Honor na wygnaniu [Flag in Exile - pl]
- Автор: Вебер Дэвид Марк
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: REBIS
- ISBN: 83-7301-162-5
- Переводчик: Jaroslaw Kotarski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Honor na wygnaniu [Flag in Exile - pl]». Краткое содержание книги:
Spokój jednak nie jest pisany — z jednej strony atakują wrogowie wewnętrzni, dla których kobieta — patron stanowi obrazę, z drugiej zewnętrzni: zrewolucjonizowana Ludowa Republika Haven kolejny raz próbuje zdobyć system Yeltsin. Na drodze do zwycięstwa jednych i drugich stoi tylko jedna przeszkoda — admirał lady Honor Harrington. Admirał, ale nie Królewskiej Marynarki…
Kanclerz był dobrym pomocnikiem, ale znajdował się w sytuacji nie do pozazdroszczenia, bowiem patronem domeny Prestwick został jako spadkobierca bezdzietnego wuja ledwie dwa lata wcześniej. Ten nieoczekiwany spadek spowodował, iż będąc kanclerzem, został także członkiem Konklawe, co w nowej sytuacji politycznej Graysona często powodowało sprzeczność interesów. Z jednej bowiem strony był patronem, z drugiej premierem, którego zadaniem było reprezentowanie woli Protektora, a nie interesów patronów. Zwracał też trochę zbyt dużą uwagę na detale i protokół, ale był godny zaufania, nie zmieniał zdania i co najważniejsze — miał zasady. Wielu na jego miejscu zrezygnowałoby z pozostania kanclerzem w służbie człowieka, który odsunął Radę od rządów, a kanclerz był przecież szefem rady, a więc i szefem rządu tym bardziej, że pozostawanie na tym stanowisku od czasu zostania patronem znacznie skomplikowało mu życie. Prestwick tak nie postąpił, uważając, że lepiej przysłuży się Graysonowi pozostając, i przez ostatnie cztery lata okazał się rzeczywiście niezastąpiony. Przynajmniej w opinii Protektora.
— Powiedz mi, Henry, co sądzisz o tym argumencie? — spytał Benjamin już normalniejszym tonem.
— Myślę, że ma niepewne podstawy prawne, Wasza Miłość.
— Jak niepewne?
— Bardzo niepewne. Moi poprzednicy i ja, chcąc ustanowić stałą władzę rządu na tej planecie, popełniliśmy poważny błąd, o czym przypomniał niedawno Sąd Najwyższy: nie zmieniliśmy konstytucji. — Prestwick uśmiechnął się na poły smętnie, na poły radośnie, po czym spoważniał i dodał: — Problem sprowadza się do tego, że przez ponad sto lat Protektor był symbolicznym gwarantem stabilności, natomiast rzeczywistym sprawowaniem władzy zajmowała się Rada, a w konstytucji cały czas zapisane było, iż jest on szefem rządu, nie tylko głową państwa. Skorzystał pan z tego, przejmując władzę i przerywając precedens, ale postępując zgodnie z konstytucjonalnym zapisem. A każdy patron i każdy oficer przysięgali i przysięgają bronić konstytucji. Po prostu nie przewidzieliśmy takiego posunięcia.
— Uważasz, że postąpiłem słusznie? — Benjamin Mayhew nigdy dotąd nie zapytał o to otwarcie.
Kanclerz zamyślił się i przez długą chwilę nic nie mąciło ciszy.
— Tak, Wasza Miłość — powiedział cicho.
— Dlaczego? — spytał równie cicho Mayhew.
— Bo miał pan rację: potrzebowaliśmy i nadal potrzebujemy silniejszej władzy wykonawczej. — Prestwick spojrzał w okno i umilkł na moment. Potem kontynuował: — od samego początku uważałem, że potrzebujemy tego traktatu z Królestwem Manticore. Sądziłem tak nawet zanim przejął pan władzę. Z prostych powodów: potrzebna nam była przewaga przemysłowa i ekonomiczna — nie wspominając o militarnej — nad Masadą, by wreszcie zakończyć tę wojnę. Natomiast w przeciwieństwie do pana nie zdawałem sobie sprawy, jak dalece interesy patronów zdominowały decyzje Rady. Powinienem był być tego świadom, bo stanowiłem część tego systemu, ale za bardzo byłem zajęty codziennymi problemami, by ogarnąć szerszy obraz. I dlatego też nie zdawałem sobie sprawy, że jesteśmy na prostej drodze, by powrócić do rządów Pięciu Kluczy.
Benjamin odetchnął z ulgą, a Prestwick posłał mu słaby uśmiech. Prawda, z której obaj zdawali sobie sprawę, wyglądała brutalnie: patroni powoli, lecz nieustannie cofali się do czasów, gdy każdy z nich był autokratycznym władcą. Okres taki trwał sto pięćdziesiąt lat, a proces powrotu nie był gwałtowny, ale jak dotąd niepowstrzymany — patroni niczym feudalni lordowie chcieli być tak jak kiedyś całkowicie niezależni od centralnej władzy.
