Biały smok [The White Dragon - pl]
- Автор: Маккефри Энн
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-890-6
- Переводчик: Anna Wojtaszczyk
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Biały smok [The White Dragon - pl]». Краткое содержание книги:
Nadchodzi, powtórzył pochylając bark tak, żeby Jaxom mógł zsiąść.
Nagle Jaxoma opadły sprzeczne pożądania i wątpliwości, Pełne złości uwagi Mirrim odbijały się echem w jego głowie. Ruth porządnie przekroczył już wiek, w którym smoki się parzyły, a przecież…
Nadchodzi i jest dla ciebie dobra. Jeżeli jest dobra dla ciebie, to jest to dobrze dla mnie, powiedział Ruth. Dzięki niej czujesz się szczęśliwy i rozluźniony i to jest dobre. Od tego słońca mnie tu jest też dobrze i radośnie. Idź.
Zaskoczony siłą głosu swojego partnera, Jaxom wpatrzył się w oblicze Rutha. Oczy smoka wirowały łagodnie, błękitem i zielenią zadowolenia, stojącymi w sprzeczności z mocą jego głosu.
A potem Corana doszła do ostatniego zakrętu na ścieżce prowadzącej ku rzece i zobaczyła go. Upuściła swój koszyk rozsypując bieliznę i podbiegła, obejmując go tak niepohamowanie i całując jego twarz i szyję z tak nieopanowanym zachwytem, że wkrótce był zbyt zajęty, żeby o czymkolwiek myśleć.
12.
Warownia Ruatha, gospodarstwo Fidella, Opad Nici, 15.7.6
Niełatwo było utrzymać coś w tajemnicy przed własnym smokiem. Jeżeli Jaxom chciał, żeby Ruth sobie z czegoś nie zdawał sprawy, to bezpiecznie mógł o tym myśleć niemal wyłącznie albo późno w nocy, kiedy jego przyjaciel już głęboko zasnął, albo rano, jeżeli przypadkiem obudził się wcześniej od niego. Nieczęsto zdarzało się, by musiał osłaniać swoje myśli przed Ruthem, co jeszcze bardziej komplikowało i hamowało całą sprawę. No i jeszcze to tempo Jaxomowego żywa — nudne już teraz ćwiczenia ze skrzydłem młodych jeźdźców, pomaganie Lytolowi i Brandowi w przygotowaniu Warowni do prac letnich, żeby już nie wspomnieć o wyprawach do Gospodarstwa Na Płaskowyżu — wszystko to powodowało, że Jaxom zasypiał, jak tylko podciągnął sobie futra na ramiona. Rano często wyciągał go z łóżka Tordril czy jakiś inny wychowanek, żeby mógł ciążyć na czas na jakieś umówione spotkanie.
Niemniej problem dojrzewania Rutha coraz to w różnych niedogodnych chwilach pojawiał się w Jaxomowych myślach i musiał on go rygorystycznie tłumić, żeby najmniejszy cień niepokoju nie doszedł do jego smoka.
Dwukrotnie w Weyrze Fort jakaś napalona zielona smoczyca wzniosła się do lotu, ścigana przez te brunatne i błękitne smoki, które czuły się na siłach lecieć za nią. Za pierwszym razem Jaxom był akurat w samym środku musztry i tylko przypadkiem zauważył ten lot odbywający się powyżej i w pewnym oddaleniu od ich skrzydła. Musiał gwałtownie oderwać od nich uwagę, bo Ruth zupełnie się nie przejął i kontynuował manewr skrzydła. Musiał chwycić rzemienie bojowe, żeby utrzymać się na miejscu.
Za tym drugim razem Jaxom i Ruth znajdowali się na ziemi, kiedy wrzaski godowe zielonej smoczycy, wykrwawiającej swoją zdobycz, zaskoczyły Weyr. Pozostali młodzi jeźdźcy byli na tyle niedojrzali, że ich to nic nie obchodziło, ale nauczyciel przez dłuższą chwilę spoglądał w kierunku Jaxoma. I nagle Jaxom zdał sobie sprawę, że Knebel w oczywisty sposób zastanawia się, czy obydwaj z Ruthem mają zamiar dołączyć do jeźdźców oczekujących na to, by zielona smoczyca wystartowała.
Jaxoma zalała taka gama emocji — niepokój, wstyd, oczekiwanie, niechęć i czysta groza — że Ruth aż stanął dęba, rozpościerając w popłochu skrzydła.
Co cię tak zdenerwowano? — zapytał Ruth, przysiadając z powrotem na ziemi i wyginając szyję, by przyjrzeć się swemu jeźdźcowi oczami wirującymi w żywej reakcji na emocje Jaxoma.
