Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2005
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7469-032-4
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]». Краткое содержание книги:
— Kocioł, mowa tu o cudzie? — upewnił się w końcu Reg. — Czy tylko o bardzo powolnym procesie trawiennym?
— Lepiej byś uczynił, martwiąc się o stan swojej duszy nieśmiertelnej, niż robiąc sobie żarty — odparł surowo funkcjonariusz Wizytuj.
— Właściwie to martwi mnie raczej stan mojego nieśmiertelnego ciała.
— Mam tutaj ulotkę, która przyniesie ci znaczną…
— Kocioł, czy jest dość duża, żeby z niej zrobić stateczek, który nas wszystkich uratuje?
Funkcjonariusz Wizytuj wykorzystał okazję.
— Aha. Tak, metaforycznie rzecz ujmując, jest…
— Czy ten statek nie ma szalupy ratunkowej? — wtrąciła pospiesznie Cudo. — Jestem pewna, że ją widziałam, kiedy wchodziliśmy na pokład.
— Tak… szalupa… — mruknął Detrytus.
— Ktoś chce sardynkę? — zaproponowała krasnoludka. — Udało mi się otworzyć puszkę.
— Szalupa… — powtórzył Detrytus. Mówił jak ktoś odkrywający niemiłą prawdę. — Takie coś… dużego ciężkiego, co by nas spowalniało…?
— Tak. Widziałem ją, na pewno — oświadczył Reg.
— Tak… Była taka… — przyznał Detrytus. — To szalupa, tak?
— A już przynajmniej powinniśmy dopłynąć w jakieś osłonięte miejsce i rzucić kotwicę.
— Tak… kotwica — mruczał Detrytus. — To takie duże coś z takimi niby-hakami, tak?
— Oczywiście.
— Ciężkie coś?
— Naturalnie!
— Dobra. I… no… gdyby ktoś ją rzucił już dawno, z powodu, że była ciężka, to pewnie teraz nic by nie pomogło?
— Niespecjalnie.
Reg wyjrzał z ładowni. Niebo pokrywał przecinany ognistymi zygzakami brudnożółty dywan. Gromy huczały bez przerwy.
— Ciekawe, jak nisko spadł barometr — powiedział.
— Na samo dno — odparł ponuro Detrytus. — Możesz mi wierzyć.
Ostrożne otwieranie drzwi leżało w naturze D’regów. Zwykle po drugiej stronie stał wróg. Wcześniej czy później.
Zobaczył obrożę. Leżała na podłodze tuż obok niewielkiej fontanny wody, ciurkającej z kadłuba. Zaklął cicho.
Odczekał chwilę, a potem szybko pchnął drzwi. Stuknęły o ścianę.
— Nie chcę ci zrobić krzywdy — powiedział do mroku zęzy. — Gdybym miał taki zamiar, już byś…
Żałowała, że nie użyła formy wilka. Z wilkiem nie miałaby żadnych kłopotów — ale to właśnie był główny kłopot. Łatwo by wygrała, lecz potem byłaby nerwowa i wystraszona. Człowiek potrafi to opanować. Wilk niekoniecznie. Reagowałaby błędnie, panicznie, zwierzęco…
Popchnęła go mocno, zeskakując na podłogę znad drzwi, przekoziołkowała w tył, zatrzasnęła kajutę i przekręciła klucz.
Miecz przebił deski jak gorący nóż ciepły smalec.
Ktoś syknął tuż obok. Odwróciła się i zobaczyła dwóch ludzi trzymających sieć. Zarzuciliby ją na wilka. Ale nie spodziewali się nagiej kobiety. Nieoczekiwane pojawienie się nagiej kobiety zawsze skłania do przemyślenia najbliższych planów.
Kopnęła obu, mocno, i pobiegła w przeciwnym kierunku. Otworzyła pierwsze z brzegu drzwi, wpadła do środka i zatrzasnęła je za sobą.
To była kajuta z psami. Poderwały się, otworzyły pyski… i opadły znowu. Wilkołak posiada znaczną władzę nad innymi zwierzętami, niezależnie od formy, jaką przybrał. Co prawda jest to głównie władza nakazująca im kulić się i wyglądać na niejadalne.
Przebiegła obok psów i szarpnęła zasłonę nad koją.
Leżący tam mężczyzna otworzył oczy. Był Klatchianinem, ale bladym z bólu i osłabienia. Miał cienie pod oczami.
— Ach, umarłem — powiedział. — Umarłem i trafiłem do raju. Czy jesteś houri?
