Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
Wychodząc Aramis położył rękę na ramieniu d’Artagnana i zapytał patrząc na niego uważnie:
— Nie mówiłeś z nikim o tej damie?
— Z nikim.
— Nawet z Atosem i Portosem?
— Nie puściłem pary z ust.
— Wybornie.
I upewniwszy się w tej ważnej kwestii, poszedł z d’Artagnanem. Wkrótce byli obaj u Atosa. Zastali go ze zwolnieniem w jednej ręce i listem od pana de Tréville w drugiej.
— Czy możecie mi wyjaśnić, co znaczy ten list i zwolnienie, które otrzymałem przed chwilą? — zapytał zdumiony Atos.
“Mój drogi Atosie, pragnąłbym, abyś odpoczął przez dwa tygodnie, twoje zdrowie tego koniecznie wymaga. Udaj się więc do wód w Forges albo gdzie indziej i postaraj się szybko wrócić do zdrowia.
Oddany ci Tréville”
— A więc, Atosie, ten list i zwolnienie znaczą, że masz mi towarzyszyć.
— Do wód w Forges?
— Tam lub gdzie indziej.
— W służbie króla?
— Króla czy królowej: czy nie jesteśmy sługami Ich Królewskich Mości?
W tej chwili wszedł Portos.
— Tam do kata — powiedział — oto mi osobliwa historia: od kiedy udziela się muszkieterom zwolnień, o które nie proszą?
— Odkąd mają przyjaciół, którzy robią to za nich — odparł d’Artagnan.
— Ho, ho — rzekł Portos — zdaje się, że zdarzyło się coś nowego?
— Tak, wyjeżdżamy — rzekł Aramis.
— Dokąd? — zapytał Portos.
— Doprawdy, nie wiem — rzekł Atos — zapytaj d’Artagnana.
— Do Londynu, panowie — powiedział d’Artagnan.
— Do Londynu! — zawołał Portos — a cóż będziemy robić w Londynie?
— Tego nie mogę wam powiedzieć, musicie mi zaufać.
— Ale żeby jechać do Londynu, trzeba pieniędzy — dodał Portos — a ja ich nie mam.
— Ani ja — rzekł Atos.
— Ani ja — rzekł Aramis.
— Ale ja mam — powiedział d’Artagnan wyciągając swój skarb z kieszeni i kładąc go na stole. — W tym trzosie jest trzysta pistoli; niechaj każdy z nas weźmie siedemdziesiąt pięć, to wystarczy na drogę do Londynu i z powrotem. Zresztą możecie być spokojni, nie wszyscy dojedziemy do Londynu.
— A to dlaczego?
— Dlatego że wedle wszelkiego prawdopodobieństwa niektórzy z nas pozostaną w drodze.
— Ależ to wojenna wyprawa!
— I to bardzo niebezpieczna, uprzedzam was.
— Skoro jednak narażamy się na śmierć — rzekł Portos — pragnąłbym przynajmniej wiedzieć, z jakiego powodu?
— Dużo ci to pomoże! — rzekł Atos.
— Mimo to zgadzam się z Portosem — rzekł Aramis.
— Czy król ma zwyczaj zdawać sprawę ze swych planów? Nie; mówi po prostu: mości panowie, jest wojna w Gaskonii albo we Flandrii, idźcie się bić; i wy idziecie. Dlaczego? To was nic nie obchodzi.
— D’Artagnan ma słuszność — rzekł Atos — oto trzy zwolnienia, które otrzymaliśmy od pana de Tréville, i trzysta pistoli, które wzięły się nie wiadomo skąd. Ruszajmy więc nastawiać karku tam, gdzie każą. Czy życie warte jest tego, by trudzić się zadawaniem tylu pytań? D’Artagnanie, gotów jestem iść z tobą.
— I ja także — rzekł Portos
— I ja także — rzekł Aramis. — Nie martwi mnie nawet, że opuszczam Paryż. Trzeba mi rozrywek.
— Możecie być spokojni, panowie, rozrywek wam nie zabraknie — rzekł d’Artagnan.
— A zatem, kiedy wyruszamy? — spytał Atos.
— Natychmiast — odparł d’Artagnan — nie ma ani chwili do stracenia.
— Grimaud, Planchet, Mousqueton, Bazin! — krzyknęli czterej młodzi ludzie na swych służących — wyczyśćcie nasze buty i przyprowadźcie konie ze stajni pałacowej.
