Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
— Tak, chodzi o niejakiego d’Artagnana, szlachcica bearneńskiego, który wyjechał z Paryża wraz z trzema swymi przyjaciółmi celem udania się do Londynu.
— Znasz go pan osobiście?
— Kogo?
— Tego d’Artagnana.
— Wybornie.
— Daj mi więc jego rysopis,
— Nic łatwiejszego.
I d’Artagnan opisał najbardziej szczegółowo hrabiego de Wardes.
— Czy ktoś mu towarzyszy? — zapytał zarządca.
— Tak, służący nazwiskiem Lubin.
— Będziemy mieć ich na oku i jeśli uda nam się ich pochwycić, Jego Eminencja może być spokojny, zostaną odwiezieni do Paryża pod dobrą eskortą.
— Czyniąc to, panie zarządco, zasłużysz sobie na wdzięczność kardynała.
— Czy zobaczysz go pan za powrotem, panie hrabio?
— Bez wątpienia.
— Zechciej mu pan powiedzieć, że jestem jego oddanym sługą.
— Nie omieszkam.
Rad z tego zapewnienia zarządca podpisał pozwolenie na przejazd i oddał je d’Artagnanowi. D’Artagnan nie tracił czasu na zbędne uprzejmości, pożegnał zarządcę, podziękował mu i wyszedł. Za czym obaj z Planchetem ruszyli w drogę i okrążając las wrócili do miasta inną bramą.
Statek wciąż stał gotów do odjazdu i właściciel czekał w porcie.
— No i cóż? — zapytał widząc d’Artagnana.
— Oto moje pozwolenie potwierdzone przez zarządcę.
— A tamten szlachcic?
— Nie pojedzie dzisiaj — odparł d’Artagnan — ale bądź spokojny, zapłacę za dwóch.
— W takim razie ruszajmy — rzekł właściciel.
— Ruszajmy — powtórzył d’Artagnan.
Wskoczyli z Planchetem do łodzi; w pięć minut później byli na pokładzie.
Czas już był najwyższy, bo w odległości pół mili od lądu d’Artagnan ujrzał światło i usłyszał huk wystrzału.
Był to wystrzał armatni, który oznajmiał zamknięcie portu. Teraz trzeba było zająć się raną. Na szczęście przypuszczenie d’Artagnana okazało się słuszne, rana nie była niebezpieczna: ostrze szpady napotkało żebro i ześliznęło się po kości; co więcej koszula przykleiła się natychmiast do rany tamując upływ krwi, tak że uszło jej tylko kilka kropel,
D’Artagnan padał ze zmęczenia. Położono mu materac na pokładzie, rzucił się nań i zasnął.
Nazajutrz o wschodzie słońca znajdował się o kilka zaledwie mil od Anglii; wiatr był słaby przez całą noc i posuwano się bardzo wolno naprzód.
O dziesiątej statek zarzucił kotwicę w Dover[*].
O wpół do jedenastej d’Artagnan stanął na ziemi angielskiej wołając:
— Nareszcie!
Ale nie było to jeszcze wszystko: trzeba było dojechać do Londynu. Poczta w Anglii działała sprawnie. D’Artagnan i Planchet najęli konie, pocztylion jechał przed nimi; w cztery godziny byli u bram stolicy.
D’Artagnan nie znał Londynu, nie umiał ani słowa po angielsku, ale napisał nazwisko Buckingham na papierze i wskazano mu pałac księcia.
Książę był z królem na polowaniu w Windsorze.
D’Artagnan zwrócił się do zaufanego pokojowca, który towarzyszył księciu we wszystkich podróżach i wybornie mówił po francusku; oświadczył mu, że przybył z Paryża w sprawie największej wagi i musi natychmiast zobaczyć się z jego panem.
D’Artagnan mówił z tak wielką szczerością w głosie, że przekonał Patricka, tak bowiem nazywał się ów minister ministra. Patrick kazał osiodłać dwa konie i sam wyruszył z młodym gwardzistą. Planchet natomiast zsiadł z konia sztywny jak kij: biedny chłopiec był u kresu sił; zdawać się mogło, że d’Artagnan jest z żelaza.
Gdy przyjechali do zamku, dowiedzieli się, że król i Buckingham polują na ptactwo w bagnach położonych w odległości kilku mil.
Po dwudziestu minutach byli na wskazanym miejscu. Wkrótce Patrick usłyszał głos swego pana wołającego sokoła.
