Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl]
- Автор: Новик Наоми
- Год: 2007
- Язык: польский
- Год: Rebis
- ISBN: 978-83-7301-943-0
- Переводчик: Pawel Kruk
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl]». Краткое содержание книги:
Kapitan Laurence i Temeraire, nowicjusze w brytyjskim Korpusie Powietrznym, odegrali decydującą rolę w bitwie pod Dover, przyczyniając się do odparcia francuskiej inwazji. Niestety, wkrótce wpadają w kłopoty. Kiedy Chińczycy dowiadują się, że Temeraire — niezwykle rzadki smok, którego podarowali Napoleonowi — dostał się w ręce Anglików, wysyłają do Londynu gotową na wszystko delegację, aby go odzyskać. Laurence jednak odmawia współpracy. Za nieposłuszeństwo grozi mu szubienica, więc wbrew własnej woli musi wyruszyć z Temeraire’em w długą i niebezpieczną podróż na Daleki Wschód. Na dworze chińskiego cesarza czekają go jeszcze bardziej szokujące niespodzianki…
Fale regularnie zalewały pokład; przesuwał się na oślep od jednej liny do następnej, a jego dłonie automatycznie znajdowały oparcie.
Namoknięte węzły zacisnęły się mocno pod wpływem ciężaru ciała Temeraire’a. Laurence mógł tylko próbować coś poprawić w krótkich przerwach między falami, kiedy liny nie były napięte; każdy cal wymagał ogromnego wysiłku. Temeraire leżał płasko na pokładzie, bo tylko tak mógł pomóc; całą uwagę skupił na tym, żeby pozostać w bezruchu.
Laurence nie widział nikogo innego na pokładzie, zasnutym wodnym pyłem, świat sprowadził się do lin smagających go po dłoniach, do grubych żelaznych pachołów i majaczącego w pobliżu ciała Temeraire’a. Druga szklanka pierwszej psiej wachty: gdzieś za chmurami zachodziło słońce. Kątem oka dostrzegł parę poruszających się cieni; chwilę później Leddowes przyklęknął przy nim, by pomóc przy linach. Laurence zaciskał mocniej węzły, kiedy Leddowes naciągał liny, obaj trzymali się siebie nawzajem i żelaznych pachołów w obronie przed falami, aż wreszcie poczuli pod dłońmi żelazne ogniwa łańcucha, co oznaczało, że zlikwidowali luz.
Trudno było przekrzyczeć wycie wiatru, więc Laurence tylko wskazał drugi pachoł przy lewej burcie, Leddowes skinął głową i obaj ruszyli w tamtą stronę. Prowadził Laurence, trzymając się relingu; łatwiej będzie im przejść po działach niż utrzymać równowagę na środku pokładu. Przeszła kolejna fala i nastąpił moment spokoju; Laurence miał już się puścić relingu, by przejść przez pierwsze działo, gdy usłyszał krzyk Leddowesa.
Obróciwszy się, zobaczył, że coś ciemnego opada na jego głowę, i instynktownie zasłonił się ręką: otrzymał piekielnie mocne uderzenie, jakby ktoś grzmotnął go pogrzebaczem w ramię. Padając, zdołał chwycić się zamka działa; oszołomiony, odniósł wrażenie, że inny cień porusza się nad nim, i zorientował się, że to Leddowes, przerażony i zaskoczony, cofa się z rękoma uniesionymi na głową. W następnej chwili przez burtę przelała się kolejna fala i Leddowes zniknął.
Laurence przywarł do działa, krztusząc się morską wodą i szukając oparcia dla stóp: pełne wody buty bardzo mu ciążyły. Potrząsnął głową, by odrzucić włosy z czoła, i zdołał chwycić opadający na niego łom. Ze zdumieniem rozpoznał białą twarz Feng Li, przerażonego i zdesperowanego. Chińczyk próbował wyrwać łom, by uderzyć ponownie, tak więc szarpał się przez chwilę z Laurence’em, niemal rozciągniętym na pokładzie i wierzgającym na śliskich deskach.
Wiatr był trzecią stroną w tej walce, próbował ich rozdzielić i wreszcie zwyciężył: łom wyśliznął się z dłoni Laurence’a zdrętwiałych od mocowania lin. Feng Li zatoczył się do tyłu, szeroko rozkładając ręce, jakby chciał objąć napierający na niego wiatr, a ten ochoczo poniósł go ze sobą i wyrzucił przez reling w kipiącą wodę.
Czepiając się dłońmi działa, Laurence wstał i spojrzał za burtę: nie zobaczył nigdzie Feng Li ani Leddowesa; nie widział nawet powierzchni wody poprzez obłoki wodnego pyłu i mgły wznoszącej się z fal. Nikt inny nie widział tej krótkiej walki. Z tyłu rozległ się dźwięk dzwonu oznaczający odwrócenie klepsydry.
Zbyt skonsternowany i zmęczony, by rozważyć ten atak, Laurence powiadomił tylko zwięźle Rileya, że dwóch ludzi znalazło się za burtą; nie miał pojęcia, co jeszcze mógłby zrobić, a całą uwagę trzeba było skupić na burzy. Rankiem następnego dnia wiatr zelżał; zanim zaczęła się popołudniowa wachta, Riley uznał, że może odesłać ludzi na obiad, choć wciąż na zmianę. Do szóstej szklanki jednostajna masa chmur rozpadła się na mniejsze, wciąż ciemne części, spomiędzy których popłynęły snopy niesamowitego słonecznego blasku. Pomimo zmęczenia marynarze przyjęli to z radością.
