Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
Wszystko szło dobrze aż do Chantilly[*], dokąd przybyli o ósmej rano. Trzeba było zjeść śniadanie. Zsiedli więc z koni przed oberżą, której szyld wyobrażał świętego Marcina oddającego połowę swego płaszcza ubogiemu, i polecili służącym, żeby nie rozkulbaczali koni i w każdej chwili byli gotowi do odjazdu.
Przyjaciele weszli do ogólnej sali i zasiedli do stołu.
Jakiś szlachcic, który przybył drogą wiodącą z Dammartin[*], siedział przy tym samym stole i jadł śniadanie. Rozpoczął rozmowę o pogodzie; podróżni wtrącili kilka słów; wypił ich zdrowie; podróżni na grzeczność odpowiedzieli grzecznością.
Ale w chwili kiedy Mousqueton zameldował, że konie są gotowe, i wstawano już od stołu, nieznajomy zaproponował Portosowi, by wypił zdrowie kardynała. Portos odpowiedział, że uczyni to z chęcią, jeśli nieznajomy ze swej strony zechce wznieść zdrowie króla. Nieznajomy zawołał, że nie zna innego króla prócz Jego Eminencji. Portos nazwał go pijakiem; nieznajomy dobył szpady.
— Zrobiłeś głupstwo — rzekł Atos — ale mniejsza z tym, nie można się teraz cofać; zabij tego człowieka i pędź za nami jak najszybciej.
Wszyscy trzej dosiedli koni i ruszyli galopem, podczas gdy Portos obiecywał nieznajomemu, że przedziurawi go wszystkimi ciosami znanymi w szermierce.
— O jednego mniej — rzekł Atos, gdy ujechali pięćset kroków.
— Ale dlaczego ten człowiek zaczepił Portosa, a nie kogo innego? — zapytał Aramis.
— Bo Portos mówił najgłośniej z nas wszystkich i tamten wziął go za dowódcę — rzekł d’Artagnan.
— Zawsze mówiłem, że ten młokos z Gaskonii to kopalnia mądrości — mruknął Atos.
Za czym jechali dalej.
W Beauvais[*] zrobili dwugodzinny postój, żeby dać wytchnąć koniom i poczekać na Portosa. Po dwu godzinach, jako że Portosa nie było widać i nie otrzymano żadnej wiadomości od niego, przyjaciele ruszyli w dalszą drogę.
W odległości mili od Beauvais, w miejscu, gdzie droga zwężała się między dwoma wzgórzami, napotkali około dziesięciu ludzi, którzy udawali, że naprawiają uszkodzony w tym miejscu trakt, kopiąc doły i robiąc błotniste kałuże.
Aramis obawiając się, że zabrudzi sobie buty w tym błocie, zwymyślał ich ostro. Atos chciał go powstrzymać, ale już było za późno. Robotnicy zaczęli sobie pokpiwać z podróżnych, a ich zuchwałość wyprowadziła z równowagi nawet Atosa, który natarł koniem na jednego z nich.
Wówczas tamci cofnęli się do rowu i chwycili ukryte muszkiety, tak że naszych siedmiu podróżnych musiało przejechać dosłownie pod gradem kuł. Jedna zraniła w ramię Aramisa, inna trafiła Mousquetona w pośladek. Mousqueton spadł z konia, nie dlatego jednak, że był ciężko ranny, ale nie mogąc widzieć rany, przypuszczał, że jest niebezpieczniejsza niż była w istocie.
— To zasadzka — rzekł d’Artagnan — nie strzelajmy i dalej w drogę.
Aramis, choć ranny, uchwycił się grzywy swego konia i ruszył wraz z innymi. Koń Mousquetona szedł samotnie z tyłu.
— Będziemy mieć konia na zmianę — rzekł Atos.
— Wolałbym kapelusz — powiedział d’Artagnan — mój zdmuchnęła kula. To prawdziwe szczęście, że nie miałem w nim listu.
— Och, zabiją biednego Portosa, gdy będzie tędy jechał — odezwał się Aramis.
— Gdyby Portos mógł się utrzymać na nogach, byłby już z nami — rzekł Atos. — Ten pijak otrzeźwiał zapewne, stanąwszy na placu.
Galopowali jeszcze przez dwie godziny, choć konie były już zdrożone i można było przypuszczać, że wkrótce nie będą zdolne do dalszej jazdy.
