Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
— Co to ma znaczyć? — zapytał kardynała.
— Nic — odparł kardynał — jeśli jednak królowa pojawi się w spinkach, w co śmiem wątpić, policz je, Najjaśniejszy Panie, a gdy zauważysz ich tylko dziesięć, zapytaj Jej Królewską Mość, kto mógł jej zabrać dwie, które się tu znajdują.
Król spojrzał pytająco na kardynała, ale nie miał czasu na zadanie pytania: okrzyk zachwytu wydarł się ze wszystkich ust. Jeśli król wyglądał wytwornie, królowa była na pewno najpiękniejszą kobietą Francji.
Strój myśliwski, który nosiła, bardzo podnosił jej urodę: miała pilśniowy kapelusz z błękitnymi piórami, aksamitny kubraczek perłowej barwy spięty diamentowymi agrafami i spódnicę z błękitnego atłasu, całą zahartowaną srebrem. Na jej lewym ramieniu migotały spinki podtrzymywane kokardą tej samej barwy co pióra i spódnica.
Król zadrżał z radości, kardynał z gniewu; ponieważ jednak byli daleko od królowej, nie mogli policzyć spinek: królowa miała je na sobie, ale czy było ich dziesięć czy dwanaście?
W tej chwili muzykanci dali hasło rozpoczęcia balu. Król zbliżył się do małżonki burmistrza, z którą miał tańczyć, brat królewski do królowej. Wszyscy stanęli na miejscach i rozpoczął się balet.
Król tańczył naprzeciw królowej i za każdym razem, gdy przechodził obok niej, pożerał spojrzeniem spinki, których nie mógł porachować. Zimny pot wystąpił na czoło kardynała.
Balet trwał godzinę, miał szesnaście figur.
Kiedy balet się skończył, tancerze wśród oklasków całej sali odprowadzali swe damy na miejsca; król skorzystał z przywileju, który pozwalał mu opuścić swoją damę, i zbliżył się szybko do królowej.
— Dziękuję ci, pani — rzekł — że zechciałaś spełnić moje życzenie, ale zdaje mi się, że brak ci dwóch spinek, właśnie ci je przynoszę.
Mówiąc te słowa podał królowej dwie spinki, które otrzymał od kardynała.
— Jak to, Najjaśniejszy Panie! — zawołała młoda królowa udając zdziwienie — dajesz mi dwie jeszcze, będę więc teraz miała czternaście!
Król obliczył: na ramieniu Jej Królewskiej Mości znajdowało się dwanaście spinek.
Król wezwał kardynała.
— Co to ma znaczyć, panie kardynale? — zapytał surowym tonem.
— To znaczy, Najjaśniejszy Panie — odparł kardynał — że pragnąłem ofiarować te dwie spinki Jej Królewskiej Mości i nie mając odwagi sam tego uczynić, użyłem fortelu.
— Jestem bardzo wdzięczna Waszej Eminencji — odparła Anna Austriaczka z uśmiechem, który dowodził, że nie dała się zwieść tej przemyślnej galanterii — wiem bowiem, iż te dwie spinki kosztowały cię równie drogo, jak dwanaście pozostałych Jego Królewską Mość.
Za czym skłoniwszy się królowi i kardynałowi, królowa udała się do gotowalni, gdzie miała się przebrać.
Uwaga, jaką musieliśmy na początku tego rozdziału poświęcić wprowadzonym przez nas sławnym osobistościom, odsunęła nas na chwilę od owego młodzieńca, któremu Anna Austriaczka zawdzięczała wspaniały triumf odniesiony nad kardynałem; nie znany nikomu, stojąc wśród tłumu przy drzwiach, patrzył na tę scenę zrozumiałą jedynie dla czterech osób: króla, królowej, kardynała i jego samego.
Królowa była już w swym pokoju i d’Artagnan miał zamiar odejść, kiedy poczuł, że ktoś lekko dotyka jego ramienia. Odwrócił się i ujrzał młodą kobietę, która dała mu znak, by szedł za nią. Dama miała twarz osłoniętą maską z czarnego aksamitu, ale mimo to poznał natychmiast swoją przewodniczkę, lekką i uroczą panią Bonacieux.
