uważała, to notował w tych księgach wszystko, łącznie z każdym bąkiem wypuszczonym przez najmniejszą owcę. Musiały się tam zatem pojawić także informacje o morderstwach, zniknięciach, podejrzanych osobnikach, niezwykłych wydarzeniach. Cokolwiek, co pozwoliłoby im udowodnić, przede wszystkim sobie, że nie spędziły tu czasu na darmo. Że nie zawiodły Szczurzej Nory, Besary i Laskolnyka.
Kailean wprost na koszulę nocną narzuciła ciemną sukienkę, bo tak mogłaby się ubrać służąca, którą księżniczka wysłała do spiżarni po wino. Oczywiście to wyjaśnienie zadziałałoby, tylko gdyby spotkała kogoś na korytarzu. Natomiast co powie, jeśli ktoś przyłapie ją w komnacie hrabiego... Lepiej, żeby do tego nie doszło.
Dla ludzkich uszu zamek był bardzo cichy. Żadnych kroków, szeptów, skrzypnięć drzwi. Wszyscy grzecznie spali w łóżkach, tylko na murach kilku strażników przechadzało się rytmicznym krokiem. To jednak wiedziała dzięki zmysłom wyczulonym przez Berdetha.
Komnatę, w której hrabia trzymał księgi, znalazła bez problemu. Drzwi nie były zamknięte, co właściwie jej nie zdziwiło. Kto miałby czas i ochotę, by grzebać się w opasłych tomiszczach, zawierających na swoich kartach, ile owiec i kóz hodują w danej wiosce? Szczerze mówiąc, ona też nie miała czasu, by robić to na miejscu. Plan zakładał, że znajdzie jedną dwie księgi odnoszące się do ostatnich lat i wróci z nimi do Dagheny. To było mniej niebezpieczne niż spędzenie połowy nocy tam, gdzie nie miała prawa przebywać.
Weszła i oparła się plecami o drzwi. Komnata pachniała kurzem, atramentem, starym papierem, winem i męskim potem. Widocznie hrabia mocno się irytował w czasie pracy. Pamiętała, którą półkę jej wskazał jako tę wypełnioną aktualnymi księgami. Oczywiście nie było mowy, by zabrała wszystkie, ale na szczęście mogła odczytać napisy na grzbietach – „Stada z północnych i zachodnich hal”, „Strzyże owiec”, „Wyrąb, składowanie i sprzedaż drzew”, „Drogi – cesarskie i nasze”, „Opłaty z dzierżaw”. Cywras-der-Maleg był naprawdę skrupulatny.