Podróżni jechali na przełaj, mając nadzieję, że tym sposobem unikną zaczepek; ale w Crève-cœur[*] Aramis oświadczył, że nie może jechać dalej. W istocie trzeba było całej jego odwagi, maskowanej wykwintnym obejściem i dworną mową, by przebyć tę część drogi. Bladł coraz bardziej i musiano go podtrzymywać na koniu; przyjaciele pomogli mu zsiąść przed oberżą, pozostawili z nim Bazina, który w potyczce więcej zresztą przeszkadzał, niż pomagał, i ruszyli dalej w nadziei, że przenocują w Amiens.
— Do licha — rzekł Atos, kiedy byli już w drodze, teraz w czterech tylko, dwaj panowie oraz Grimaud i Planchet — do licha, nie dam się już zwieść i ręczę ci, że nie otworzę ust ani nie dobędę szpady aż do Calais. Przysięgam...
— Nie przysięgajmy — rzekł d’Artagnan — jedźmy galopem, jeśli nasze konie jeszcze to wytrzymają.
Podróżni wbili ostrogi w brzuchy koni, które tak pobudzone potrafiły odnaleźć siły. O północy byli w Amiens i zsiedli przed oberżą “Pod Złotą Lilią”.
Oberżysta wyglądał na najzacniejszego w świecie człowieka; przyjął podróżnych ze świecznikiem w jednej ręce i z bawełnianą szlafmycą w drugiej; pragnął umieścić gości we wspaniałych pokojach, ale niestety, te pokoje znajdowały się daleko od siebie. D’Artagnan i Atos odmówili; gospodarz oświadczył, że nie ma innych pokoi godnych Ich Dostojności; podróżni powiedzieli, że będą spali w jednym pokoju, każdy na materacu rzuconym na podłogę. Gospodarz nalegał, oni upierali się przy swoim; trzeba było zrobić, co chcieli.
Zaledwie przygotowali sobie posłanie i zabarykadowali od wewnątrz drzwi, gdy ktoś zapukał do okiennicy od podwórza; zapytali, kto puka, i poznawszy głos służących otworzyli.
Byli to Planchet i Grimaud.
— Grimaud da sobie radę z pilnowaniem koni — rzekł Planchet — jeśli panowie zechcą, będę spał przy drzwiach; w ten sposób panowie mogą być pewni, że nikt do nich nie wejdzie.
— A na czym będziesz spał? — zapytał d’Artagnan.
— Oto moje posłanie — odparł Planchet i wskazał na wiązkę słomy.
— Dobrze — rzekł d’Artagnan — masz rację: ten gospodarz nie bardzo mi się podoba, nazbyt jest uprzejmy.
— Mnie nie podoba się również — wtrącił Atos.
Planchet wszedł przez okno i położył się przy drzwiach. Grimaud zaś umieścił się w stajni oświadczając, że o piątej rano będzie wraz z końmi gotów do drogi.
Noc minęła dość spokojnie, około drugiej po północy usiłowano tylko otworzyć drzwi; ale Planchet obudził się, zerwał na równe nogi i krzyknął: “kto to?” Odpowiedziano mu, że to pomyłka, i nocni goście odeszli.
O czwartej nad ranem przyjaciół dobiegł wielki hałas ze stajni. Grimaud chciał obudzić stajennych i stajenni rzucili się na niego. Kiedy otworzono okno, ujrzano biednego chłopca leżącego bez przytomności, z głową rozciętą widłami.
Planchet zszedł na podwórze chcąc osiodłać konie; konie były ochwacone. Jedynie koń Mousquetona, który poprzedniego dnia podróżował bez jeźdźca przez sześć godzin, mógł ruszyć w drogę, ale na skutek niepojętej pomyłki weterynarz, po którego posłano jakoby po to, by puścił krew koniowi oberżysty, puścił krew koniowi Mousquetona.
Wszystko to stawało się niepokojące; kolejne wypadki mogły być zbiegiem okoliczności, ale równie dobrze skutkiem zmowy. Atos i d’Artagnan wyszli, Planchet udał się na poszukiwanie trzech koni. Przy bramie stały dwa konie gotowe do podróży, świeże i wypoczęte. To ułatwiało znakomicie sprawę. Planchet zapytał, gdzie ich panowie, odpowiedziano mu, że spędzili noc w oberży i właśnie płacą gospodarzowi. Atos poszedł też zapłacić, a d’Artagnan i Planchet pozostali przy bramie.
Oberżysta znajdował się w dość odległym, niskim pokoju i poproszono Atosa, by tam się udał. Atos nie podejrzewając niczego wszedł i wyjął dwa pistole, by zapłacić; oberżysta siedział sam przy kantorku, którego szuflady były na wpół otwarte.