Każdy bowiem muszkieter zostawiał swojego konia i konia służącego w stajni pałacowej jak w koszarach.
Grimaud, Planchet, Mousqueton i Bazin wybiegli pędem.
— Teraz ułóżmy plan wyprawy — rzekł Portos. — Dokąd udajemy się najpierw?
— Do Calais[*] — odpowiedział d’Artagnan — to najkrótsza droga do Londynu.
— Dobrze, teraz wyłuszczę wam swój pogląd — rzekł Portos.
— Mów.
— Czterej ludzie podróżujący razem budzą podejrzenia: niechaj d’Artagnan da każdemu z nas wskazówki; ja wyruszę pierwszy drogą na Boulogne, by zbadać teren; Atos wyjedzie w dwie godziny później traktem na Amiens; Aramis uda się za nami w kierunku na Noyon[*]; d’Artagnan zaś pojedzie drogą, jaką zechce, w ubraniu Plancheta, podczas gdy Planchet towarzyszyć nam będzie w mundurze gwardzisty.
— Panowie — rzekł Atos — moim zdaniem nie należy wtajemniczać służących w taką sprawę: szlachcic może przypadkiem zdradzić sekret, ale prawie zawsze sprzeda go lokaj.
— Plan Portosa wydaje mi się niemożliwy do wykonania — rzekł d’Artagnan — sam bowiem nie wiem, jakich wskazówek mógłbym wam udzielić. Mam oddać list, oto wszystko. Nie mam i nie mogę zrobić trzech kopii tego listu, jest bowiem zapieczętowany. Moim więc zdaniem należy jechać razem. Ten list jest tu, w tej kieszeni. — i wskazał kieszeń, w której znajdował się list. — Jeśli zostanę zabity, jeden z was go weźmie i pojedzie dalej, jeśli ten z kolei padnie, weźmie go następny i tak dalej; jeśli jeden chociaż dojedzie do celu, rzecz będzie załatwiona.
— Brawo, d’Artagnanie! Jestem tego samego zdania — rzekł Atos. — Zresztą trzeba postępować konsekwentnie; udaję się do wód, wy mi towarzyszycie; zamiast do wód Forges, jadę nad morze, mam wolny wybór. Jeśli zechcą nas zatrzymać, pokażę list pana de Tréville, wy swoje zwolnienia; jeśli nas zaatakują, będziemy się bronić, jeśli będą nas sądzić, będziemy twierdzić niezmiennie, że mieliśmy jedynie brać kąpiele morskie. Zbyt łatwo dano by sobie radę z czterema ludźmi oddzielnie, podczas gdy czterech ludzi razem tworzy oddziałek. Uzbroimy naszych służących w pistolety i muszkiety; jeśli wyślą przeciw nam wojsko, wydamy bitwę i ten, który zostanie przy życiu, jak powiada d’Artagnan, dostarczy list.
— Dobrze powiedziane — zawołał Aramis — nie mówisz często, Atosie, ale kiedy już mówisz, prawdziwy z ciebie Jan Złotousty. Zgadzam się na plan Atosa. A ty, Portosie?
— Ja również — rzekł Portos — jeśli ten plan odpowiada d’Artagnanowi. D’Artagnan ma list, więc naturalną koleją rzeczy jest dowódcą wyprawy; niechaj postanawia. My wykonamy.
Rozdział XX
PODRÓŻ
O drugiej nad ranem nasi czterej awanturnicy wyruszyli z Paryża przez rogatkę Saint-Denis. Ponieważ była noc, pogrążeni byli w milczeniu; mimo woli ulegali działaniu ciemności i wszędzie dopatrywali się zasadzek.
Z pierwszymi promieniami dnia języki się rozwiązały; wraz ze słońcem wróciła wesołość; jak w przededniu bitwy, serca biły im mocno, oczy się śmiały i czuli, że życie, z którym może przyjdzie im się rozstać, bądź co bądź jest dobre.
Oddziałek przedstawiał się zresztą nader okazale; czarne konie muszkieterów, ich bojowy wygląd, regularny krok, jakim uczy się stąpać w szwadronie ten szlachetny towarzysz żołnierza, zdradziłyby najbardziej ścisłe incognito.
Służący jechali za swymi panami uzbrojeni po zęby.