Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Demony Leningradu [calibre 3.42.0]
Demony Leningradu [calibre 3.42.0] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Demony Leningradu [calibre 3.42.0]

Электронная книга - «Demony Leningradu [calibre 3.42.0]». Краткое содержание книги:

Demony Leningradu [calibre 3.42.0]
1 ... 48 49 50 51 52 53 54 55 56 ... 86
Перейти на страницу:

Potarłem skronie, zaczynała mnie boleć głowa. Dosyć na dzisiaj, zdecydowałem. Zgasiłem lampę i rozebrałem się po ciemku. Czas spać. A gdybym nie mógł zasnąć, Natasza mi w tym pomoże...

Trąciłem w bok Kotuszewa – ruszyliśmy. Jak każdy żołnierz, chłopak korzystał z okazji, aby podłapać trochę snu. Tyle że mimo braku bezpośredniego zagrożenia sytuacja wymagała nieustannej czujności: ubezpieczaliśmy przejazd Konstantinowa przez Moskwę. Prawdopodobieństwo, że ktoś spróbuje zabić sportowca w biały dzień, na oczach setek mieszkańców stolicy było bliskie zera, ale lepiej na zimne dmuchać – kolejny trup mógłby nam narobić problemów. Ojczulek Stalin nie słynął z nadludzkiej cierpliwości... W dodatku niedawno zdjęto ze stanowiska generała Panfiłowa, zastąpił go niejaki Iliczow – były szef wydziału politycznego. Dymisję Panfiłowa spowodował rozkaz samego Gławkoma, a więc rzecz nie podlegała dyskusji. Poszło o tworzoną na naszym terytorium armię generała Andersa. Kiedy Polacy wymaszerowali do Iranu, odmawiając wysłania do walki nawet jednej dywizji, trzeba było znaleźć kozła ofiarnego. No i znaleziono – Panfiłowa. Chodziły słuchy o braku broni i wyżywienia dla Polaków, o dziesiątkujących ludzi Andersa chorobach, o uporczywym sabotowaniu wszelkich potrzeb andersowców. Do tego dochodziła sprawa zaginionych w ZSRR oficerów: Polacy obliczyli, że brakuje przynajmniej kilku, o ile nie kilkunastu tysięcy. Jednym słowem, Polacy nam nie ufali i wymknęli się, korzystając z okazji, a zapłacił za to generał Panfiłow. Dobrze, że nie głową...

– Stanęli przy restauracji – odezwał się Tima. – Teraz przejmie go Wiera.

Mruknąłem potakująco. Zgodnie z daną dziewczynie obietnicą pozwoliłem jej uczestniczyć w akcji. Udawała dziennikarkę lokalnej gazety, dzięki czemu mogła przebywać razem z Konstantinowem. Sportowiec, jak wielu jego kolegów, nie gardził sławą i nieustannie kokietował żurnalistów. No i dobrze, łatwiej będzie go chronić.

– Też bym coś zjadł – westchnął Kotuszew.

– Mógłbyś wykazać odrobinę komunistycznego samozaparcia – parsknąłem. – Przez ciebie i mnie burczy w brzuchu.

– Mój żołądek jest bezpartyjny – odparł chłopak wesoło.

Spojrzałem na niego ponuro i uchyliwszy okienko samochodu, wezwałem gestem Drozda. Ten dowodził obstawiającymi restaurację agentami.

– Tak, komandir? – spytał Pietka, udając, że przypala mi papierosa.

– Zorganizuj nam coś do żarcia – poleciłem. – Oni mogą tu siedzieć parę godzin.

– A my? – zainteresował się natychmiast. – My też możemy?

– Ilu was tam jest?

– Ośmiu. Chronimy go niczym prezydenta Stanów Zjednoczonych.

– Mam nadzieję, że lepiej – burknąłem. – Amerykanie któregoś nie upilnowali.

– To jak z tym jedzeniem?

– Możecie skorzystać z restauracji. Wchodzicie po dwóch, reszta zabezpiecza teren. Nie traćcie kontaktu wzrokowego z Wierą, widać ją przez szybę, więc to żaden problem.

– Tak jest! – odmeldował się ochoczo.

– I żadnego alkoholu! – syknąłem ostrzegawczo.

Drozd odpowiedział mi spojrzeniem zranionej sarenki, ale nie zaprotestował. Wiedziałem, że mnie posłucha, stawka była zbyt wysoka. Pewnie odrobina piwa nikomu by nie zaszkodziła, ale lepiej uważać, niewykluczone, że gdzieś w pobliżu kręci się i ekipa NKWD – sprawę ochrony Konstantinowa musieliśmy przekonsultować z towarzyszem Berią.

– Suchy prowiant! – rzucił z pogardą w głosie Kotuszew, dojadając dziesiątą chyba z kolei kanapkę. – Gdybyśmy zaszli do restauracji...

