Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
- Автор: Буджолд Лоис Макмастер
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 3-7337-142-7
- Переводчик: Lukasz Praski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:
— Powiem — rzekła cicho Bothari-Jesek. Illyan bez słowa skinął głową.
Drzwi otworzyły się z sykiem. Elena Bothari-Jesek wyszła długim krokiem, nie oglądając się nawet za siebie, by sprawdzić, czy idzie za nią Mark, który co pięć kroków musiał podbiegać, by za nią nadążyć.
Jego kabina na pokładzie kurierskiej jednostki CesBezu okazała się jeszcze ciaśniejsza i bardziej przypominała celę niż tamta na „Peregrinie”. Bothari-Jesek zamknęła go i zostawiła samego. Nie miał tu żadnego urządzenia pokazującego czas, a jego kontakt z ludźmi został ograniczony do krótkich chwil wydawania racji żywnościowych, trzy razy dziennie; kabinę wyposażono we własny sterowany komputerowo system dozowania jedzenia, połączony pneumatycznie z jakimś centralnym magazynem. Znów przejadał się nałogowo, choć nie był już pewien po co; odnajdował w tym natomiast przedziwne połączenie otuchy i autodestrukcji. Ale śmierć z powodu otyłości mogła go czekać dopiero za wiele lat, tymczasem miał przed sobą jedynie pięć dni.
Ostatniego dnia jego ciało zmieniło strategię i zaczął bardzo chorować. Udało mu się utrzymać to w tajemnicy aż do wyprawy na dół w wahadłowcu pasażerskim, ale zdumiewająco miły i współczujący strażnik CesBezu uznał to za zaburzenia spowodowane stanem nieważkości, może dlatego, że sam także odczuwał lekkie dolegliwości związane z podróżą. Ów wesoły człowiek natychmiast przyłożył mu do szyi plaster przeciw mdłościom, który wyciągnął z podręcznej apteczki ściennej.
Plaster miał również działanie uspokajające. Serce Marka zwolniło rytm i spokojnie biło do momentu lądowania, później przesiedli się do zamkniętego wozu naziemnego. Strażnik z kierowcą zajęli przedni przedział, a Mark siedział z tyłu naprzeciw Bothari-Jesek. Tak pokonali ostatni etap koszmarnej podróży z wojskowego kosmoportu do centrum Vorbarr Sultany. Serca Cesarstwa Barrayaru.
Bothari-Jesek uniosła głowę dopiero wówczas, gdy z ponurych rozmyślań wyrwało ją rzężenie przypominające atak astmy.
— Co się z tobą dzieje? — Złapała go za rękę i zmierzyła oszalały puls. Mark był zlany zimnym potem.
— Jestem chory — wykrztusił, a gdy zmierzyła go zirytowanym spojrzeniem, które mówiło „przecież widzę”, przyznał: — Boję się. — Sądził, że największego strachu, jakiego może doświadczyć człowiek, zaznał pod ostrzałem sił Bharaputry, ale to było nic w porównaniu z dławiącym przerażeniem, które powoli ogarniało całe jego ciało, i poczuciem całkowitej bezradności wobec losu, jaki go czekał.
— Czego się boisz? — zapytała z nutką pogardy w głosie. — Nikt ci tu nie zrobi krzywdy.
— Komandorze, oni mnie zabiją.
— Kto? Lord Aral i lady Cordelia? Bardzo wątpliwe. Jeżeli z jakiegoś powodu nie uda się nam odzyskać Milesa, możesz zostać następnym księciem Vorkosiganem. Na pewno wziąłeś to pod uwagę.
W ten sposób uzyskał odpowiedź na gnębiące go od dawna pytanie. Kiedy zemdlał, rzeczywiście zaczął oddychać automatycznie, bez udziału woli. Zamrugał, pozbywając się zasnuwającej oczy czarnej mgły, odtrącił dłonie Bothari-Jesek, która usiłowała rozluźnić mu ubranie i sprawdzić, czy nie połknął języka. Zabrała z pokładu kilka plastrów przeciw nudnościom i teraz trzymała jeden niepewnie. Dał jej znak, by mu go przyłożyła. Pomogło.
— Jak ci się wydaje, kim oni są? — spytała ostro, gdy jego oddech zaczął się wyrównywać.
— Nie wiem. Ale na pewno poważnie się na mnie wkurzą.
Najgorsza była świadomość, że wcale nie musiało być aż tak źle. Przed katastrofą w Obszarze Jacksona teoretycznie mógłby tu przybyć w każdej chwili i przywitać się z Vorkosiganami. Ale wcześniej pragnął stanąć na powierzchni Barrayaru, dyktując własne warunki. Jak gdyby chciał wziąć szturmem niebo. Próbował poprawić swoją sytuację, lecz pogorszył ją tak, że nie sposób bardziej.
