Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #1
- Год: 2005
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Żyję.
Drżą mi nogi i w zasadzie nie pamiętam, co się stało.
Słyszę charkot.
To ten, który siedział pod ścianą, a potem nagle wyrósł mi za plecami. Właściciel kindżału. Teraz klęczy, usiłując rozpaczliwie zacisnąć rozchlastaną tętnicę szyjną, palce ślizgają mu się we krwi płynącej obficie jak wino z rozciętego bukłaka.
Ten, który mnie pchnął, właśnie umiera. Palce dygoczą mu coraz słabiej, wyglądają jak nogi rozdeptanego kraba. Oczy wywracają się pod powiekami, widać nawet wąski pasek białkówki. Nie ma dla niego szans. Jak to było?
Pamiętam, że przede wszystkim uciekłem spod ostrza, które w rozciągniętym czasie jakby wyhamowało, wbijając mi się w bok przy łopatce. Jakby ugrzęzło w żywicy, która zalała nagle świat. Wszystko zwolniło i tylko ja przepchnąłem się między sekundami, zsunąłem się z żelaza, które już mnie zaczęło zabijać, i splotłem swoje ramię z jego, zakładając mu dźwignię na łokieć.
To było wtedy, kiedy zgruchotałem kolano temu drugiemu, czy przedtem? A może równocześnie?
To chyba zrobiłem wcześniej, bo kiedy za plecami słyszałem zgrzyt wyciąganej z pochwy stali, już miałem wolną drugą rękę. Mogłem zrobić mu atemi, odwracający uwagę cios w grdykę i posłać półobrotem prosto pod cięcie tego z tyłu. Skośne, szybkie cięcie z obu rąk, które miało przekreślić mi ukośnie plecy, a rozpłatało nożownikowi pierś.
Potem wyjąłem tamtemu szablę. Zabiłem go wtedy, czy najpierw tego ze złamaną nogą?
Nie wiem.
Upadał, więc kopnąłem go w powietrzu i jego upadek nagle zmienił kierunek, pomknął do góry, jak gdyby wstawał, tylko miał już złamany kark i jego głowa kiwała się groteskowo, jakby szyja była jedynie wypełnionym piaskiem rękawem.
Potem obrót i cięcie. Tamten wciąż stał, nie wierząc własnym oczom. Patrzył na przyjaciela, który wyrósł nagle na drodze jego szabli, i na własne ręce, z których znikła broń.
Wtedy przeciąłem mu szyję i uciekłem spanikowany z trybu bojowego, jakby to on był czemuś winien.
I wtedy dzban stłukł się o ziemię.
A teraz stoję sam z obcym żelazem w dłoni, a wokół mnie umierają ludzie. I jestem już kimś innym niż pięć minut temu.
Jestem zabójcą.
Czuję paskudny, rwący ból w boku, który przypomina mi, że nie jestem przynajmniej trupem. To nie był napad rabunkowy ani żadna bójka. To był zamach.
Ktoś chciał mnie zabić.
Ten z przeciętą szyją upada miękko w błoto i wielką kałużę własnej krwi.
Cuchnie tu krwią, moczem i rzeźnią.
Przeszukuję ciała. Nie mają niczego charakterystycznego. Portki, koszule, kurty. Amulety.
Przy pasach niewielkie sakiewki, noże, jakieś łyżki wiszące na łańcuszkach. Czego się spodziewałem?
Dokumentów?
Może firmowych zapałek z nocnego klubu z odręcznie zapisanym adresem mailowym?
Wszyscy mają geometryczne tatuaże na ramionach. Zygzakowate wzory, przypominające stylizowany drut kolczasty. Ich ręce wyglądają przez to jak żmije.
I amulety. Wszyscy tutaj noszą całe kolekcje wisiorków z metalu, kości i kamienia. Panicznie boją się klątw i zimnej mgły. Cała ta odpustowa biżuteria ma ich chronić. Jednak szyje moich klientów zdobią tylko pojedyncze, srebrne wisiorki. Takie same. Dwa splecione węże, przypominające spiralę DNA.
Zrywam rzemień i chowam wisiorek do kieszeni, a potem myję okrwawione dłonie w kałuży.
Czuję, że bok zaczyna mi drętwieć, a koszula lepi się do ciała. Pod pachą widzę wielką plamę. Niedobrze. Tracę za dużo krwi. Przesiąka już przez półkożuszek.
Sierp wkładam z powrotem w dłoń właścicielowi. Czy mogli pozabijać się nawzajem? Pan numer jeden skręca kark panu numer dwa. Pan numer trzy odwdzięcza się sierpem przez pierś, więc pan numer jeden chlasta go nożem po szyi. Kiepskie. Po co dusił, skoro miał nóż? Ale tak musi zostać, a raczej nie należy się tu spodziewać ekipy śledczej. Najważniejsze, żeby mnie tu nikt nie zobaczył.
