Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl]
- Автор: Новик Наоми
- Год: 2007
- Язык: польский
- Год: Rebis
- ISBN: 978-83-7301-943-0
- Переводчик: Pawel Kruk
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl]». Краткое содержание книги:
Kapitan Laurence i Temeraire, nowicjusze w brytyjskim Korpusie Powietrznym, odegrali decydującą rolę w bitwie pod Dover, przyczyniając się do odparcia francuskiej inwazji. Niestety, wkrótce wpadają w kłopoty. Kiedy Chińczycy dowiadują się, że Temeraire — niezwykle rzadki smok, którego podarowali Napoleonowi — dostał się w ręce Anglików, wysyłają do Londynu gotową na wszystko delegację, aby go odzyskać. Laurence jednak odmawia współpracy. Za nieposłuszeństwo grozi mu szubienica, więc wbrew własnej woli musi wyruszyć z Temeraire’em w długą i niebezpieczną podróż na Daleki Wschód. Na dworze chińskiego cesarza czekają go jeszcze bardziej szokujące niespodzianki…
— Mogłem się pomylić — powiedział zawiedziony do Granby’ego i Temeraire’a, kiedy książę wrócił do siebie. — Już nie pamiętam szczegółów, a poza tym byłem półprzytomny ze zmęczenia. Może biedak po prostu chciał mi pomóc, a ja wyssałem wszystko z palca; z każdą chwilą wszystko wydaje mi się coraz bardziej fantastyczne. Żeby brat chińskiego cesarza chciał mnie zabić, jakbym stanowił dla niego jakieś zagrożenie — to czysty absurd. Ostatecznie przyznam chyba rację Hammondowi, a siebie nazwę pijakiem i głupcem.
— Moim zdaniem nie jesteś ani jednym, ani drugim — rzekł Granby. — Sam tego nie rozumiem, ale nie wierzę, że Feng Li tak po prostu chciał cię tylko trzepnąć w głowę. Musimy cię strzec i mieć nadzieję, że książę nie udowodni, iż Hammond się mylił.
Rozdział 10
Minęły prawie trzy tygodnie, bez żadnych wypadków, zanim zobaczyli wyspę Nowy Amsterdam. Temeraire z zachwytem obserwował stada lśniących fok — większość z nich wygrzewała się na plaży, a te bardziej energiczne podpływały do okrętu i bawiły się w jego śladzie torowym. Nie bały się ludzi, nawet żołnierzy, którzy byli skłonni wykorzystać je jako tarcze strzelnicze, lecz kiedy Temeraire zszedł do oceanu, natychmiast znikły, i nawet te na plaży odsunęły się leniwie dalej od linii brzegowej.
Osamotniony Temeraire okrążył kilkakrotnie okręt, po czym wrócił na pokład. Teraz robił to już bardzo wprawnie, ledwo kołysząc okrętem. Foki niebawem wróciły i nie miały nic przeciwko temu, żeby przyglądał im się z góry, chociaż nurkowały czasem głęboko, gdy odnosiły wrażenie, że opuszcza łeb zbyt nisko. Burza zniosła ich na południe, prawie w strefę czterdziestek, i stracili wschodni kurs, co oznaczało ponadtygodniową zwłokę.
— Korzystne jest tylko to, że monsuny wieją wreszcie równo — powiedział Riley, naradzając się z Laurence’em nad mapami. — Możemy stąd ruszyć prosto do holenderskich Indii Wschodnich. Będziemy płynąć bez przerwy przez co najmniej półtora miesiąca, ale już wysłałem łodzie na wyspę i po kilkudniowym połowie fok będziemy mieli wszystko, czego nam trzeba.
Solone mięso focze w beczkach cuchnęło potwornie, a dodatkowe dwa tuziny świeżo ubitych fok umieszczono w klatce zawieszonej za burtą, żeby utrzymać mięso w chłodzie. Następnego dnia, już na pełnym morzu, chińscy kucharze zarżnęli prawie połowę fok przetrzymywanych jeszcze na pokładzie, wyrzucili za burtę głowy, ogony i wnętrzności, co marynarze uznali za szokujące marnotrawstwo, i podali Temeraire’owi górę lekko obsmażonych steków.
— Całkiem niezłe, tylko trzeba dodać mnóstwo pieprzu i może więcej smażonej cebuli — orzekł Temeraire, kiedy skosztował potrawy. Teraz już miał konkretne wymagania.
Kucharze, wciąż gotowi spełniać wszelkie jego zachcianki, natychmiast zastosowali się do życzenia. Temeraire pochłonął wszystko z przyjemnością i zapadł w długą drzemkę, zupełnie nieświadomy niezadowolenia okrętowego kucharza, kwatermistrza i w ogóle załogi. Chińczycy nie posprzątali po sobie i górny pokład był zalany krwią, a ponieważ wszystko to odbyło się po południu, Riley nie bardzo chciał kazać ludziom umyć pokład po raz drugi tego dnia. Smród był nie do zniesienia, kiedy Laurence zasiadł do obiadu w towarzystwie Rileya i innych starszych oficerów, szczególnie że trzeba było siedzieć przy zamkniętych oknach, by uniknąć jeszcze bardziej dokuczliwego fetoru wiszących na zewnątrz fok.
