Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Coś się na zawsze zmieni.
Uśmiechnęła się szczerze.
– Cieszę się, chłopcy. Bardzo. Najwyższy czas.
Popatrzyli na nią uważnie, po czym poważnie skinęli głowami.
– Wiemy, Kailean. Najwyższy czas.
Później pomyślała, że powinna ją zastanowić ta nagła powaga u zwykle pokpiwających ze wszystkiego bliźniaków. Ale było tak gorąco, że myślała tylko o schronieniu się pod dachem i wypiciu czegokolwiek, byle zawierało odrobinę wody.
– Idę do ciotki, a wy nie zepsujcie tu niczego, dobrze?
Odwróciła się, zanim rzucili ripostę. Za miesiąc, gdy już skończą swoje noże, nie będzie mogła tak się do nich odzywać. Do mężczyzn trzeba się zwracać inaczej niż do chłopców.
* * *
Domostwo kuchenne było po prostu wozem, w którym królował piec. Jednak nie zwyczajny, lecz specjalna konstrukcja z żelaza i odpowiednio wypalanych cegieł, stojąca na czterech stalowych nogach i podtrzymywana przez kilka łańcuchów. Można w nim było bezpiecznie palić nawet wtedy, gdy wóz sunął przez stepy, kołysząc się z boku na bok; stalowe obręcze, zamocowane do ściany, zabezpieczały garnki przed zsunięciem się z blachy. Mimo iż wozy Verdanno dawno już nie wędrowały po równinach, ciotka Vee’ra nie chciała wymienić pieca na zwykły. Co oczywiście nie przeszkadzało jej narzekać, jaki to z niego przeżytek.
Dym, unoszący się z żelaznej rury pełniącej funkcję komina, powinien ją ostrzec, lecz Kailean była przekonana, że nigdzie nie może być gorzej niż w kuźni. Myliła się.
Parne gorąco uderzyło w nią od progu i na moment odebrało dech. Zupełnie jakby próbowała oddychać zupą. Niby zapach zachęcał, a przecież była już głodna, lecz ciało broniło się przed tym pomysłem. Krople potu błyskawicznie pokryły jej czoło i zaczęły spływać do oczu. Zamrugała.
– Nie stój w progu, dziewczyno, bo się zaziębisz. Wejdź.
Prawie zapomniała, po kim bliźniacy odziedziczyli poczucie humoru. Ostrożnie zrobiła głęboki oddech i weszła.
W środku pootwierano szeroko wszystkie okna i jeśli tylko zerwie się jakiś wiaterek, kuchnia znów zacznie przypominać miejsce przeznaczone dla ludzi. To „jeśli” było bardzo ważne, bo od kilku dni powietrze stało nieruchome jak przed burzą.
Jeden koniec wozu zajmował piec i kilka szafek ze wszystkimi niezbędnymi przyborami. W drugim królował długi stół, otoczony umocowanymi do ścian siedzeniami. Po ich podniesieniu można się tu było całkiem swobodnie poruszać. Poza tym takie siedzenia są po prostu lżejsze niż zwykłe krzesła czy ławy. A gdy od wagi zależy, jaki odcinek drogi pokonasz w ciągu dnia, liczy się każdy funt.
Kailean zawsze uderzało, że wszystko w domach-wozach jej przybranych krewnych opowiadało o tym, iż tak naprawdę są one miejscem zamieszkania nomadów; że te długie domostwa powinny stać na kołach i ciągnięte przez poczwórne zaprzęgi, wędrować w wielkich karawanach. Ława przymocowana do podłogi, podnoszone siedziska, półki i szafki z drzwiczkami zabezpieczonymi przed przypadkowym otwarciem, garnki i patelnie mocowane do ścian dodatkowymi uchwytami. Piec. Nawet po tylu latach przymusowego postoju ten wóz był przygotowany do wyruszenia. A ciotka, mimo że uśmiechała się szeroko i żartowała ze starych nawyków, nie mogła jaśniej wyrazić swojej tęsknoty.
Tylko że o tym również się nie rozmawiało.
Przysiadła na rozkładanej ławie obok okna. Jeśli jakimś cudem pojawi się wiatr, nie ominie jej żaden podmuch. Pot nie spływał jej już tylko po twarzy. Lniana koszula lepiła się do pleców i piersi; sięgnęła do gorsecika i poluzowała go. Lepiej.
Ciotka Vee’ra stała do niej tyłem, mieszając coś zawzięcie w wielkim garze. Była piękną kobietą, wysoką i szczupłą i mimo urodzenia dziesiątki dzieci, wciąż miała talię dwudziestolatki. Lecz zważywszy, ile czasu spędzała w saunie, w którą zmieniał się podczas gotowania wóz kuchenny, nie powinno to nikogo dziwić.
Odwróciła się z uśmiechem, wyciągając w jej stronę głęboką glinianą miseczkę.
– Częstuj się, Kailean. Powinna być już dobra.
Kailean wzięła naczynie. Ostrożnie siorbnęła. Zupa była pyszna – odpowiednio doprawiona, z łagodnym, wyraźnym smakiem dojrzałego sera i unoszącą się nad wszystkim nutą ostrych przypraw i ziół. Na chwilę zapomniała o duchocie i o tym, że właśnie pije coś, co niewiele różni się temperaturą od wrzątku.
– Mmmm, przepyszna, ciociu. Jednak powinnaś dać się namówić Aandursowi i zacząć u niego pracę. Choćby ze dwa razy w miesiącu. Ostatnio podbił przecież cenę.
Właściciel Vendora, zaprzyjaźniony z rodziną kowala, od wielu lat proponował Vee’rze pracę, będąc święcie przekonany, że jej talent rozsławi zajazd na wiele mil. Na razie niewiele wskórał.
– Może kiedyś, jak będę miała mniej na głowie. Poza tym wiesz przecież, że ja w obcej kuchni... – Ciotka wzruszyła ramionami i wróciła do mieszania zupy.
Po chwili przytłumiła huczący w piecu ogień, przykryła gar i zręcznie mijając Kailean, usiadła przy niej na ławie.
– Co słychać w szerokim świecie? – zagaiła.
– W szerokim świecie jak to w szerokim świecie, ciociu. – Kailean wzruszyła ramionami. – Ty mi raczej powiedz, dlaczego dopiero przypadkiem dowiaduję się, że bliźniacy wykuwają swoje kavayo? Hę?
Gliniana miska zaczęła ją parzyć w palce, lecz i tak machinalnie pociągnęła kolejny łyk. Kubki smakowe zapiały z zachwytu.
Starsza kobieta uśmiechnęła się rzewnie.
– Dla mnie to też była niespodzianka, dziecko. Duża niespodzianka. Ale gdy ostatnio ich przytuliłam, to okazało się, że są już wyżsi i ode mnie. Nie da się powstrzymać źrebiąt od dorastania.
– Źrebiąt, co? To zawiadom mnie, jak już będziecie te źrebięta podkuwać. Dla takiego widoku przebędę każdą drogę.