Poprzedniego dnia widzieli się przez chwilę u szwajcara Germania, dokąd d’Artagnan ją wywołał. Młodej kobiecie było tak spieszno zanieść królowej pomyślną nowinę o szczęśliwym powrocie wysłańca, że kochankowie zamienili zaledwie kilka słów. D’Artagnan poszedł więc za panią Bonacieux, poruszony dwoma uczuciami: miłością i ciekawością. W miarę jak korytarze coraz bardziej pustoszały, d’Artagnan nabierał ochoty, by zatrzymać młodą kobietę, objąć ją, popatrzeć na nią choćby przez chwilę; ale lekka jak ptak wciąż wyślizgiwała mu się z rąk, a kiedy chciał mówić, kładła palec na ustach gestem rozkazującym, a pełnym wdzięku, przypominając mu, że jest we władzy potęgi, której musi być ślepo posłuszny i która nie dopuszcza nawet najlżejszej skargi; wreszcie, po dwu minutach drogi krętymi korytarzami, pani Bonacieux otworzyła drzwi i wprowadziła młodzieńca do zupełnie ciemnego gabinetu. Tu dała mu znów znak, żeby był cicho, i znikła otwierając drugie drzwi obite tkaniną, przez które wdarło się nagle jaskrawe światło.
D’Artagnan stał przez chwilę bez ruchu, nie wiedząc, gdzie jest, ale wkrótce promień światła przenikający do pokoju, powietrze ciepłe i wonne, głosy kilku kobiet mówiących w sposób wykwintny a pełen szacunku, wreszcie zwrot: “Wasza Królewska Mość” powtarzany wielokrotnie, pozwolił mu zrozumieć, że znajduje się w gabinecie przylegającym do pokoju królowej.
Młodzieniec stał w cieniu i czekał. Królowa wydawała się wesoła i szczęśliwa, co wielce zdumiewało osoby z jej otoczenia, przywykły ją bowiem widzieć zatroskaną.
Królowa objaśniała swą radość urokami zabawy, przyjemnością, jaką jej sprawił balet, a że nie można inaczej myśleć niż królowa, czy śmieje się, czy płacze, wychwalano galanterię panów ławników miasta Paryża.
Chociaż d’Artagnan nie znał królowej, wkrótce odróżnił jej głos od innych, przede wszystkim dzięki lekkiemu akcentowi cudzoziemskiemu, a także dzięki owej wyniosłości tonu, która przebija w mowie osób nawykłych do rozkazywania. Słyszał, jak zbliża się i oddala od otwartych drzwi, i kilka razy cień jej postaci przysłonił światło.
Wreszcie ręka cudownej piękności, olśniewająco biała, wysunęła się nagle przez tkaninę; d’Artagnan zrozumiał, że to właśnie jest jego nagroda: ukląkł, ujął tę rękę i z szacunkiem ją ucałował; ręka cofnęła się zostawiając w jego dłoni jakiś przedmiot, który okazał się pierścionkiem, po czym drzwi się zamknęły i d’Artagnan znów został w zupełnych ciemnościach.
D’Artagnan włożył pierścień na palec i czekał dalej; było jasne, że to nie wszystko jeszcze. Po nagrodzie za jego oddanie przyjdzie nagroda za miłość.
Zresztą choć balet został już odtańczony, bal dopiero się zaczął: kolacja miała być o trzeciej, a zegar u Świętego Jana wydzwonił niedawno godzinę drugą czterdzieści pięć.
Hałas głosów w sąsiednim pokoju cichł powoli, potem głosy oddaliły się, wreszcie otwarły się drzwi gabinetu, w którym znajdował się d’Artagnan, i wyszła pani Bonacieux.
— Nareszcie! — zawołał d’Artagnan.
— Cicho! — rzekła młoda kobieta kładąc rękę na ustach młodzieńca — cicho! Wyjdź tą drogą, którą przyszedłeś.
— A kiedy panią zobaczę? — zawołał d’Artagnan.
— Dowiesz się z biletu, który znajdziesz w domu. Idź, idź!
Mówiąc te słowa otworzyła drzwi na korytarz i pchnęła d’Artagnana. D’Artagnan usłuchał jak dziecko, bez oporu i najmniejszego sprzeciwu, co dowodzi, że był rzeczywiście bardzo zakochany.
Rozdział XXIII
SCHADZKA
D’Artagnan pobiegł do domu i choć była trzecia nad ranem, a miał do przebycia niebezpieczne dzielnice Paryża, nie przytrafiło mu się nic złego. Jak wiadomo, jest Bóg, co czuwa nad pijakami i zakochanymi.
Furtka była uchylona; wszedł na schody i lekko zapukał, jak było umówione między nim a jego służącym. Planchet, którego wysłał przed dwiema godzinami z ratusza, polecając, by na niego czekał, otworzył mu drzwi.
— Czy ktoś przyniósł list dla mnie? — zapytał żywo d’Artagnan.