Bothari-Jesek spoglądała na niego skonsternowana.
— Naprawdę jesteś śmiertelnie przerażony — powiedziała tonem, jakby ogłaszała jakąś rewelację, przez co omal nie zawył. — Marku, lord Aral i lady Cordelia na pewno przyjmą cię przychylnie i bez uprzedzeń, ale musisz grać swoją rolę.
— Jaka będzie moja rola?
— Właściwie… nie wiem — przyznała.
— Dzięki, bardzo mi pomogłaś.
Zaraz potem znaleźli się na miejscu. Samochód przemknął przez wiele bram i zbliżył się do wielkiej rezydencji zbudowanej z kamienia. Budynek pochodził z czasów Izolacji, kiedy nie było jeszcze elektryczności, wskutek czego Mark odniósł wrażenie, że to jakaś baśniowy zamek sprzed wieków. Zabytki podobnej architektury, jakie widział w Londynie, miały jednak dobrze ponad tysiąc lat, a ten najwyżej sto pięćdziesiąt. Dom Vorkosiganów.
Uniósł się dach i Mark z trudem wysiadł w ślad za Bothari-Jesek. Tym razem zaczekała na niego. Chwyciła go mocno za przedramię, jak gdyby się obawiała, że może upaść albo uciec. Przeszli przez miłą i ciepłą plamę słońca i wkroczyli w chłodny półmrok dużego holu wyłożonego białymi i czarnymi kamieniami, którego centralną część zajmowały szerokie kręte schody. Ile razy Miles przekraczał ten próg?
Bothari-Jesek była jakby agentką jakiejś złej wróżki, która porwała ukochanego Milesa, a na jego miejscu postawiła tego bladego, opasłego odmieńca. Zdusił w sobie histeryczny chichot, a drwiący głos w jego głowie zawołał: Cześć mamo, cześć tato, wróciłem… Naturalnie, tą złą wróżką był on.
ROZDZIAŁ DWUNASTY
W holu wejściowym powitało ich dwóch służących odzianych w liberie w brązowosrebrnych barwach Vorkosiganów. W domostwie wysoko postawionego Vora nawet służba występowała w roli wojska. Jeden z nich poprowadził Elenę Bothari — Jesek na prawo. Mark mógłby się rozpłakać. Wprawdzie Bothari — Jesek gardziła nim, lecz przynajmniej znał ją. Pozbawiony wszelkiego wsparcia i bardziej samotny niż w ciemnej, zamkniętej kabinie, ruszył za drugim służącym w lewo przez drzwi i korytarz o łukowym sklepieniu.
Dawno temu, gdy uczył go Galen, Mark nauczył się na pamięć planu Domu Vorkosiganów, wiedział więc, że kierują się do pokoju zwanego Pierwszym Salonem, przedsionka ogromnej biblioteki rozciągającej się przez całą szerokość domu, od frontowej do tylnej ściany. Pomyślał, że według norm Domu Vorkosiganów jest to stosunkowo przytulne pomieszczenie, choć wysoki sufit nadawał mu ton chłodny i surowy charakter. W jednej chwili zapomniał jednak o szczegółach architektonicznych, gdy ujrzał siedzącą na wyściełanej kanapie kobietę, która na niego czekała.
Była wysoka, ani szczupła, ani tęga — miała typową dla średniego wieku mocną budowę ciała. Rude włosy przetykane pasemkami naturalnej siwizny zebrała w skomplikowany węzeł z tyłu głowy, dzięki czemu lepiej odznaczały się kości policzkowe, zarys szczęki i bystre szare oczy. Siedziała w raczej wystudiowanej pozie, która sugerowała spokój i opanowanie. Miała na sobie beżową bluzkę z miękkiego jedwabiu, szarfę z wyszytym wzorem, który, jak sobie uświadomił Mark, był identyczny z tym na ukradzionej przez niego szarfie, oraz jasnobrązową spódnicę do połowy łydki i buty na koturnie. Nie nosiła żadnej biżuterii. Spodziewał się bardziej ostentacyjnego, onieśmielającego przepychu, jaki cechował publiczny wizerunek księżnej Vorkosigan zapamiętany z holowidów, na których zarejestrowano przebieg oficjalnych zgromadzeń i przyjęć. A może miała tak silne poczucie władzy, że nie musiała jej w żaden sposób podkreślać? Mark nie dostrzegał podobieństwa fizycznego między nią a sobą. No, z wyjątkiem koloru oczu. I bladości skóry. Może jeszcze podobnie zarysowanego grzbietu nosa. Linie szczęki charakteryzowała pewna symetria, niewidoczna na holowidach…