Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Trzej muszkieterowie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Trzej muszkieterowie

Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:

Najsłynniejsza powieść Aleksandra Dumasa ojca, której akcja toczy się w XVII wieku za panowania Ludwika XIII. Bohater książki, ubogi gaskoński szlachcic d’Artagnan i jego trzej przyjaciele: Atos, Portos i Aramis przeżywają mnóstwo zaskakujących przygód w świecie pełnym intryg, pojedynków, zdrad, miłosnych namiętności... Ze wszystkich opresji wychodzą obronną ręką, bowiem postępują wedle skutecznej zasady: “Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”.
1 ... 50 51 52 53 54 55 56 57 58 ... 167
Перейти на страницу:

Wziął pieniądz podany przez Atosa, obrócił go w rękach, krzyknął nagle, że moneta jest fałszywa i że każe aresztować Atosa oraz jego przyjaciela jako fałszerzy.

— Hultaju — rzekł Atos idąc na niego — bo obetnę ci uszy!

W tej samej chwili czterej ludzie uzbrojeni po zęby weszli przez boczne drzwi i rzucili się na Atosa.

— Pochwycili mnie! — krzyknął Atos co sił w płucach. — Pędź, d’Artagnanie, co koń wyskoczy! — i wystrzelił dwukrotnie z pistoletu.

D’Artagnan i Planchet nie dali sobie tego powtarzać dwa razy, odwiązali konie stojące przy bramie, wskoczyli na nie, spięli ostrogami i ruszyli galopem.

— Czy wiesz, co stało się z Atosem? — zapytał d’Artagnan Plancheta, pędząc co koń wyskoczy.

— Ach, panie — odparł Planchet — dwaj padli od jego strzałów i zdawało mi się, że widzę przez oszklone drzwi, jak rąbie pozostałych.

— Dzielny Atos! — mruknął d’Artagnan. — I pomyśleć, że muszę go opuścić! Zresztą, kto wie, co czeka nas za chwilę. Naprzód, Planchet, naprzód! Dzielny z ciebie chłopiec.

— Powiedziałem to już panu — odparł Planchet. — Pikardyjczyków poznaje się w potrzebie; zresztą jestem tu na swojej ziemi i to dodaje mi ducha.

Nie zatrzymując się w drodze i kłując konie ostrogami dojechali do Saint-Omer[*]. Tu dali wytchnąć koniom trzymając je za cugle w obawie przed wypadkiem, podjedli sobie trochę na stojąco i ruszyli dalej.

W odległości stu kroków od bram Calais koń d’Artagnana padł na ziemię i żadnym sposobem nie można go było podnieść; krew lała mu się z nozdrzy i oczu. Pozostał koń Plancheta, ale i ten zaparł się w ziemię tak, że nie udało się go poruszyć.

Na szczęście, jak powiedzieliśmy, byli w odległości stu kroków od miasta; pozostawili wierzchowce na drodze i pobiegli do portu. Planchet wskazał swemu panu szlachcica, który w towarzystwie służącego szedł pięćdziesiąt kroków przed nimi.

Dopędzili tego szlachcica, który jak się zdawało, śpieszył się bardzo. Buty miał pokryte kurzem i pytał właśnie, czy nie mógłby natychmiast jechać do Anglii.

— Nic łatwiejszego — powiedział właściciel statku gotowego do odjazdu — ale dziś rano otrzymaliśmy rozkaz: nikt nie może wyruszyć bez pozwolenia pana kardynała.

— Mam to pozwolenie — odparł szlachcic wyciągając papier z kieszeni — proszę.

— Niech je poświadczy zarządca portu — rzekł właściciel — będę rad panu usłużyć.

— Gdzie znajdę zarządcę?

— Na letnim mieszkaniu.

— Gdzie to jest?

— Ćwierć mili od miasta; proszę, widzisz pan u stóp tego wielkiego wzgórza dom pokryty dachówką?

— Wybornie! — powiedział szlachcic.

Za czym w towarzystwie służącego ruszył w stronę domu zarządcy. D’Artagnan i Planchet szli za nim w odległości stu kroków.

Kiedy byli już za miastem, d’Artagnan przyśpieszył kroku i dopędził szlachcica, kiedy ten wchodził do lasku.

— Panie, wydaje mi się, że bardzo się śpieszysz?

— Ogromnie, proszę pana.

— Przykro mi niezmiernie — rzekł d’Artagnan — ponieważ śpieszę się również i chciałem pana prosić o oddanie mi pewnej usługi.

— Jakiej?

— Chciałbym być pierwszy.

— To niemożliwe — odpowiedział szlachcic — zrobiłem sześćdziesiąt mil w czterdzieści cztery godziny i muszę być jutro w południe w Londynie.

