Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #2
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
Czym różnię się od van Dykena i innych? Nie jestem naukowcem. Brakuje mi analitycznego podejścia do świata. Skłonności do szukania uproszczonych, modelowych wyjaśnień. W pewnym sensie nieodróżniania modelu od rzeczywistości. Upodobania do budowania teorii. Szufladkowania. Utrzymywania umysłu w świecie abstrakcji. Przez całe życie napędza mnie adrenalina. Przeżywanie, a nie analizowanie. Jestem przywiązany do dosłowności. Wydarzeń, ludzi i miejsc. Tym żyję. Mój stosunek do świata jest w gruncie rzeczy kontemplacyjny. Jestem prostym człowiekiem. Dysponuję też inną wiedzą. Mniej bogatą, mniej uporządkowaną i pewnie w ogóle mniejszą. Tyle, że to, co robi mój przyjaciel czarodziej z Amsterdamu, nie wydaje się rozumne. Chyba że stoi za tym właśnie jakaś teoria, na którą jestem za głupi. Wysublimowany, filozoficzny punkt widzenia, o którym godzinami można opowiadać żargonem pełnym „symulakr", „derywatów", „modalności" i „desygnatów pojęciowych", a który sprowadza się w praktyce do prymitywnego poniewierania ludźmi, tyranii i kompleksu władzy. Czasy, w których wiedza była funkcją mądrości, dawno minęły. Teraz to jest labirynt sprzecznych poglądów obracających się na wysokim poziomie abstrakcji, w którym „model modelu" to przedszkole. Czy to jest mechanizm niezbędny do tego, żeby zostać magiem?
Patrzę na podkowę.
Nocami rzeczywiście słyszę dziwne dźwięki. Jakieś zawodzenia dobiegające jak spod ziemi. Szepty, klątwy, złorzeczenia i szlochy. Czasem krzyki.
Nie przejmuję się tym. Zamykam się w swojej łaźni, zabierając kaganek, trochę drewna na opał i dzban z piwem.
Podejrzewam, że to Bondswif hałasuje w pijackim widzie lub ogląda magiczny odpowiednik telewizji. Niektóre dni zaczyna od wysączenia dzbana na śniadanie, a potem doprawia się na zmianę miodem i piwem, więc po południu kiwa się tylko przy palenisku z obwisłą wargą i byczymi oczami, nie mogąc ustać na nogach.
Ja tymczasem ćwiczę telekinezę, pozostając na lekcji pierwszej: „poruszanie przedmiotów w weekend" i zaczynam się martwić stanem swojego umysłu. Zaczynam bowiem śnić o podkowie.
Śnię o tym, że zaczyna się poruszać, lecz te sny nie przynoszą odpowiedzi na pytanie „jak". W efekcie nie przynoszą też ukojenia.
Kolejnego dnia trafiam na awanturę.
Ludzie przychodzą, kiedy jestem na zewnątrz. Nie widzą mnie, a Bondswif nie ma czasu zaganiać mnie do chaty.
Czterech mężczyzn nienależących do narodu Ludzi Węży. Są uzbrojeni i wściekli, ale tak, powiedziałbym, cywilnie. To nie jest wyprawa wojenna. Zostają grzecznie na kempingowym placyku przed palisadą menhirów, lecz chodzą nerwowo tam i nazad, ignorując Gliffnaka odstawiającego przy słupach cały program „rozjuszony małpolud".
Bondswif Oba Niedźwiedzie wychodzi im na spotkanie w swoim rynsztunku, hełmie i z kosturem w ręku, jednak rozmowa przebiega inaczej niż zwykle. Jeden z mężczyzn stoi tuż przy menhirach, z kciukami wetkniętymi za pas, czerwony na twarzy od wstrzymywanej wściekłości.
Zabiera z ręki jednego z towarzyszy jakiś totem: plątaninę sznurków, kości i piór, po czym z rozmachem ciska go Bondswifowi pod nogi. Mówi szybko, połykając głoski, więc rozumiem piąte przez dziesiąte.
Dociera do mnie „trzy czarne jałówki". A potem „zabili mi syna".
— Ofiara z jałówek ochroniła twoje kobiety, głupcze! — cedzi Bondswif z pełną godnością pijaka, dumnego z faktu, że może się nie zataczać, jeśli tylko zechce. — Chciałeś chronić synów, to trzeba było ofiarować byka.
— Mam dziesięć byków! — woła rozjuszony mężczyzna. — A gdyby było trzeba, zdobyłbym i sto, gdybyś to powiedział! Mówiłeś „jałówki"!
Dalszych kwestii nie rozumiem, ale to przypuszczalnie przekleństwa.
Awantura trwa jeszcze jakiś czas, aż przywódca nagle wysikuje się na najbliższy menhir, spluwa na ziemię i wszyscy odchodzą.
