Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 47 48 49 50 51 52 53 54 55 ... 210
Перейти на страницу:

Szczur po­krę­cił gło­wą.

— Nie. Może poza… Drzwi są za­ba­ry­ka­do­wa­ne od środ­ka, a ta dziu­ra — Olag wska­zał na czar­ną szcze­li­nę — zo­sta­ła wy­rą­ba­na tuż przy ścia­nie, tam, gdzie ła­two było się wspiąć pod su­fit po pół­kach. Wy­rą­ba­no ją od środ­ka. Ktoś bar­dzo chciał się stam­tąd wy­do­stać i jed­no­cze­śnie bro­nił się, by coś nie do­sta­ło się do nie­go.

Rozdział 11

Holi brzęk­nę­ło ostat­ni raz, wy­peł­nia­jąc po­wie­trze akor­dem, któ­ry jesz­cze przez chwi­lę nie chciał znik­nąć. Key’la nie mo­gła się na­dzi­wić, jak coś tak pro­ste­go peł­ne jest ta­kiej mocy. In­stru­ment skła­dał się z pła­skie­go, owal­ne­go pu­dła, dwóch gry­fów i tu­zi­na strun, ale miał ma­gię, po­tę­gę i czar. Choć chy­ba tyl­ko va­ihir mógł grać na nim tak, by me­lo­dia szar­pa­ła ser­ce i re­zo­no­wa­ła w du­szy.

Jej du­szę rwa­ła na strzę­py.

Od­wró­ci­ła się do ścia­ny, żeby ukryć łzy.

Usta Zie­mi odło­ży­ła holi na zie­mię, po­de­szła i po­pra­wi­ła jej pled, za­ska­ku­ją­co de­li­kat­nie, zu­peł­nie jak­by kil­ka go­dzin wcze­śniej sama nie do­pro­wa­dzi­ła jej do łez, po czym wró­ci­ła do gry. Key’la nie ro­zu­mia­ła tego. Ta po­nu­ra ol­brzym­ka o jed­nym oczo­do­le wy­peł­nio­nym kulą z czar­ne­go, po­le­ro­wa­ne­go ka­mie­nia, ta sama, któ­ra wcze­śniej za­żą­da­ła przed ca­łym ple­mie­niem, by na­tych­miast za­bić Ko­cy­ka, w tej chwi­li była dla niej naj­czul­szą opie­kun­ką. Gdy tyl­ko Key’la po­ło­ży­ła się spać, zmu­si­ła ją do wy­pi­cia gę­ste­go, pach­ną­ce­go zio­ła­mi bu­lio­nu, po czym otu­li­ła do­kład­nie i usiadł­szy przed jej po­sła­niem, wy­peł­ni­ła prze­strzeń ja­ski­ni me­lo­dia­mi, któ­re na zmia­nę bu­dzi­ły w dziew­czyn­ce otu­chę i zmu­sza­ły do pła­czu.

Gra­ła dla niej, bo prze­cież ni­ko­go in­ne­go w po­bli­żu nie było, choć rów­nie do­brze moż­na by są­dzić, że gra dla sie­bie, bo gdy Key’la zer­ka­ła spod oka, Usta Zie­mi sie­dzia­ła od­wró­co­na ple­ca­mi, nie­ru­cho­ma jak ka­mien­ny po­sąg, i tyl­ko jej dło­nie śmi­ga­ły nad in­stru­men­tem, szar­piąc i mu­ska­jąc stru­ny.

Va­ihir­ska ko­bie­ta, zbu­do­wa­na rów­nie po­tęż­nie jak cała jej rasa, choć nie­co niż­sza od męż­czyzn oraz zde­cy­do­wa­nie od nich szczu­plej­sza, była rów­nie jak oni groź­na. Je­śli wo­jow­ni­cy byli niedź­wie­dzia­mi, to ona, z ra­mio­na­mi ob­ro­śnię­ty­mi wę­zła­mi mię­śni, pła­skim brzu­chem i uda­mi jak po­le­ro­wa­ne pnie drzew, gór­ską lwi­cą. A spo­sób, w jaki ple­mię się do niej od­no­si­ło, su­ge­ro­wał, że jest tak­że kimś wię­cej.

Key’la pa­mię­ta­ła, że Usta Zie­mi to pierw­sza oso­ba, któ­rą spo­tka­li po trwa­ją­cej wie­le, wie­le cy­kli wę­drów­ce. Ich mały od­dział, Dwa Pal­ce, Czar­ny Bia­ły, Ku­bek Wody, ona i Ko­cyk, prze­mie­rzał ten dziw­ny świat, wy­da­wa­ło się, bez celu – przez la­bi­ryn­ty czar­nych skał, przez sze­ro­kie do­li­ny, gdzie zie­mia wy­glą­da­ła jak wy­pa­lo­ne szkło, przez wzgó­rza przy­po­mi­na­ją­ce ka­mien­ne zę­bi­ska gi­gan­tycz­nych be­stii – wciąż na­przód. Pod ko­niec za­pu­ści­li się na kil­ka cy­kli wę­drów­ki i od­po­czyn­ku na wiel­ką, pła­ską jak pa­tel­nia rów­ni­nę, gdzie nie było ni­cze­go: ani ka­mie­ni, ani pia­sku, żad­ne­go pęk­nię­cia w zie­mi czy dziu­ry, w któ­rej moż­na się scho­wać. Kosz­mar.

