Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
D’Artagnan nie mógł wyjść ze zdumienia; zadziwiał go ten minister rządzący wedle swej woli ludźmi i sypiący milionami.
Tymczasem złotnik pisał list do żony, posyłając jej kwit na tysiąc pistoli i prosząc, by przysłała mu w zamian najlepszego czeladnika i kolekcję diamentów, których wagę i wartość podawał, oraz listę potrzebnych narzędzi.
Buckingham zaprowadził złotnika do przeznaczonego dla niego pokoju, który po półgodzinie został zamieniony w pracownię. Za czym postawił wartownika przy każdych drzwiach, zabraniając wchodzić do tego pokoju komukolwiek prócz Patricka. Nie musimy dodawać, że imć O’Reilly i jego pomocnik nie mogli wyjść stamtąd pod żadnym pozorem.
Załatwiwszy tę sprawę książę wrócił do d’Artagnana.
— Teraz, mój młody przyjacielu, Anglia należy do nas: czego chcesz, czego pragniesz?
— Łóżka — odparł d’Artagnan — przyznam się, że w tej chwili najbardziej mi tego potrzeba.
Buckingham dał d’Artagnanowi pokój, który sąsiadował z jego sypialnią. Chciał mieć młodego człowieka pod ręką, nie dlatego, żeby mu nie ufał, ale by móc z nim rozmawiać o królowej.
W godzinę potem ogłoszono w Londynie zakaz wypływania dla wszystkich statków zmierzających ku brzegom Francji, w tej liczbie dla statków wiozących pocztę. Opinia publiczna uznała ten krok za początek wojny między dwoma królestwami.
W dwa dni potem, o godzinie jedenastej, dwie spinki diamentowe były gotowe, a tak dokładnie wykonane, tak doskonale podobne, że Buckingham nie mógł odróżnić starych od nowych i nawet najbardziej doświadczone oko musiałoby ulec złudzeniu.
Natychmiast kazał wezwać d’Artagnana.
— Proszę — rzekł — oto spinki diamentowe, po które przyjechałeś; jesteś świadkiem, że zrobiłem wszystko, co jest w ludzkiej mocy.
— Możesz być spokojny, milordzie, powiem, co widziałem. Wasza Wysokość włoży spinki do szkatułki?
— Szkatułka by ci tylko przeszkadzała. Zresztą szkatułka jest dla mnie tym cenniejsza, że tylko ona mi pozostaje. Powiedz, że ją zachowuję.
— Powtórzę twoje polecenie słowo w słowo, milordzie.
— A teraz — powiedział Buckingham patrząc uważnie na młodego człowieka — jakże zdołam się tobie odwdzięczyć?
D’Artagnan zaczerwienił się aż po białka oczu. Rozumiał, że książę chce mu coś ofiarować i szuka tylko stosownego sposobu, ale myśl, iż krew jego przyjaciół i jego własna ma być zapłacona angielskim złotem, była mu dziwnie wstrętna.
— Porozumiejmy się, milordzie — odparł — i zważmy najpierw fakty, by nie popełnić omyłki. Jestem w służbie króla i królowej Francji, należę do kompanii pana des Essarts, który podobnie jak jego szwagier, pan de Tréville, jest szczególnie przywiązany do Ich Królewskich Mości. Co więcej, być może nie zrobiłbym tego wszystkiego, gdybym nie chciał być miły osobie, która jest damą mego serca, jak królowa jest panią twego.
— Tak — rzekł książę z uśmiechem — zdaje mi się nawet, że znam tę osobę, to...
— Milordzie, nie wymieniłem jej nazwiska — przerwał żywo młodzieniec.
— To prawda — rzekł książę — więc tej osobie winien jestem wdzięczność za twe oddanie.
— W istocie, milordzie, bo właśnie teraz, kiedy jest mowa o wojnie, muszę wyznać, że widzę w Waszej Wysokości tylko Anglika, a więc nieprzyjaciela, którego wolałbym spotkać na polu bitwy niż w windsorskim parku czy na korytarzach Luwru; co zresztą nie przeszkodzi wykonać mi z największą dokładnością zadania, a nawet zginąć, gdyby zaszła tego potrzeba; ale powtarzam Waszej Wysokości, że osobiście nie masz powodu być mi bardziej wdzięczny teraz niż przy naszym pierwszym spotkaniu.
— Mówimy: “Dumny jak Szkot” — mruknął Buckingham.
— A my mówimy: “Dumny jak Gaskończyk” — odparł d’Artagnan. — Gaskończycy to Szkoci Francji.