Rozglądam się, czy nie zostawiłem śladów. Rozrywam koszulę i wpycham pod pachę kłąb płótna, który przyciskam łokciem. Nie chcę zostawić za sobą ścieżki krwi i skończyć w sieci z ognistymi wężami czy czymś takim. Wychodząc z opłotka, stąpam po kamieniach.
Lunf Gorący Krzemień otwiera mi natychmiast, jakby czekał pod drzwiami.
— Złodziej! — krzyczy. Czuję, jak staje mi serce. Jadran! Sprzęt! Lunf aż trzęsie się z emocji. Ma w ręku krótki, szeroki topór. — Otruł psa i przelazł przez częstokół! Po dachu! Już spaliśmy!
Złodziej leży na wznak na dziedzińcu z rozrzuconymi na boki rękami. Jego twarz wygląda jak miazga.
Rozpycham grupkę wstrząśniętych domowników i otwieram drzwi. Skobel jest czymś przecięty. Równo i gładko jak laserem. W środku wita mnie głęboki pomruk Jadrana.
Tulę się do wielkiego łba i przyciskam czoło do jego czoła.
— Zły człowiek. — Słyszę w głowie. — Przyszedł zły człowiek. Jadran nie pójdzie. Jadran i Vuko razem.
— Już dobrze. — Głaszczę go po szyi.
— Twój ptak wydziobał mu oczy — opowiada gospodarz. — Kiedy tylko wszedł do szopy. A potem koń się urwał i kopnął go w głowę. Zabiły go twoje zwierzęta. — Kręci głową z trwogą i niedowierzaniem.
— Każ mi dać wody. Najlepiej gorącej — mówię z coraz większym trudem i wydaje mi się, że zaraz zemdleję. Trzęsą mi się kolana. Z szoku posttraumatycznego, z upływu krwi i zmęczenia walką. Chwytam się framugi. Bok boli jak jasna cholera.
Palce nie bardzo chcą mnie słuchać, kiedy wyciągam krzesiwo.
Lunf krzyczy, żeby przynieśli wodę, i sam zapala kaganek.
— Teraz mnie zostaw na chwilę.
Wycofuje się i mam wrażenie, że w jego twarzy widzę lęk.
Grzebię w sakwach, klęcząc wśród rozsypanych rzeczy, ale strasznie chce mi się położyć w nie twarzą i zasnąć.
Potem stoję nagi nad cebrem i robię bilans strat. Znowu łupie mnie staw skokowy, oparzenia na plecach ciągle doskwierają, ale nie ma żadnych otwartych ran, na udzie kilkanaście szram od spotkania z czarnym bluszczem i to pchnięcie w bok. Nie jest głębokie, mięsień jest przecięty może na półtora centymetra. Ale opłucna jest nietknięta. Do tego kolekcja kilkunastu drobnych skaleczeń, otarć i siniaków w najróżniejszych miejscach. Zdejmuję zaskorupiałe szarpie, którymi owinął mi nogę jeden z Ludzi Ognia, a potem biorę pojemnik i zasklepiam wszystkie rany pianką opatrunku, która zastyga w białe kleksy. Zawiera klej komórkowy, środek przeciwbólowy, enzymy wspomagające gojenie i immunoglobuliny, ale w tym tempie zużycia będę za dwa tygodnie rozgniatał przeżuty chleb z pajęczynami.
Wrzucam do kubka zimnej wody dwie tabletki kompleksu regeneracyjnego i w powietrzu rozchodzi się zapach cytrusów. Świeżo wyciśnięte pomarańcze, cytryny i mandarynki. Wypijam musujący napój, w uszach dzwoni mi melodyjka z reklamy „Oranginy” i czuję, że mam łzy w oczach. Chcę do domu.
Na belce pod sufitem siedzi ogromny, czarny ptak podobny do kruka i błyska na mnie białą powieką na czarnym jak agat oku.
— Nazywasz się Nevermore — mówię mu. — I zostajesz ze mną.
— Nevermore! — Kracze. Nigdy już!
— Nareszcie to powiedziałeś. — Przytakuję z satysfakcją.
Myję się z grubsza jak się da, zakładam inną koszulę i portki. Cyfral zalewa mnie potokiem endorfiny. Świat robi się pastelowo pluszowy, tępy ból przygasa, rwie tylko ostro i krótko przy nieostrożnym poruszeniu. Koszmarny cień w duszy rozpełza się po kątach. Trudno. Stało się. Takie jest życie. Nie twoja wina. Mogli cię nie zabijać, wtedy by żyli. Taki to świat. Co zrobisz?