Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
Wziął pieniądz podany przez Atosa, obrócił go w rękach, krzyknął nagle, że moneta jest fałszywa i że każe aresztować Atosa oraz jego przyjaciela jako fałszerzy.
— Hultaju — rzekł Atos idąc na niego — bo obetnę ci uszy!
W tej samej chwili czterej ludzie uzbrojeni po zęby weszli przez boczne drzwi i rzucili się na Atosa.
— Pochwycili mnie! — krzyknął Atos co sił w płucach. — Pędź, d’Artagnanie, co koń wyskoczy! — i wystrzelił dwukrotnie z pistoletu.
D’Artagnan i Planchet nie dali sobie tego powtarzać dwa razy, odwiązali konie stojące przy bramie, wskoczyli na nie, spięli ostrogami i ruszyli galopem.
— Czy wiesz, co stało się z Atosem? — zapytał d’Artagnan Plancheta, pędząc co koń wyskoczy.
— Ach, panie — odparł Planchet — dwaj padli od jego strzałów i zdawało mi się, że widzę przez oszklone drzwi, jak rąbie pozostałych.
— Dzielny Atos! — mruknął d’Artagnan. — I pomyśleć, że muszę go opuścić! Zresztą, kto wie, co czeka nas za chwilę. Naprzód, Planchet, naprzód! Dzielny z ciebie chłopiec.
— Powiedziałem to już panu — odparł Planchet. — Pikardyjczyków poznaje się w potrzebie; zresztą jestem tu na swojej ziemi i to dodaje mi ducha.
Nie zatrzymując się w drodze i kłując konie ostrogami dojechali do Saint-Omer[*]. Tu dali wytchnąć koniom trzymając je za cugle w obawie przed wypadkiem, podjedli sobie trochę na stojąco i ruszyli dalej.
W odległości stu kroków od bram Calais koń d’Artagnana padł na ziemię i żadnym sposobem nie można go było podnieść; krew lała mu się z nozdrzy i oczu. Pozostał koń Plancheta, ale i ten zaparł się w ziemię tak, że nie udało się go poruszyć.
Na szczęście, jak powiedzieliśmy, byli w odległości stu kroków od miasta; pozostawili wierzchowce na drodze i pobiegli do portu. Planchet wskazał swemu panu szlachcica, który w towarzystwie służącego szedł pięćdziesiąt kroków przed nimi.
Dopędzili tego szlachcica, który jak się zdawało, śpieszył się bardzo. Buty miał pokryte kurzem i pytał właśnie, czy nie mógłby natychmiast jechać do Anglii.
— Nic łatwiejszego — powiedział właściciel statku gotowego do odjazdu — ale dziś rano otrzymaliśmy rozkaz: nikt nie może wyruszyć bez pozwolenia pana kardynała.
— Mam to pozwolenie — odparł szlachcic wyciągając papier z kieszeni — proszę.
— Niech je poświadczy zarządca portu — rzekł właściciel — będę rad panu usłużyć.
— Gdzie znajdę zarządcę?
— Na letnim mieszkaniu.
— Gdzie to jest?
— Ćwierć mili od miasta; proszę, widzisz pan u stóp tego wielkiego wzgórza dom pokryty dachówką?
— Wybornie! — powiedział szlachcic.
Za czym w towarzystwie służącego ruszył w stronę domu zarządcy. D’Artagnan i Planchet szli za nim w odległości stu kroków.
Kiedy byli już za miastem, d’Artagnan przyśpieszył kroku i dopędził szlachcica, kiedy ten wchodził do lasku.
— Panie, wydaje mi się, że bardzo się śpieszysz?
— Ogromnie, proszę pana.
— Przykro mi niezmiernie — rzekł d’Artagnan — ponieważ śpieszę się również i chciałem pana prosić o oddanie mi pewnej usługi.
— Jakiej?
— Chciałbym być pierwszy.
— To niemożliwe — odpowiedział szlachcic — zrobiłem sześćdziesiąt mil w czterdzieści cztery godziny i muszę być jutro w południe w Londynie.
— Zrobiłem czterdzieści mil w czterdzieści godzin i muszę być jutro o dziesiątej rano w Londynie.
— Niezmiernie mi przykro, panie, ale przybyłem pierwszy i nie wyjadę drugi.
— Niezmiernie mi przykro, panie, ale przybyłem drugi i wyjadę pierwszy.