Skłonił się księciu i ruszył ku wyjściu.
— Cóż, odchodzisz? Jak? Dokąd?
— Prawda, zapomniałem.
— Tam do kata! Francuzi nie boją się niczego.
— Zapomniałem, że Anglia jest wyspą, a Wasza Wysokość jej królem.
— Idź do portu, zapytaj o dwumasztowiec “Sund” i oddaj ten list kapitanowi: zawiezie cię do małego portu, gdzie nikt się ciebie nie spodziewa i gdzie zazwyczaj zatrzymują się jedynie statki rybackie.
— Jak się ten port nazywa?
— Saint-Valery; ale poczekaj: gdy się tam znajdziesz, udaj się do podłej oberży bez nazwy i szyldu, prawdziwego zajazdu dla marynarzy; nie możesz się omylić, oberża jest tam tylko jedna.
— Co potem?
— Zawołasz oberżystę i powiesz mu: Forward.
— Co to znaczy?
— Naprzód. To hasło. Da ci konia osiodłanego i gotowego do drogi i wskaże, jak masz jechać. Tym sposobem znajdziesz cztery postoje na swej drodze. Jeśli zechcesz dać każdemu oberżyście swój adres w Paryżu, wszystkie cztery konie znajdą się u ciebie; znasz już dwa z nich i zdaje się, że oceniłeś je okiem znawcy: to te, na których jechaliśmy; wierzaj mi, inne nie są ani trochę gorsze. Te cztery konie są wyekwipowane do wyprawy wojennej. Choć jesteś dumny, nie odmówisz mi, weźmiesz jednego z nich i skłonisz twych przyjaciół, by przyjęli trzy inne: zresztą bierzesz je na wojnę z nami. Cel uświęca środki, jak powiadają Francuzi, prawda?
— Tak, milordzie, przyjmuję — rzekł d’Artagnan — i jeśli Bóg da, zrobimy dobry użytek z twych darów.
— A teraz podaj mi rękę, młodzieńcze; może spotkamy się wkrótce na polu walki; ale na razie pożegnajmy się jak przyjaciele.
— Tak, milordzie, w nadziei, że wkrótce zostaniemy wrogami.
— Bądź spokojny, przyrzekam ci.
— Liczę na ciebie, milordzie.
D’Artagnan pożegnał księcia i szybko ruszył do portu.
Naprzeciw Tower[*] znalazł oznaczony statek, przekazał list kapitanowi, który poświadczył go u zarządcy portu, za czym odbił natychmiast od portu.
Pięćdziesiąt statków gotowych do odjazdu czekało w porcie. Gdy d’Artagnan mijał jeden z nich, wydało mu się, że rozpoznaje damę z Meung, tę samą, którą nieznajomy szlachcic nazywał Milady i która wydała się d’Artagnanowi tak piękna; ale statek płynął z prądem rzeki, wiatr był pomyślny i po chwili młodzieniec stracił ją z oczu.
Nazajutrz około dziewiątej rano wylądował w Saint-Valery.
D’Artagnan skierował się natychmiast do wskazanej przez księcia oberży, rozpoznał ją po krzykach, które stamtąd dobiegały: mówiono o wojnie między Anglią i Francją jako o fakcie bardzo bliskim i niewątpliwym i weseli marynarze bawili się ochoczo.
D’Artagnan przebił się przez tłum, zbliżył do oberżysty i powiedział: Forward. Oberżysta natychmiast dał mu znak, by ruszył za nim, wyszedł tylnymi drzwiami na podwórze, zaprowadził d’Artagnana do stajni, gdzie czekał na niego osiodłany koń, i zapytał podróżnego, czy życzy sobie czegoś jeszcze.
— Chciałbym wiedzieć, jaką drogą mam jechać.
— Jedź, panie, do Blangy[*], a z Blangy do Neufchâtel[*]. Tam udaj się do oberży “Pod Złotą Broną”, powiedz hasło oberżyście, a znajdziesz, jak tu, konia gotowego do podróży.
— Co jestem ci winien? — zapytał d’Artagnan.
— Wszystko jest zapłacone, i to szczodrze. Jedź pan zatem i niech cię Bóg prowadzi!
— Amen! — odparł młody człowiek ruszając galopem.
W cztery godziny potem był w Neufchâtel.
Trzymał się ściśle otrzymanych wskazówek; w Neufchâtel, jak w Saint-Valery, znalazł czekającego nań konia; kiedy chciał przenieść swoje pistolety na siodło nowego wierzchowca, zauważył, że w olstrach jest broń.