Jeśli znało się dobrze historię Graysona, było to zrozumiałe, bowiem walka o władzę między Protektorem a patronami trwała prawie od zawsze. Klucze, jak ich potocznie nazywano, mieli po swej stronie ważkie argumenty, zaczynając od tego, iż od pierwszych dni kolonii to właśnie oni kierowali w praktyce walką o przetrwanie. Ktoś musiał podejmować decyzje — zazwyczaj ciężkie, czasami wręcz nieludzkie — decydując, kogo trzeba poświęcić, by reszta przeżyła. I tym kimś zawsze był patron. Nawet w tej chwili dekret patrona był prawem na terenie domeny tak długo, jak długo nie był sprzeczny z konstytucją. Był jednakże taki okres w historii planety, kiedy nie powstała jeszcze konstytucja. Nazywano go Czasami Pięciu Kluczy, kiedy to patroni rządzili niczym królowie. Najsilniejszą pozycję posiadali władcy pięciu pierwszych założonych na planecie domen: Mayhew, Burdette, Mackenzie, Yanakov i Bancroft. Wtedy musieli liczyć się jedynie z Kościołem, a Protektor był pierwszym wśród równych — nie miał nawet armii pod swymi rozkazami. Jeśli Protektorem był Mayhew, to mógł wykorzystać Gwardię Mayhew, ale to były wszystkie wojska, na jakie mógł liczyć, co nigdy nie wystarczyło, by zdecydować się na konflikt z patronami. A oni już starannie pilnowali, by żaden z ich grona zbytnio nie urósł w siłę.
Zwyczaj nakazywał, by Protektorem był Mayhew, jako że to Oliver Mayhew prawie samodzielnie uratował pierwotną kolonię od zniszczenia. Jednakże przez cztery stulecia Protektora wybierano spośród wszystkich dorosłych mężczyzn tego rodu na Konklawe. A patroni dopilnowywali, by wybierano największego niedojdę czy słabeusza, ponieważ nie życzyli sobie Protektora mogącego czy chcącego walczyć z ich wszechwładzą. Kiedy przypadkiem okazało się, że się pomylili, sięgano po mniej parlamentarne, za to skuteczniejsze środki zaradcze — Benjamin II, Oliver IV i Bernard II zginęli z rąk płatnych morderców, a Cyrus Słaby został więźniem sojuszu patronów. Każdy Protektor miał świadomość, że rządzi tak długo, jak pozwalają na to patroni, i dopiero wojna domowa zmieniła tę chorą sytuację.
Patroni zostali wyeliminowani praktycznie za jednym zamachem w pierwszej godzinie walki. Z pięćdziesięciu sześciu ówczesnych patronów na specjalnym posiedzeniu Konklawe zwołanym przez Protektora Johna II na prośbę patrona Bancrofta zebrało się ich pięćdziesięciu trzech wraz z następcami. Pewnym zaskoczeniem była więc nieobecność jego i dwóch innych, ale Bancroft przysłał wiadomość, że się spóźnią, toteż nikt się nie niepokoił. Wszyscy wiedzieli, że jest on najbardziej zatwardziałym fanatykiem w ich gronie, ale nikt nie przypuszczał, że jest także bojownikiem świętej wiary, czyli masowym mordercą. Ta niewiedza kosztowała ich życie, bowiem z sali Konklawe nie wyszedł żaden z nich. Na Graysonie pozostało jedynie trzech patronów i równocześnie przywódców religijnego buntu: Bancroft, Oswald i Simonds. Wydawało się, że łatwo zwyciężą, ponieważ nie pozostał nikt, kto mógłby zjednoczyć i poprowadzić przeciwko nim gwardie zabitych patronów. Pomylili się — pozostał bowiem przy życiu Benjamin, syn ówczesnego Protektora.
Ochrona Mayhew była tak samo zaskoczona atakiem jak inne, ale w jakiś sposób, dotąd zresztą nie wiadomo w jaki, część jej członków zdołała przedrzeć się przez napastników i umożliwić ucieczkę synowi Protektora. Nie przeżył żaden, ale dokonali tego — Protektor John II zginął, wiedząc, że jego syn jako jedyny przeżył masakrę.
Benjamin IV był rzeczywiście jedynym, który przeżył i uciekł, tylko że z początku nie bardzo miał się dokąd udać, ponieważ domena Mayhew była pierwszą, którą zajęły wojska Wiernych. Miał ledwie siedemnaście lat i nikogo, komu mógłby zaufać, a przeszedł do historii jako Benjamin Wielki. Z początku sprzyjało mu to, że przeciwnicy nie wiedzieli, iż przeżył, potem zaś to, że go zlekceważyli. Uciekł do domeny Mackenzie i zdołał zebrać resztki gwardii innych patronów. Wierni do tego czasu przejęli kontrolę nad dwiema trzecimi planety, ale on stworzył armię, pierwszą w dziejach Graysona. Była to jego armia, gotowa iść za nim do piekła. W ciągu czternastu lat walk odbił przy jej pomocy planetę, płacąc za to krwawą cenę. W końcu resztki fanatyków zesłano na Masadę, co było niebywałym osiągnięciem.