Cien­ki ma­te­riał na­mio­tów prze­pusz­czał do środ­ka dość świa­tła, by dziew­czyn­ka nie mo­gła za­snąć, za­wią­zy­wa­ła so­bie więc na oczach opa­skę, ale to nie­wie­le po­ma­ga­ło. Wę­dro­wa­ła go­dzi­na­mi jak otu­ma­nio­na, po czym kła­dła się i za­pa­da­ła w dziw­ną pół­drzem­kę, w cza­sie któ­rej do­sko­na­le wie­dzia­ła, co się wo­kół niej dzie­je. Zda­wa­ło jej się wte­dy, że sły­szy od­le­gły płacz, jęk i szloch, a zie­mia wo­kół uno­si się i opa­da, jak­by od­dy­cha­ła.

Po trzech ta­kich „no­cach” znie­na­wi­dzi­ła czas od­po­czyn­ku. Na szczę­ście jej czwo­ro­rę­cy to­wa­rzy­sze chy­ba też źle się czu­li w tym miej­scu, bo mia­ła wra­że­nie, że okre­sy wę­drów­ki są co­raz dłuż­sze, a od­po­czyn­ku krót­sze. Nie na­rze­ka­ła. Gdy wresz­cie stam­tąd wy­szli i zna­leź­li przy­tul­ne pęk­nię­cie w ska­le, gdzie pa­no­wa­ła cał­ko­wi­ta ciem­ność, a zie­mia nie ję­cza­ła jej do ucha, Key’la za­pa­dła w czar­ny sen bez ma­rzeń, któ­ry trwał chy­ba wie­le go­dzin, bo gdy w koń­cu się obu­dzi­ła, Dwa Pal­ce niósł ją na ple­cach i zbli­ża­li się wła­śnie do sie­dzi­by ple­mie­nia Trzy­dzie­stu Dło­ni.

Na ich spo­tka­nie wy­szła Usta Zie­mi. Dwie duże, cięż­kie pier­si, prze­sło­nię­te cien­kim ma­te­ria­łem, zdra­dza­ły jej płeć, twarz też mia­ła de­li­kat­niej­szą, mniej ostre rysy niż u męż­czyzn, ale poza tym była ubra­na po­dob­nie jak oni i uzbro­jo­na ni­czym do bi­twy. Key’la za­chwy­ci­ła się, wi­dząc jej pra­we oko, zie­lo­ne jak wio­sen­na tra­wa, na­kra­pia­ne zło­ty­mi plam­ka­mi, i zdzi­wi­ła, do­strze­ga­jąc w le­wym oczo­do­le czar­ną kulę.

Ko­bie­ta przy­wi­ta­ła się krót­ko z trój­ką va­ihi­rów, wy­mie­ni­ła z nimi kil­ka szyb­kich zdań w ni­skiej, gar­dło­wej mo­wie, na wi­dok Key’li wy­ko­na­ła dziw­ny gest, obie­ma pa­ra­mi rąk, jak­by od­pę­dza­ła się od roju owa­dów. A na wi­dok Ko­cy­ka jej czte­ry dło­nie się­gnę­ły po broń.

Dwa Pal­ce po­wstrzy­mał ją, rzu­ca­jąc jed­no czy dwa sło­wa i wska­zu­jąc na Key’lę.

Po­wstrzy­mał ją, by nie wy­cią­gnę­ła sza­bel, ale nie miał wpły­wu na to, co dzia­ło się póź­niej. Po­łknę­ła ich skal­na szcze­li­na, dłu­ga na chy­ba pół mili, a gdy z niej wy­szli, dziew­czyn­ce uka­zał się wi­dok, ja­kie­go nie spo­dzie­wa­ła się uj­rzeć w tej kra­inie czar­nych skał i sta­lo­we­go nie­ba.

Wiel­ka do­li­na o zbo­czach skła­da­ją­cych się z wie­lu ta­ra­sów wy­rą­ba­nych w ścia­nach, po­ro­śnię­tych tra­wą, krze­wa­mi i ni­ski­mi drze­wa­mi, mię­dzy któ­ry­mi wiły się nie­wiel­kie stru­mie­nie, ze­ska­ku­ją­ce co­raz ni­żej i ni­żej, by za­si­lić dłu­gie i wą­skie je­zior­ko, któ­re roz­la­ło się na jej dnie.

Brze­gi je­zior­ka spi­na­ło kil­ka most­ków, bia­łych jak śnieg. Och, to była pierw­sza biel, jaką Key’la wi­dzia­ła od wie­lu dni. Po­nad naj­wyż­szy­mi ta­ra­sa­mi zbo­cza do­li­ny po­dziu­ra­wio­ne były wej­ścia­mi do ja­skiń, dzie­siąt­ka­mi czar­nych otwo­rów, z któ­rych – zwa­bio­ne głę­bo­kim dźwię­kiem gon­gu – wy­ła­nia­ły się wła­śnie czwo­ro­rę­kie po­sta­cie.

Trud­no jej było wte­dy oce­nić, ilu va­ihi­rów zja­wi­ło się na ten po­spiesz­nie ze­bra­ny ni to sąd, ni to na­ra­dę nad nią i Ko­cy­kiem. Dwu­stu? Wię­cej? To nie mia­ło zna­cze­nia. Po­sa­dzo­no ich bo­wiem na jed­nym z ta­ra­sów i Key’la mu­sia­ła całą siłą woli po­wstrzy­my­wać się od po­ło­że­nia się na tra­wie i przy­tu­le­nia do mięk­kiej, pulch­nej zie­mi, gdy wo­kół gro­ma­dzi­ło się ple­mię. Sami do­ro­śli, żad­nych dzie­ci lub choć­by osob­ni­ków niż­szych niż sie­dem stóp; krąg po­tęż­nych po­sta­ci, na wpół zwie­rzę­cych twa­rzy, żół­tych, zie­lo­nych i sza­rych śle­pi. A wszyst­kie wpa­trzo­ne w nią i Ko­cy­ka.

1 ... 47 48 49 50 51 52 53 54 55 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)