Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
– Ten skurwysyn jeszcze mi za to zapłaci – zgryzota na jego twarzy, myśli, zmęczenie w oczach spoglądających gdzieś przed siebie. – Ten zasrany czarnuch nie będzie mnie upokarzał. Ja go nauczę, ja mu pokażę, gdzie jego miejsce.
– Pierwszy raz takie słowa w jego ustach, Garlitos – powiedział Santiago. – Pierwszy raz tak kogoś klął.
– Zapłaci mi za to – jego czoło pokryte zmarszczkami, myśli, jego zimna wściekłość. – Ja mu pokażę, jak ma się zwracać do swoich panów.
– Bardzo mi przykro, tato, że miałeś przeze mnie takie nieprzyjemności, przysięgam ci, że – i jego twarz nagle zwrócona do mnie, myśli, i policzek, który ci zamknął usta, Zavalita.
– Pierwszy i jedyny raz mnie wtedy uderzył – mówi Santiago. – Pamiętasz, Ambrosio?
– Z tobą też się porachujemy, smarkaczu – jego głos, ten wściekły pomruk, myśli. – Żeby spiskować, trzeba mieć głowę na karku. Nie pomyślałeś, że tylko kretyn może załatwiać konspiracyjne sprawy przez domowy telefon? Że policja mogła wszystko słyszeć? Telefon był na podsłuchu, ty idioto.
– Nagrali co najmniej dziesięć moich rozmów z Cahuide, Garlitos – powiedział Santiago. – Bermúdez kazał je rejestrować! Ojciec czuł się upokorzony, to go najbardziej bolało.
W pobliżu liceum Raimondiego ruch był zatrzymany; Ambrosio skręcił w stronę Arenales i nie mówili już nic aż do skrzyżowania przy Javier Prado.
– Zresztą nie chodziło o ciebie – jego głos, myśli, ten głos zmaltretowany, zgnębiony, ochrypły. – To mnie śledził. Skorzystał z okazji, żeby mi to dać do zrozumienia nie mówiąc wprost.
– Chyba nigdy, aż do tego spotkania w burdelu, nie czułem takiego niesmaku – powiedział Santiago. – Bo ich wzięli przeze mnie; no i ta cała historia z Jacobo i Aidą; i jeszcze to, że mnie wypuścili, a ich nie; a do tego mój stary w takim stanie.
Znowu aleja Arequipa, prawie pusta, reflektory auta i szybko migające palmy, ogrody i pogrążone w ciemnościach domy.
– A więc jesteś komunistą, więc jest tak, jak przewidywałem, poszedłeś na San Marcos nie żeby się uczyć, tylko żeby politykować – ten gorzko ironiczny ton, myśli, ta kpina w głosie. – Żeby ci zawracały głowę różne darmozjady i rozrabiaki.
– Wszystkie egzaminy pozdawałem, tato. I zawsze miałem dobre stopnie, tato.
– Uważaj, gówniarzu, możesz sobie być komunistą, apristą, anarchistą albo egzystencjalistą, nic mnie to nie obchodzi znowu wściekły, myśli, walił dłonią w kolano nie patrząc na mnie. – Możesz sobie rzucać granaty, kraść i zabijać. Ale jak skończysz dwadzieścia jeden lat. A do tego czasu masz się uczyć, tylko uczyć. I słuchać mnie, nic więcej, tylko słuchać.
Myśli: wtedy… Nie przyszło ci do głowy, że zszarpiesz nerwy własnej matce? Myśli: nie. Że wpakujesz w kabałę ojca? Nie, Zavalita, nie przyszło ci do głowy. Aleja Angamos, Diagonal, Quebrada, Ambrosio pochylony nad kierownicą: nie myślałeś, nie przyszło ci do głowy. Bo tak było najwygodniej, no nie? Tatuś ci dawał jeść, tatuś ubierał, opłacał naukę i przydzielał kieszonkowe, a ty się bawiłeś w komunizm, a ty spiskowałeś przeciw mocodawcom tatusia. O nie, psiakrew, nie. Właśnie to mnie zabolało – myśli – nie ten policzek, tato, Aleja 28 Lipca pełna drzew, aleja Larco, i ten robak, ta żmija, to ostrze noża.
– Kiedy zaczniesz zarabiać i będziesz się sam utrzymywał, kiedy nie będziesz siedział u ojca w kieszeni, o, wtedy proszę bardzo – ze słodyczą, myśli, i brutalnie. – Leć, rzucaj bomby, bądź sobie komunistą czy anarchistą. Ale na razie masz się uczyć i słuchać rodziców.