— Kogo mam oznajmić księciu panu? — zapytał Patrick.
— Młodego człowieka, który pewnego wieczoru szukał z nim zwady na Pont-Neuf, naprzeciw Samaritaine.
— Szczególne oznajmienie.
— Zobaczy pan, że nie najgorsze.
Patrick ruszył galopem, dopędził księcia i powiedział mu o przyjeździe wysłannika.
Buckingham przypomniał sobie d’Artagnana natychmiast, a ponieważ przypuszczał, że coś się zdarzyło we Francji, nie tracąc czasu zapytał tylko, gdzie jest wysłannik; rozpoznawszy z daleka mundur gwardzisty, galopem podjechał do niego. Patrick trzymał się dyskretnie na uboczu.
— Czy królowej nie wydarzyło się jakie nieszczęście? — zawołał Buckingham zdradzając tym pytaniem swe myśli i miłość.
— Nie sądzę; ale grozi jej wielkie niebezpieczeństwo, z którego jedynie Wasza Wysokość może ją wybawić.
— Ja? — zawołał Buckingham. — Ach, byłbym szczęśliwy, gdybym mógł jej być użyteczny w czymkolwiek! Mów, mów!
— Zechciej przeczytać ten list, książę — rzekł d’Artagnan.
— Ten list? A od kogo jest ten list?
— Przypuszczam, że od Jej Królewskiej Mości.
— Od Jej Królewskiej Mości! — rzekł książę blednąc tak bardzo, że d’Artagnan przestraszył się, iż Jego Wysokość zemdleje.
Buckingham złamał pieczęć.
— Co znaczy ta dziura? — zapytał wskazując na miejsce, gdzie list był przebity na wskroś.
— Ach, nie zauważyłem — rzekł d’Artagnan — to szpada hrabiego de Wardes przebiła list, kiedy zadał mi cios w pierś.
— Jesteś ranny? — zapytał Buckingham odrywając pieczęć.
— Drobnostka — rzekł d’Artagnan — zadraśnięcie.
— Mocny Boże, co czytam! — zawołał książę. — Patrick, zostań tutaj lub raczej udaj się za królem i powiedz Jego Królewskiej Mości, że błagam go pokornie o wybaczenie, ale sprawa niezmiernej wagi wzywa mnie do Londynu. Chodźmy, mój panie.
I obaj ruszyli galopem do stolicy.
Rozdział XXI
HRABINA DE WINTER
Przez całą drogę książę kazał sobie opowiadać, nie o tym jednak, co się stało, ale o tym, co było wiadome młodzieńcowi. Zestawiając opowieść d’Artagnana z własnymi wspomnieniami, mógł sobie wyobrazić dość dokładnie sytuację; z jej powagi zresztą zdał sobie sprawę po przeczytaniu listu królowej, choć był on krótki i nie mówił wszystkiego wyraźnie. Ale najbardziej zdumiewało go, że kardynał, któremu zależało ogromnie na tym, by młodzieniec nie przedostał się do Anglii, nie potrafił go zatrzymać w drodze. D’Artagnan widząc zdziwienie księcia opowiedział o powziętych środkach ostrożności i o tym, jak dzięki oddaniu trzech przyjaciół, których pozostawił krwawiących w drodze, sam uszedł cało, mając tylko przedziurawiony list królowej, za co zapłacił panu de Wardes tak straszliwie. Słuchając tej historii opowiedzianej z największą skromnością, książę spoglądał od czasu do czasu na młodzieńca ze zdumieniem, jak gdyby nie mógł zrozumieć, jakim sposobem tyle przezorności, odwagi i ofiarności może iść w parze z wyglądem i twarzą, pozwalającymi przypuszczać, że d’Artagnan nie ma jeszcze dwudziestu lat.
Konie leciały jak wiatr i w kilka minut byli przy bramach Londynu. D’Artagnan przypuszczał, że w mieście książę powstrzyma nieco bieg konia, ale stało się inaczej: książę gnał dalej, mało robiąc sobie z tego, że może na swej drodze obalić przechodniów. Toteż gdy zbliżali się do City[*], dwaj czy trzej ludzie leżeli już na ziemi, ale Buckingham nie odwrócił nawet głowy, by zobaczyć, co się z nimi stało. D’Artagnan jechał obok księcia pośród okrzyków bardzo przypominających przekleństwa.