— Nie mam ochoty słuchać takich wyrażeń, bardzo dziękuję — odparła Angua. Wypraktykowanym ruchem rozdarła zasłonę na dwie części.
Miała niewielką przewagę nad męskimi wilkołakami — nagie kobiety rzadziej powodowały narzekania. Niestety, otrzymywały czasem bardzo stanowcze propozycje. Jakieś okrycie było więc niezbędne dla zachowania skromności i uniknięcia niewygodnych awansów. Dlatego przygotowanie prowizorycznego ubrania z czegokolwiek, co znalazło się pod ręką, stanowiło jedną z mniej znanych, ale ważnych umiejętności wilkołaków.
Angua znieruchomiała. Dla niewprawnego oka wszyscy Klatchianie wyglądają tak samo, lecz w końcu dla wilkołaka wszyscy ludzie też wyglądają tak samo — apetycznie. Ale ona umiała rozróżniać.
— Jesteś księciem Khufurahem?
— Tak. A ty…?
Ktoś kopniakiem otworzył drzwi. Angua skoczyła do okna i odrzuciła na bok sztabę blokującą okiennice. Strumień wody chlusnął do kajuty, zdołała jednak wspiąć się i wyjść na zewnątrz.
— Tylko przechodziłaś? — wymamrotał książę.
71-godzinny Ahmed podszedł do okna i wyjrzał. Wokół rozkołysanego statku pieniły się obramowane ogniem błękitnozielone fale. Nikt nie zdołałby się utrzymać na powierzchni.
Odwrócił głowę i spojrzał na burtę, gdzie Angua trzymała się zwisającej liny.
Zobaczyła, że do niej mrugnął. Potem odwrócił się i usłyszała jego słowa:
— Musiała utonąć. Wracajcie na stanowiska.
Po chwili na pokładzie trzasnął właz.
Słońce wzeszło na bezchmurnym niebie.
Patrzący, gdyby znalazł się w tamtym miejscu, dostrzegłby na maleńkim obszarze morza niewielką różnicę w ruchu fal.
Mógłby się nawet zastanowić nad kawałkiem wygiętej rury, która obracała się z cichym zgrzytem.
Gdyby zdołał przyłożyć do niej ucho, usłyszałby słowa:
— …pomysł podczas drzemki. Kawałek rury, dwa ukośne lusterka… Rozwiązanie naszych kłopotów z powietrzem i ze sterowaniem!
— Fascynujące. Rura do patrzenia, przez którą można oddychać.
— Na bogów! Skąd wiedziałeś, panie, że tak się nazywa?
— Zgadłem przypadkiem.
— Zaraz… Ktoś przerobił moje siedzenie przy pedałach! Jest teraz wygodne!
— A tak, kapralu. Zrobiłem kilka pomiarów, kiedy spaliście, i przebudowałem siodło, nadając mu lepszą konfigurację anatomiczną…
— Robiłeś pomiary?
— Tak, ja…
— A co z moimi regionami… siodłowymi?
— Proszę, nie ma się czym niepokoić, anatomia jest jedną z moich pasji…
— Naprawdę? To może na początek przestaniesz się pasjonować moją…
— Hej, widzę tam jakąś wyspę!
Rura przekręciła się z piskiem.
— Ach, to Leshp. Widzę ludzi. Do pedałów, panowie. Zbadajmy dno oceanu…
— Na pewno je poznamy, z nim przy sterach…
— Cicho bądź, Nobby.
Rura skryła się pod falami. Wypłynęła chmura bąbelków i dała się słyszeć wilgotna dyskusja, czyim zadaniem powinno być wkładanie korka. Po chwili kawałek morza, dotąd całkiem pusty, stał się jakoś jeszcze puściejszy.
Nie było żadnych ryb.
W takich chwilach Twardziel Jackson byłby gotów zjeść nawet ciekawą mątwę.
Ale morze było puste. I niedobrze pachniało. Musowało cicho. Twardziel Jackson widział rozpryskujące się na powierzchni bąbelki cuchnące siarką i zepsutymi jajami. Zgadywał, że wynurzenie nowego lądu musiało poruszyć bardzo dużo mułu. Efekt byłby fatalny nawet na dnie stawu, z tymi wszystkimi żabami, robalami i czym tam jeszcze, a tutaj przecież chodziło o morze…
Próbował zawrócić te myśli, ale wynurzały się z głębin jak… jak…
Dlaczego nie ma ryb? Owszem, w nocy szalał sztorm, ale zwykle w tych okolicach łatwiej się łowi po burzy, gdyż… przywołuje…
Tratwa się zakołysała.