Na nieszczęście kucharz Rileya myślał podobnie jak chińscy kucharze. Jako danie główne podał wspaniałą złocistą pieczeń, do której zużył tygodniową porcję masła, resztę świeżego groszku nabytego w Kapsztadzie oraz gorący gęsty sos; kiedy jednak zaczęto kroić porcje, wszyscy od razu rozpoznali zapach foczego mięsa i nawet go nie tknęli.
— Nic z tego — rzekł Riley i zsunął plaster z powrotem na tacę. — Jethson, zanieś to do mesy midszypmenów, niech się najedzą; szkoda byłoby zmarnować.
Pozostali poszli w jego ślady i zadowolili się resztą potraw, ale na stole pozostało wolne miejsce. Kiedy steward zabrał tacę i opuścił kajutę, usłyszeli przez drzwi, jak pomstuje na „cudzoziemców, którzy nie umieją się zachować w cywilizowany sposób i psują ludziom apetyt”.
Raczyli się butelką na pocieszenie, gdy nagle okręt dziwnie zadrżał, wykonał w wodzie podskok, którego Laurence nigdy nie doświadczył. Riley szedł już do drzwi, gdy Purbeck odezwał się niespodziewanie:
— Spójrzcie tam.
Pokazał okno: łańcuch kołysał się luźno, a klatki nie było.
Wszyscy wytrzeszczyli oczy. Chwilę później na pokładzie rozległy się okrzyki i wrzaski, a okręt skręcił nagle na prawo przy akompaniamencie głośnego trzasku rozłupanego drewna. Riley wypadł z kajuty, a pozostali popędzili za nim. Kiedy Laurence zaczął wchodzić na górę, nastąpił kolejny wstrząs. Zsunął się o cztery szczeble w dół, niemal strącając Granby’ego.
Wypadli na pokład niczym diabełki wyskakujące na sprężynie z pudełka, wszyscy razem. Na trapie lewej burty leżała zakrwawiona noga w bucie ze sprzączkami i jedwabnej pończosze, tylko tyle zostało z midszypmena Reynoldsa, który pełnił wachtę, a dwa inne ciała marynarzy leżały przy półksiężycu dziury wyłupanej w relingu, najwyraźniej zmiażdżone. Na smoczym pokładzie Temeraire siedział na tylnych łapach i rozglądał się nerwowo. Inni marynarze na pokładzie ratowali się ucieczką w takielunek albo uciekali niezdarnie do schodni dziobowej, przepychając się z midszypmenami, którzy właśnie wychodzili na pokład.
— Podnieść banderę — rozkazał Riley, przekrzykując wrzaski. Doskoczył do steru i chwycił go mocno, przywołując innych marynarzy, by mu pomogli. Nigdzie nie było widać sternika Bassona, a okręt wciąż schodził z kursu. Płynął spokojnie, więc nie uderzyli w rafę, nie było też w pobliżu żadnego innego statku. — Ogłosić alarm bojowy.
Odgłos werbli pogrzebał nadzieję na zorientowanie się w sytuacji, lecz tylko tak dało się utrzymać porządek wśród ludzi ogarniętych paniką, co w tym momencie było najważniejsze.
— Panie Garnett, proszę spuścić łodzie — zawołał Purbeck, wychodząc na środek relingu i poprawiając kapelusz; jak zwykle ubrał do obiadu swój najlepszy surdut i teraz, wysoki i elegancki, prezentował się bardzo dystyngowanie. — Griggs, Masterson, co to ma znaczyć? — zwrócił się do dwóch przerażonych marynarzy, którzy spoglądali w dół z marsa. — Wstrzymuję wam grog na tydzień, a teraz złaźcie i lećcie po broń.
Laurence torował sobie drogę pośród tych, którzy udawali się na swoje stanowiska: jeden z żołnierzy podskakiwał, usiłując włożyć świeżo wyczyszczony but tłustymi i ślizgającymi się na skórze dłońmi; artylerzyści przepychali się ku działom rufowym.
— Laurence, Laurence, co się dzieje? — zawołał Temeraire, gdy tylko go zobaczył. — Spałem. Co się stało?
Allegiance przechylił się gwałtownie na jedną stronę, a Laurence został rzucony na reling. Po drugiej stronie okrętu strzelił w górę i opadł na pokład ogromny strumień wody, a zaraz potem nad relingiem pojawił się monstrualny smoczy łeb: wielkie jaskrawopomarańczowe oczy osadzone za zaokrąglonym pyskiem, końce połączonych błoną narośli kostnych, oblepione długimi czarnymi wodorostami. Z pyska zwisało ludzkie ramię; po chwili stworzenie rozwarło szczęki i odrzuciło łeb do tyłu, połykając wszystko: na jego zębach lśniła jasnoczerwona krew.