Myśli: tego właśnie ci nie wybaczyłem, tato. Ich dom, garaż, oświetlone okna, w jednym oknie głowa Teté: mamo, przywieźli mądralę!
– I wtedy zerwałeś z Cahuide i z wszystkimi kumplami? – powiedział Garlitos.
– No to biegnij, chudzino, ja muszę do końca załatwić tę cholerną sprawę – już żałował, myśli, już chciał przywrócić przyjacielskie stosunki między nami. I wykąp się, na pewno cię oblazło robactwo.
– Tak, Garlitos, a poza tym zerwałem także z adwokaturą, z rodziną i z Miraflores.
Ogród, matka, pocałunki, jej zalana łzami twarz. No widzisz, wariacie, no widzisz, jak można być takim wariatem?
Nawet kucharka i pokojówka przybiegły, i jeszcze te rozgorączkowane okrzyki Teté: powrót syna marnotrawnego, mówię ci, Garlitos, gdybym przesiedział w kiciu nie kilka godzin, ale cały dzień, to by mnie chyba witali z orkiestrą. Chispas przechylił się przez poręcz schodów: ale nam napędziłeś strachu, stary. Usiedli w salonie, wszyscy go otoczyli, señora Zoila burzyła mu czuprynę i całowała w czoło. Chispas i Teté umierali z ciekawości: w więzieniu? w prefekturze? A czy widział złodziei, morderców? Stary usiłował się porozumieć z Pałacem, ale prezydent już spał, wiesz, chudy, no więc stary zadzwonił do prefekta policji i co mu nagadał, nie masz pojęcia, mądralo. Jajka i kakao, powiedziała do kucharki señora Zoila, i jeżeli jeszcze zostało, to kawałek tego cytrynowego tortu. Nie, nic mu nie zrobili, mamo, to była pomyłka, mamo.
– Jaki szczęśliwy, że go wsadzili, jaki bohater – powiedziała Teté. – Teraz to już naprawdę trudno będzie z tobą wytrzymać.
– W „El Comercio” ukaże się podobizna mądrali – powiedział Chispas. – Więzienny numer i twoja bandycka gęba.
– Ale jak to jest? Co oni robią, jak kogoś aresztują? – powiedziała Teté.
– Rozbierają cię i nakładają pasiak, a na nogi kajdany – powiedział Santiago. – W lochach jest pełno szczurów i ani odrobiny światła.
– Idź, jaki dowcipny – powiedziała Teté. – No powiesz wreszcie czy nie.
– Sam widzisz, głuptasie, sam widzisz, tak chciałeś na San Marcos – powiedziała señora Zoila. – Od przyszłego roku przeniesiesz się na Katolicki, prawda? Obiecaj mi. I już nigdy nie będziesz polityko wał, dobrze?
Tak, przyrzekłem ci, mamo. Nigdy, mamo. Była już druga, kiedy poszli do łóżek. Santiago rozebrał się, włożył piżamę, zgasił nocną lampkę. W całym ciele czuł gorączkę, nie miał na nic siły.
– I potem już nigdy nie starałeś się spotkać z tymi z Cahuide? – powiedział Garlitos.
Naciągnął prześcieradło po szyję, a sen uciekł od niego i zmęczenie utkwiło w plecach. Okno było otwarte, świeciły gwiazdy.
– Llaquego trzymali dwa lata, Washingtona deportowali do Boliwii – powiedział Santiago. – Innych wypuścili po dwóch tygodniach.
Coś go gnębiło, coś czaiło się jak złodziej skradający się w mroku – myśli – wyrzuty sumienia, zazdrość, wstyd. Nienawidzę cię, tato, nienawidzę cię, Jacobo, i ciebie, Aida. Okropnie chciało mu się palić i nie miał papierosów.
– Pewno myśleli, że się spietrałeś – powiedział Garlitos. – Że ich zdradziłeś, Zavalita.
Twarz Aidy, Jacoba i Washingtona, i Solórzano, i Hektora, i znów Aidy. Myśli: chciałem być mały, urodzić się na nowo, i chciało mu się palić. Ale gdyby poszedł po papierosa do pokoju brata, musiałby z nim rozmawiać.
– Właściwie można powiedzieć, że się spietrałem, Garlitos – rzekł Santiago. – I w pewnej mierze ich zdradziłem.