Ubolewali nad śmiercią Leddowesa, bo bardzo go lubili, lecz uznali ją za od dawna zapowiadane wydarzenie, a nie za straszny wypadek: oto okazało się, że to on miał paść ofiarą ducha, i towarzysze od razu zaczęli opowiadać szeptem o jego miłosnych występkach, mocno je wyolbrzymiając. Śmierci Feng Li specjalnie nie komentowano, gdyż uznano ją za zwykły zbieg okoliczności. Skoro nieprzyzwyczajony do chodzenia po pokładzie cudzoziemiec miał ochotę dokazywać podczas tajfunu, to należało tego oczekiwać, a poza tym nikt go dobrze nie znał.
Morze wciąż było wzburzone, lecz Temeraire miał już dość łańcuchów, więc Laurence rozkazał go uwolnić, gdy tylko ludzie wrócili z obiadu. Węzły napęczniały w ciepłym powietrzu i można było je tylko przeciąć siekierą. Uwolniony Temeraire strząsnął z siebie łańcuchy, obrócił łeb i ściągnął zębami płaszcz ze sztormiaków. Następnie otrząsnął się z wody i oznajmił wojowniczym tonem:
— Polatam sobie.
Wzbił się w powietrze bez uprzęży, wprawiając wszystkich w zdumienie. Zaskoczony Laurence wykonał jakiś nieokreślony gest, zupełnie bezużyteczny i absurdalny, lecz zaraz opuścił ramię speszony, że ujawnił swoje emocje. W końcu Temeraire chciał tylko rozprostować skrzydła po tak długim okresie bezruchu, nic więcej; tak przynajmniej sobie to wytłumaczył. Był wstrząśnięty i zaniepokojony, lecz potworne zmęczenie tłumiło jego odczucia.
— Nie schodziłeś z pokładu przez trzy dni — powiedział Granby i poprowadził go ostrożnie w dół.
Zdrętwiałe dłonie Laurence’a zaciskały się nieporadnie na poręczy schodni. Kiedy omal się nie pośliznął, Granby mocno ścisnął go za ramię, a Laurence nie zdołał wtedy stłumić okrzyku: poczuł pulsujący ból na przedramieniu, tam gdzie Feng Li uderzył go łomem.
Granby chciał od razu zaprowadzić go do lekarza, lecz Laurence odmówił.
— To tylko siniak, John, a poza tym na razie nie chcę robić zamieszania.
Siłą rzeczy musiał jednak wyjaśnić dlaczego. Po nagabywaniach Granby’ego stopniowo wszystko wyjawił.
— Laurence, to niesłychane. Ten człowiek próbował cię zamordować; musimy coś zrobić — powiedział Granby.
— Tak — odpowiedział automatycznie Laurence, kładąc się na hamaku; oczy już mu się zamykały.
Jak przez mgłę poczuł, że Granby przykrywa go kocem, i zobaczył, że światło przygasa; nic więcej.
Obudził się z bardziej jasnym umysłem, choć nie mniej obolały, i szybko wyskoczył z hamaka. Allegiance był głęboko zanurzony, więc Laurence domyślił się, że Temeraire wrócił na pokład, ale teraz, kiedy już wypoczął, na dobre zaczął się zamartwiać. Pogrążony w myślach omal się nie przewrócił, gdy przy wyjściu z kajuty potknął się o Willoughby’ego, jednego z uprzężników, śpiącego przed jego drzwiami.
— Co ty tu robisz? — zapytał Laurence.
— Pan Granby kazał nam pełnić wartę, sir — odpowiedział młodzian, ziewając i pocierając dłonią twarz. — Idzie pan na pokład?
Laurence zaprotestował, lecz na próżno. Willoughby poszedł za nim na smoczy pokład niczym nadgorliwy owczarek. Temeraire usiadł szybko, gdy tylko ich zobaczył, trącił nosem Laurence’a i owinął się wokół niego, a potem otoczyli ich pozostali awiatorzy, co oznaczało, że Granby nie dochował tajemnicy.
— Mocno cię zranił? — zapytał Temeraire, dotykając go nosem i wystawiając język.
— Nic mi nie jest, zapewniam cię, mam tylko spuchnięte ramię — powiedział Laurence, próbując zbyć Temeraire’a, choć w głębi duszy ucieszył się z tego, że smok przynajmniej na razie nie wpada w gniew.
Granby wcisnął się w zgięcie tułowia Temeraire’a, ignorując chłodne spojrzenie Laurence’a.
— Sami wyznaczyliśmy warty. Laurence, chyba nie sądzisz, że to był wypadek albo że wziął cię za kogoś innego?
— Nie. — Laurence zawahał się, po czym dodał z niechęcią: — To nie był pierwszy raz. Wtedy oceniłem to inaczej, lecz teraz jestem niemal pewny, że próbował mnie zaatakować po noworocznym obiedzie.