— Jestem w służbie króla! — rzekł szlachcic.
— Jestem w służbie mojej własnej osoby! — rzekł d’Artagnan.
— Wydaje mi się, że szukasz ze mną zaczepki.
— Do kata! A czegóż by innego?
— Czego chcesz?
— Chce pan wiedzieć?
— Oczywiście.
— Dobrze więc, chcę pozwolenia na przejazd, które pan posiada, ponieważ nie mam żadnego, a bardzo mi jest potrzebne.
— Pan chyba żartuje.
— Nie żartuję nigdy.
— Pozwól mi przejść!
— Nie pójdziesz dalej.
— Mój dzielny młodzieńcze, zdaje się, że rozwalę ci głowę. Hola, Lubin[*]! Moje pistolety.
— Planchet — rzekł d’Artagnan — zajmij się służącym, ja zajmę się panem.
Planchet ośmielony tą zachętą skoczył na Lubina, a jako że był mocny i zwinny, przewrócił go na ziemię i klęknął mu na piersi.
— Niech pan robi swoje — rzekł Planchet — ja już sobie poradziłem.
Widząc to szlachcic wyciągnął szpadę i natarł na d’Artagnana; ale miał do czynienia z lepszym od siebie.
W trzy sekundy d’Artagnan zadał mu trzy ciosy, mówiąc za każdym razem:
— Ten za Atosa, ten za Portosa, a ten za Aramisa.
Przy trzecim pchnięciu szlachcic padł jak kłoda. D’Artagnan mniemał, że jest nieżywy albo przynajmniej zemdlony, i zbliżył się, by wziąć pozwolenie na przejazd; ale w chwili gdy wyciągał rękę, ranny, który nie wypuścił szpady, zadał mu cios w pierś, mówiąc:
— A ten dla ciebie.
— Dla mnie! Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni — zawołał rozwścieczony d’Artagnan przygważdżając go do ziemi czwartym ciosem w brzuch.
Tym razem szlachcic zamknął oczy i zemdlał. D’Artagnan przeszukał kieszeń, do której, jak widział, nieznajomy włożył pozwolenie na przejazd, i zabrał je. Papier był wystawiony na nazwisko hrabiego de Wardes[*].
Następnie rzucając ostatnie spojrzenie na pięknego młodzieńca, mogącego liczyć najwyżej dwadzieścia pięć lat, którego pozostawił tu bez czucia, a może już nieżywego, westchnął myśląc o dziwnym losie, popychającym jednych ludzi do zabijania innych w interesie osób obcych i najczęściej nie wiedzących nawet o ich istnieniu.
Ale wkrótce z tych rozmyślań wyrwał go wrzask Lubina, ze wszystkich sił wzywającego pomocy.
Planchet ścisnął go potężnie ręką za gardło.
— Panie — rzekł — jak długo będę go tak trzymał, nie zdoła krzyczeć, to pewne; ale ledwie go puszczę, narobi znów wrzasku. Widzę, że to Normandczyk, a Normandczycy są uparci.
W istocie, choć Lubin znajdował się w wielce niedogodnym położeniu, próbował wydawać dźwięki.
— Zaczekaj! — zawołał d’Artagnan. Wziął chustkę i zakneblował mu usta.
— A teraz — rzekł do Plancheta — przywiążmy go do drzewa.
Uczynili to bardzo sumiennie, potem przywlekli hrabiego de Wardes do jego służącego; ponieważ zaczynało już zmierzchać, a zakneblowany sługa i ranny pan znajdowali się w lesie, było rzeczą oczywistą, że pozostaną tu do rana.
— A teraz do zarządcy! — rzekł d’Artagnan.
— Zdaje mi się, że pan jest ranny? — zapytał Planchet.
— To nic, zajmijmy się rzeczami pilniejszymi; potem przyjdzie czas na ranę, która nie wydaje mi się zresztą bardzo niebezpieczna.
I szybkim krokiem skierowali się do domu czcigodnego zarządcy. Oznajmiono hrabiego de Wardes. D’Artagnan wszedł.
— Masz pan zezwolenie podpisane przez kardynała? — spytał zarządca.
— Tak, panie — odparł d’Artagnan — oto ono.
— W samej rzeczy, jest w największym porządku — rzekł zarządca.
— To oczywiste, należę do najwierniejszych sług kardynała.
— Wygląda na to, że Jego Eminencja chce komuś przeszkodzić w wyjeździe do Anglii.