Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Szczur pokręcił głową.
— Nie. Może poza… Drzwi są zabarykadowane od środka, a ta dziura — Olag wskazał na czarną szczelinę — została wyrąbana tuż przy ścianie, tam, gdzie łatwo było się wspiąć pod sufit po półkach. Wyrąbano ją od środka. Ktoś bardzo chciał się stamtąd wydostać i jednocześnie bronił się, by coś nie dostało się do niego.
Rozdział 11
Holi brzęknęło ostatni raz, wypełniając powietrze akordem, który jeszcze przez chwilę nie chciał zniknąć. Key’la nie mogła się nadziwić, jak coś tak prostego pełne jest takiej mocy. Instrument składał się z płaskiego, owalnego pudła, dwóch gryfów i tuzina strun, ale miał magię, potęgę i czar. Choć chyba tylko vaihir mógł grać na nim tak, by melodia szarpała serce i rezonowała w duszy.
Jej duszę rwała na strzępy.
Odwróciła się do ściany, żeby ukryć łzy.
Usta Ziemi odłożyła holi na ziemię, podeszła i poprawiła jej pled, zaskakująco delikatnie, zupełnie jakby kilka godzin wcześniej sama nie doprowadziła jej do łez, po czym wróciła do gry. Key’la nie rozumiała tego. Ta ponura olbrzymka o jednym oczodole wypełnionym kulą z czarnego, polerowanego kamienia, ta sama, która wcześniej zażądała przed całym plemieniem, by natychmiast zabić Kocyka, w tej chwili była dla niej najczulszą opiekunką. Gdy tylko Key’la położyła się spać, zmusiła ją do wypicia gęstego, pachnącego ziołami bulionu, po czym otuliła dokładnie i usiadłszy przed jej posłaniem, wypełniła przestrzeń jaskini melodiami, które na zmianę budziły w dziewczynce otuchę i zmuszały do płaczu.
Grała dla niej, bo przecież nikogo innego w pobliżu nie było, choć równie dobrze można by sądzić, że gra dla siebie, bo gdy Key’la zerkała spod oka, Usta Ziemi siedziała odwrócona plecami, nieruchoma jak kamienny posąg, i tylko jej dłonie śmigały nad instrumentem, szarpiąc i muskając struny.
Vaihirska kobieta, zbudowana równie potężnie jak cała jej rasa, choć nieco niższa od mężczyzn oraz zdecydowanie od nich szczuplejsza, była równie jak oni groźna. Jeśli wojownicy byli niedźwiedziami, to ona, z ramionami obrośniętymi węzłami mięśni, płaskim brzuchem i udami jak polerowane pnie drzew, górską lwicą. A sposób, w jaki plemię się do niej odnosiło, sugerował, że jest także kimś więcej.
Key’la pamiętała, że Usta Ziemi to pierwsza osoba, którą spotkali po trwającej wiele, wiele cykli wędrówce. Ich mały oddział, Dwa Palce, Czarny Biały, Kubek Wody, ona i Kocyk, przemierzał ten dziwny świat, wydawało się, bez celu – przez labirynty czarnych skał, przez szerokie doliny, gdzie ziemia wyglądała jak wypalone szkło, przez wzgórza przypominające kamienne zębiska gigantycznych bestii – wciąż naprzód. Pod koniec zapuścili się na kilka cykli wędrówki i odpoczynku na wielką, płaską jak patelnia równinę, gdzie nie było niczego: ani kamieni, ani piasku, żadnego pęknięcia w ziemi czy dziury, w której można się schować. Koszmar.
Cienki materiał namiotów przepuszczał do środka dość światła, by dziewczynka nie mogła zasnąć, zawiązywała sobie więc na oczach opaskę, ale to niewiele pomagało. Wędrowała godzinami jak otumaniona, po czym kładła się i zapadała w dziwną półdrzemkę, w czasie której doskonale wiedziała, co się wokół niej dzieje. Zdawało jej się wtedy, że słyszy odległy płacz, jęk i szloch, a ziemia wokół unosi się i opada, jakby oddychała.
Po trzech takich „nocach” znienawidziła czas odpoczynku. Na szczęście jej czwororęcy towarzysze chyba też źle się czuli w tym miejscu, bo miała wrażenie, że okresy wędrówki są coraz dłuższe, a odpoczynku krótsze. Nie narzekała. Gdy wreszcie stamtąd wyszli i znaleźli przytulne pęknięcie w skale, gdzie panowała całkowita ciemność, a ziemia nie jęczała jej do ucha, Key’la zapadła w czarny sen bez marzeń, który trwał chyba wiele godzin, bo gdy w końcu się obudziła, Dwa Palce niósł ją na plecach i zbliżali się właśnie do siedziby plemienia Trzydziestu Dłoni.
Na ich spotkanie wyszła Usta Ziemi. Dwie duże, ciężkie piersi, przesłonięte cienkim materiałem, zdradzały jej płeć, twarz też miała delikatniejszą, mniej ostre rysy niż u mężczyzn, ale poza tym była ubrana podobnie jak oni i uzbrojona niczym do bitwy. Key’la zachwyciła się, widząc jej prawe oko, zielone jak wiosenna trawa, nakrapiane złotymi plamkami, i zdziwiła, dostrzegając w lewym oczodole czarną kulę.
Kobieta przywitała się krótko z trójką vaihirów, wymieniła z nimi kilka szybkich zdań w niskiej, gardłowej mowie, na widok Key’li wykonała dziwny gest, obiema parami rąk, jakby odpędzała się od roju owadów. A na widok Kocyka jej cztery dłonie sięgnęły po broń.
Dwa Palce powstrzymał ją, rzucając jedno czy dwa słowa i wskazując na Key’lę.
Powstrzymał ją, by nie wyciągnęła szabel, ale nie miał wpływu na to, co działo się później. Połknęła ich skalna szczelina, długa na chyba pół mili, a gdy z niej wyszli, dziewczynce ukazał się widok, jakiego nie spodziewała się ujrzeć w tej krainie czarnych skał i stalowego nieba.
Wielka dolina o zboczach składających się z wielu tarasów wyrąbanych w ścianach, porośniętych trawą, krzewami i niskimi drzewami, między którymi wiły się niewielkie strumienie, zeskakujące coraz niżej i niżej, by zasilić długie i wąskie jeziorko, które rozlało się na jej dnie.
Brzegi jeziorka spinało kilka mostków, białych jak śnieg. Och, to była pierwsza biel, jaką Key’la widziała od wielu dni. Ponad najwyższymi tarasami zbocza doliny podziurawione były wejściami do jaskiń, dziesiątkami czarnych otworów, z których – zwabione głębokim dźwiękiem gongu – wyłaniały się właśnie czwororękie postacie.
Trudno jej było wtedy ocenić, ilu vaihirów zjawiło się na ten pospiesznie zebrany ni to sąd, ni to naradę nad nią i Kocykiem. Dwustu? Więcej? To nie miało znaczenia. Posadzono ich bowiem na jednym z tarasów i Key’la musiała całą siłą woli powstrzymywać się od położenia się na trawie i przytulenia do miękkiej, pulchnej ziemi, gdy wokół gromadziło się plemię. Sami dorośli, żadnych dzieci lub choćby osobników niższych niż siedem stóp; krąg potężnych postaci, na wpół zwierzęcych twarzy, żółtych, zielonych i szarych ślepi. A wszystkie wpatrzone w nią i Kocyka.