– Nie zajdziemy! – uciąłem marudzenie chłopaka. – A jak będziesz tyle żarł, to w końcu pękniesz.

– Jeszcze rosnę – poinformował mnie z niewinną miną.

– Naprawdę? O ile pamiętam, okres wzrostu trwa do dziewiętnastego czy dwudziestego roku życia. A wy, towarzyszu poruczniku, skończyliście niedawno dwadzieścia pięć.

– Medycyna nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa...

– Jeśli chodzi o takie wybryki natury jak ty? Z pewnością. Tylko że...

– Wychodzą! – poinformował Kotuszew, wpadając mi w słowo.

– Przygotuj się – rozkazałem.

Zawarczał silnik, przez siekane deszczem szyby obserwowaliśmy Konstantinowa. Sportowiec wsiadł do samochodu w towarzystwie Wiery i nieznanego mi mężczyzny, po czym cała ekipa odjechała spod restauracji.

– Kim jest ten facet? – spytałem.

– To dziennikarz – wyjaśnił Kotuszew. – Pisze felietony do „Komsomolskiej Prawdy”.

– Czyli to raczej nie on – mruknąłem.

– Na pewno nie. Myślę, że nasz morderca zaatakuje dopiero w nocy.

– Cóż, zobaczymy...

Wóz Konstantinowa skręcił w ulicę Puszkina, zatrzymał się przed hotelem dla aparatczyków średniego szczebla. Znaczy nie będzie tłoku. Na szczęście wiedziałem wcześniej, gdzie nasz podopieczny przenocuje, i umieściłem tam kilku ludzi udających personel. No i była jeszcze Wiera. Ubawiłem się nieźle, wysłuchując poprzedniego dnia nerwowych pytań panienki Turkuł dotyczących tego, jak bardzo ma się poświęcić sprawie ochrony Konstantinowa. Jak zrozumiałem, dziewczynie chodziło o spędzenie nocy w pokoju sportowca. Odetchnęła z ulgą, kiedy rozwiałem jej obawy. Nie żebym się spieszył z wyjaśnieniami. Pozwoliłem Wierze pocić się jakiś kwadrans: w końcu i mnie należy się odrobina rozrywki...

W oknie apartamentu Konstantinowa pojawił się stłumiony przez story niebieski blask – zaciemnienie nadal obowiązywało. Jeden z naszych ludzi zastąpił portiera na piętrze, gdzie umieszczono sportowca, naprzeciwko, drzwi w drzwi, rozlokowała się panna Turkuł, osobna ekipa zabezpieczała wszelkie wejścia na parterze, a my obserwowaliśmy hotel od zewnątrz. Zabójca nie ma żadnej szansy, aby dobrać się do Konstantinowa. Chyba że przenika przez ściany...

Pozostawało jedynie czekać. Zerknąłem na zegarek – dochodziła dwudziesta trzecia. Żeby tylko nie zasnąć... Co prawda nie spodziewałem się, że morderca opuści się po linie i wedrze do pokoju Konstantinowa przez okno, ale strzeżonego Pan Bóg strzeże. Wyszedłem z samochodu, zapinając guziki płaszcza – lato miało się ku końcowi, noce stały się chłodne. Minąłem dwóch „przypadkowych przechodniów”: całkiem nieźle imitowali pijacką burdę, znalazłem się na tyłach hotelu. Bardziej wyczułem, niż zobaczyłem Drozda, chłopak ukrył się za śmietnikiem. Znaczy wszyscy na stanowiskach, w pełnej gotowości. Mysz się nie prześliźnie. A jednak czułem irracjonalny w tej sytuacji niepokój. Coś jest nie tak, czegoś nie dostrzegłem, może przeoczyłem? Cóż, jakkolwiek by było – za późno na zmiany. Akcja w toku.

Stałem wpatrzony w dywan, słuchając wrzasków Generalnego Komisarza. Tuż obok prężył się na baczność Poliakow. Cóż, zasłużyliśmy: znaleziono kolejnego trupa. Konstantinow przespał noc spokojnie, nie przeczuwając nawet, że pilnuje go kilkanaście osób. Zamordowano za to niejakiego Zaworkiana – mistrza ZSRR w zapasach, poniekąd także siłacza... Gniew towarzysza Berii był zrozumiały, jednak odniosłem wrażenie, że kryje się pod nim coś jeszcze, w jego głosie wyczuwałem strach. Czyżbym czegoś nie wiedział? Wyczekałem, aż Genkom umilknie – w końcu musiał zaczerpnąć tchu – i zwróciłem się oficjalnie o pozwolenie na zabranie głosu. Beria spiorunował mnie spojrzeniem, ale po chwili wściekłego sapania wykonał przyzwalający gest.

1 ... 48 49 50 51 52 53 54 55 56 ... 86
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)