— Zrobiłem czterdzieści mil w czterdzieści godzin i muszę być jutro o dziesiątej rano w Londynie.

— Niezmiernie mi przykro, panie, ale przybyłem pierwszy i nie wyjadę drugi.

— Niezmiernie mi przykro, panie, ale przybyłem drugi i wyjadę pierwszy.

— Jestem w służbie króla! — rzekł szlachcic.

— Jestem w służbie mojej własnej osoby! — rzekł d’Artagnan.

— Wydaje mi się, że szukasz ze mną zaczepki.

— Do kata! A czegóż by innego?

— Czego chcesz?

— Chce pan wiedzieć?

— Oczywiście.

— Dobrze więc, chcę pozwolenia na przejazd, które pan posiada, ponieważ nie mam żadnego, a bardzo mi jest potrzebne.

— Pan chyba żartuje.

— Nie żartuję nigdy.

— Pozwól mi przejść!

— Nie pójdziesz dalej.

— Mój dzielny młodzieńcze, zdaje się, że rozwalę ci głowę. Hola, Lubin[*]! Moje pistolety.

— Planchet — rzekł d’Artagnan — zajmij się służącym, ja zajmę się panem.

Planchet ośmielony tą zachętą skoczył na Lubina, a jako że był mocny i zwinny, przewrócił go na ziemię i klęknął mu na piersi.

— Niech pan robi swoje — rzekł Planchet — ja już sobie poradziłem.

Widząc to szlachcic wyciągnął szpadę i natarł na d’Artagnana; ale miał do czynienia z lepszym od siebie.

W trzy sekundy d’Artagnan zadał mu trzy ciosy, mówiąc za każdym razem:

— Ten za Atosa, ten za Portosa, a ten za Aramisa.

Przy trzecim pchnięciu szlachcic padł jak kłoda. D’Artagnan mniemał, że jest nieżywy albo przynajmniej zemdlony, i zbliżył się, by wziąć pozwolenie na przejazd; ale w chwili gdy wyciągał rękę, ranny, który nie wypuścił szpady, zadał mu cios w pierś, mówiąc:

— A ten dla ciebie.

— Dla mnie! Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni — zawołał rozwścieczony d’Artagnan przygważdżając go do ziemi czwartym ciosem w brzuch.

Tym razem szlachcic zamknął oczy i zemdlał. D’Artagnan przeszukał kieszeń, do której, jak widział, nieznajomy włożył pozwolenie na przejazd, i zabrał je. Papier był wystawiony na nazwisko hrabiego de Wardes[*].

Następnie rzucając ostatnie spojrzenie na pięknego młodzieńca, mogącego liczyć najwyżej dwadzieścia pięć lat, którego pozostawił tu bez czucia, a może już nieżywego, westchnął myśląc o dziwnym losie, popychającym jednych ludzi do zabijania innych w interesie osób obcych i najczęściej nie wiedzących nawet o ich istnieniu.

Ale wkrótce z tych rozmyślań wyrwał go wrzask Lubina, ze wszystkich sił wzywającego pomocy.

Planchet ścisnął go potężnie ręką za gardło.

— Panie — rzekł — jak długo będę go tak trzymał, nie zdoła krzyczeć, to pewne; ale ledwie go puszczę, narobi znów wrzasku. Widzę, że to Normandczyk, a Normandczycy są uparci.

W istocie, choć Lubin znajdował się w wielce niedogodnym położeniu, próbował wydawać dźwięki.

— Zaczekaj! — zawołał d’Artagnan. Wziął chustkę i zakneblował mu usta.

— A teraz — rzekł do Plancheta — przywiążmy go do drzewa.

Uczynili to bardzo sumiennie, potem przywlekli hrabiego de Wardes do jego służącego; ponieważ zaczynało już zmierzchać, a zakneblowany sługa i ranny pan znajdowali się w lesie, było rzeczą oczywistą, że pozostaną tu do rana.

— A teraz do zarządcy! — rzekł d’Artagnan.

— Zdaje mi się, że pan jest ranny? — zapytał Planchet.

— To nic, zajmijmy się rzeczami pilniejszymi; potem przyjdzie czas na ranę, która nie wydaje mi się zresztą bardzo niebezpieczna.

I szybkim krokiem skierowali się do domu czcigodnego zarządcy. Oznajmiono hrabiego de Wardes. D’Artagnan wszedł.

— Masz pan zezwolenie podpisane przez kardynała? — spytał zarządca.

— Tak, panie — odparł d’Artagnan — oto ono.

— W samej rzeczy, jest w największym porządku — rzekł zarządca.

— To oczywiste, należę do najwierniejszych sług kardynała.

— Wygląda na to, że Jego Eminencja chce komuś przeszkodzić w wyjeździe do Anglii.

1 ... 50 51 52 53 54 55 56 57 58 ... 167
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)