Po kilku krokach jeden z nich odwraca się, podbiega truchtem trzy kroki i robi zamach ramieniem.
Oszczep wzbija się po pięknej paraboli, Bondswif nieruchomieje, patrząc z otwartymi oczami, a ostrze przebija bok Gliffnaka.
Trwa to sekundę.
Rozlega się przeraźliwy skowyt, stwór zwija się gwałtownie, szarpiąc drzewce, lecz oszczep przebija go na wylot. Yeti sięga za plecy, łamie drzewce tuż poniżej ostrza, wyciąga je z rany. Odpełza pod ścianę skalną, gdzie okłada ranę garściami śniegu. Patrzę, jak ciemna krew wsiąka w prowizoryczny kompres, ale jest jej mniej niż można by się spodziewać. Chyba nie jest z nim tak źle. Grot przebił głównie skórę i chyba prześlizgnął się po żebrach. Yeti krwawi, jednak nie kaszle różową pianą, nie dusi się, nie ma objawów odmy płucnej.
Bondswif nadal stoi zupełnie nieruchomo, wreszcie okręca się na pięcie i wraca do chaty.
— Dlaczego nie odepchnąłeś oszczepu? — pytam. Bondswif siedzi na swoim miejscu przy palenisku i patrzy ponuro w skłębiony fetysz, który ciśnięto mu pod nogi.
— Zamilcz — cedzi z ledwo hamowaną wściekłością. — Kim jesteś, żeby mnie pouczać?
A potem nagle odwraca się w stronę wiecznie zamkniętych drzwi.
— Nie! — krzyczy z uporem. — Milcz! Milcz i zdechnij wreszcie!
Na stole pod ścianą leży pieczona sarnia giez. Jest zimna i ponadkrawana. Nie pytając o pozwolenie, odłamuję kawałek z samego końca, piszczel ze sporym kawałkiem mięsa, zabieram jeszcze dzban, który napełniam z ustawionej na krzyżakach beczułki, i bez słowa wracam do swojej podkowy.
Patrzę na podkowę. Ogryzam mięso, popijam piwem i siedzę na szorstkiej skórze, patrząc na podkowę.
Podkowę, która nagle zaczyna się poruszać.
Najpierw kiwa się na boki lekko, a potem coraz silniej. Zastygam z zębami wbitymi w mięso, z dzbanem w drugim ręku, a podkowa dynda coraz mocniej. Chcę zawołać Bondswifa, ale nie mogę wydobyć głosu. Boję się, że zjawisko nagle ustanie.
Tym bardziej, że nic nie czuję. Nie wysilam się, nie jestem skoncentrowany, nie popycham jej wzrokiem. Po prostu patrzę, a podkowa kołysze się na rzemieniu.
Ostrożnie myślę, żeby zmienić jej kierunek, i widzę, jak kawał żelaza lekko zwalnia, a potem wahadłowy ruch dostaje fluktuacji, podkowa zaczyna majtać się po elipsie, następnie po okręgu, a później zaczyna kiwać się w moją stronę. Ruch pogłębia się, muszę odchylić głowę, wreszcie się odsunąć, żeby nie dostać w twarz.
Spoglądam w bok i widzę, że Bondswif Oba Niedźwiedzie wygląda jak słup soli. Nie jest zdziwiony ani poruszony moim talentem. Bondswif Oba Niedźwiedzie jest przerażony. Ma pobladłą, spopielała twarz, półotwarte usta i wybałuszone oczy. Kręci lekko głową, jakby czemuś zaprzeczał, po czym zaczyna się cofać.
Znowu zmieniam kierunek kiwania się podkowy, bo ruch w przód i tył jest zbyt uciążliwy. Zaraz ciężkie żelazo trafi mnie w czoło.
Pieśniarz stoi osłupiały przez jakiś czas, siada niepewnie, chwyta kurczowo swój róg i dzbanek. Okucie rogu bębni o wylew dzbana, potem o zęby mojego mistrza.
— Poruszyłem podkowę — powiadam niezbyt odkrywczo. — Co teraz?
Przychodzi mi do głowy, że teraz każe rozbujać kowadło.
Otwiera usta, zamyka oczy i potrząsa przecząco głową. Mamroce coś w rodzaju „Nie... Nie, odejdź!" i obejmuje róg troskliwie obiema dłońmi.
W chacie nagle robi się zimno. Spoglądam odruchowo w stronę drzwi, potem na wrota prowadzące do jaskini, ale są zamknięte.
Ptaki zaczynają krzyczeć, słyszę klekocące i dzwoniące wokół fetysze. Coś się przewraca. Po chwili słyszę szczęk i widzę, że róg toczy się po ziemi.