— Nic mi nie jest, nic mi nie jest — powiedział Jaxom pospiesznie, gładząc Rutha po głowie i rozpaczliwie pragnąc zapytać, czy Ruth choć trochę ma ochotę wznieść się do lotu z zieloną smoczycą, oraz przytłumionym szeptem wyrażając nadzieję gdzieś w głębi siebie, że nie!
Z wyzywającym warknięciem zielona smoczyca uniosła się w powietrze, a kiedy błękitne i brunatne smoki ruszyły za nią, powtórzyła swoje szydercze wyzwanie. Była szybsza, lżejsza od każdego ze swoich ewentualnych partnerów, jej możliwości wzmogła gotowość seksualna, więc znacznie się oddaliła, zanim pierwszy samiec wzbił się w powietrze. A potem wszystkie samce ruszyły za nią w pogoń. Na terenie polowań jeźdźcy opletli ciasną grupą jeźdźczynię zielonej. Aż za szybko rzucająca wyzwanie smoczyca i ścigające ją smoki zmaleli do rozmiaru punkcików na niebie. Jeźdźcy na wpół biegli, na wpół zataczali się do Niższych Jaskiń i sali tam zarezerwowanej.
Jaxom nigdy nie był jeszcze świadkiem godowego lotu smoków. Przełknął próbując zwilżyć swoje wyschnięte gardło. Czuł dudnienie serca i krwi, i takie napięcie, jakiego zwykle doświadczał, tylko, gdy tulił smukłe ciało Corany. Zaczął się nagle zastanawiać, który smok złapał w locie Mirrimową Path, który jeździec…
Na dotknięcie swojego ramienia podskoczył i krzyknął.
— Jeżeli nawet Ruth nie jest gotów do lotu, to ty bez wątpienia jesteś, Jaxomie — powiedział K’nebel. Nauczyciel młodych jeźdźców podniósł wzrok w górę śledząc dalekie punkciki na niebie. — Lot godowy zielonej smoczycy może człowieka wyprowadać z równowagi. — Knebel miał wyrozumiały wyraz twarzy. Skinął głową w kierunku Rutha. — Nie był zainteresowany? No cóż, daj mu trochę czasu! I już lepiej idź. Musztra na dziś i tak była niemal skończona. Muszę tylko gdzieś znaleźć jakieś zajęcie dla tych co młodszych, kiedy któryś smok dopadnie tę zieloną.
Wtedy Jaxom zdał sobie sprawę, że reszta skrzydła się rozproszyła. K’nebel klepnął zachęcająco Jaxoma po plecach i odszedł do swojego spiżowego smoka, zwinnie go dosiadł i przynaglił bestię, by zabrała ich w górę do Weyru.
Jaxom pomyślał o unoszących się na niebie bestiach. Mimo woli pomyślał o ich jeźdźcach w wewnętrznej sali, sprzężonych ze swoimi smokami w emocjonalnej walce, która dawała w wyniku wzmocnienie i zacieśnienie ogniw łączących smoki i jeźdźców. Jaxom pomyślał o Mirrim. I o Coranie.
Z jękiem skoczył na kark Rutha, uciekając przed naładowaną emocjami atmosferą Weyru Fort, usiłując uciec przed nagłym uświadomieniem sobie tego, co prawdopodobnie zawsze wiedział o jeźdźcach, ale co dopiero tego ranka naprawdę do niego doszło.
Miał zamiar udać się nad jezioro, zanurzyć się w jego zimnych wodach i pozwolić, by ten lodowaty szok uleczył jego ciało i ochłodził mękę w umyśle. Ale zamiast tego Ruth zabrał go do Gospodarstwa Na Płaskowyżu.
— Ruth! Nad jezioro! Zabierz mnie nad jezioro!
W tej chwili lepiej dla ciebie będzie, żebyś się znalazł tutaj, brzmiała zdumiewająca odpowiedź Rutha. Jaszczurki ogniste mówią, że ta dziewczyna jest na górnym polu.
I znowu Ruth przejął inicjatywę, szybując w stronę pola, gdzie falowało młode zboże, jaskrawozielone w południowym słońcu, gdzie Corana sumiennie okopywała brzegi pola zarastające pnączami, które groziły zadławieniem plonów.
Ruthowi udało się wylądować na wąziutkim pasie pomiędzy zbożem a murem. Corana, przychodząc do siebie po zaskoczeniu spowodowanym jego tak niespodzianym przybyciem, pomachała na powitanie. Zamiast rzucić się pędem w jego stronę, jak to zwykle robiła, przygładziła włosy i otarła pokrytą kropelkami potu twarz.